Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Ameryka Południowa na dwóch kołach.

Nasi czytelnicy ruszyli na podbój Ameryki Południowej. Wyprawa śladami Rajdu Dakar 2015 wiodła przez drogi i bezdroża Chile, Boliwii i Argentyny.

Śladami Rajdu Dakar 2015 - Argentyna Boliwia Urugwaj

Będąc w Bhutanie z Olą Trzaskowską i Krzyśkiem Samborskim, czyli advfactoryteam, dowiedziałem ę, że organizują eskapadę śladami Rajdu Dakar 2015. Stwierdziłem, że to coś dla mnie. Ola i Krzysiek wzięli na siebie wszystkie sprawy związane z transportem motocykli i pobytem na miejscu. Pozostałej szesnastce, wśród niej mnie, pozostało dostarczyć w listopadzie motocykle do Łowicza i kupić bilety lotnicze dla siebie. Motocykle po ponadmiesięcznym rejsie dopłynęły do chilijskiego Valparaiso, my wylądowaliśmy tam 3 stycznia 2015 r. W drogę ruszamy w mniejszych grupach i różnymi trasami.

Towarzyszy nam wóz serwisowy i mamy wyznaczone miejsca spotkań, tyle że nieobowiązkowe. Podział na grupy jest konieczny z powodu różnorodności maszyn uczestników. Ich sprzęty bowiem to dwa bieguny: na jednym jest Suzuki DRZ 400, na drugim BMW R 1200 GS Adventure.

Rollercoaster pogody

Nasza trójka, w której skład wchodzę ja na BMW R 1200 GS, Kazik na BMW R 1200 GS Adventure i jego syn Kuba na BMW F 800 GS, od początku ma zaplanowaną wspólną jazdę i w takim zestawie ruszamy na podbój Ameryki Południowej. Trochę nas dziwi, że jest tylko 16 stopni na plusie, a przecież jesteśmy na południowej półkuli, czyli w samym środku lata. Później przekonujemy się, że temperatura potrafi szybko wzrosnąć z +16 do +32, żeby za chwilę spaść do +20 i znowu podskoczyć do +28. Taki pogodowy rollercoaster.

Flaga mojej rodzinnej Łodzi zawędrowała aż pod pomnik Dakaru na salarze Uyuni.

Dzisiaj mamy w planie przejazd do Argentyny piękną drogą andyjską. Widoki są bajeczne. Przyjem­ność z jazdy trochę nam psuje awaria Rafałowego GS--a. Coś z elektroniką. Sprzęt co chwila się dusi albo gaśnie. Tak doczołgujemy się do granicy. Tutaj Rafał zostaje z wozem serwisowym, a my jedziemy na granicę.

{% image id= align=left x=485 y=0 %}

Trzy godziny czekania w pełnym słońcu na odprawę dają nam się mocno we znaki. Na szczęście widoki podczas zjazdu z granicy do Uspallaty rekompensują trudy. Do tracku wkradł się drobny błąd i nawijamy ponadplanowe 50 km po szutrze. Robi się ciemno, bardzo ciemno.

Uyuni – złomowisko lokomotyw. Byłem zachwycony!

 

Jadę pierwszy na pełnym oświetleniu, czyli na halogenach i długich. Dzięki temu w ostatniej chwili zauważam machającą Olę. Wyjechała naprzeciw nam wozem serwisowym i złapała gumę. Utytłani po uszy i dziko zmęczeni, o godz. 22 docieramy do hotelu. Następny dzień nie jest lżejszy: 100 km po pięknych szutrowych serpentynkach i dalej asfaltem do San Juan. Na tym etapie Andrzej łamie sobie nogę. Mimo to jedzie dalej. Twardziel!

Będziemy w telewizji!

Temperatura daje w kość: na starcie etapu jest +38,5O, potem stabilizuje się na +42O. GS Rafała znowu kaprysi, więc toczymy się ledwie 80 km/h, a słońce pali niemiłosiernie. Powietrze wręcz parzy. Jazda na stojąco nie daje żadnej ulgi. Co gorsza – powrót na kanapę parzy w dupsko. W końcu dojeżdżamy do San Juan. To meta dzisiejszego etapu Dakaru. Szpaler kibiców, wśród których jedziemy, wiwatuje na naszą cześć. Chyba biorą nas za zawodników. A przecież jedyne, w czym ich przypominamy, to zmęczenie. Jeszcze nigdy nie zrobiono mi tyle zdjęć.

Wołowina z chilijskiego grilla spokojnie dorównywała argentyńskiej.

 

Następny dzień to tragiczna śmierć Michała Hernika. Dowiadujemy się o niej dopiero wieczorem. Cały dzień, nieświadomi tego, rozkoszujemy się pięknymi widokami, chociaż i nam ponad 40-stopniowy upał daje się we znaki. W końcu pięknymi górskimi serpentynami docieramy do najpiękniejszego miejsca, jakie widzieliśmy w Argentynie, czyli do Księżycowej Doliny – Valle de la Luna. Pomysł jej zwiedzenia bardzo mi się podoba. Będzie dobre światło. Na dodatek trafiamy na ekipę telewizji argentyńskiej, która proponuje, że przejedzie z nami i przewodnikiem całą dolinę. My oczywiście na motocyklach, a oni skorzystają z okazji – sfilmują nasz przejazd, porobią zdjęcia i przeprowadzą z nami wywiady. Czad, będziemy sławni w Argentynie!

 

Ponieważ jak dotąd jeździmy głównie po szutrach i dystans ubywa nam powoli, postanawiamy dzisiaj jechać totalnie turystycznie. Ponieważ mamy do nawinięcia ponad 500 km, decydujemy – żadnych skrótów, tylko główne drogi. Tankowanie i jedzenie. Argentyna nas nie zawodzi. Pokonujemy kolejne pasma gór – jedno piękniejsze od drugiego. W górach łapie nas deszcz. Jedno spojrzenie w niebo mówi mi: „Spoko, za chwilę wyschniesz”. Rzeczywiście tak się dzieje.

Zjeżdżamy do Aimogasty, gdzie po raz pierwszy w Argentynie jemy typowe miejscowe dania. Są fantastyczne! Zamawiamy empanadas (rodzaj rogalików czy pierożków nadziewanych mięsnym farszem z warzywami i serem) oraz wołowinę. Po tej uczcie kultową Ruta 40 pomykamy na północ. Ruta jest niesamowita. Okazuje się, że bezkres i pustka też potrafią zachwycić. Komunikaty nawigacji typu „zakręt za 147 km” nie należą do rzadkości. Roślinność zmienia się od pustynnej do bujnej. Równie zmienna jest pogoda: rano chłód, za dnia upał, następnie burza, która moczy nas do suchej nitki, ale ciepłe powietrze zaraz nas suszy. Napotykane po drodze do Cafayate bodegi (winnice) mówią, że to winny region.

90 km na stojaka

Następny dzień to wyzwanie: 90 km po szutrach na stojaka. Droga jest nie do opowiedzenia piękna. Przemierzamy niewątpliwie najpiękniejszy odcinek podczas tej wyprawy. Cały czas szuter, do tego przełęcze, doliny, mosty ponad wyschniętymi rzekami, zagubione w tej przestrzeni osady. Krajobrazy jak z westernów. Wszystko, o czym może zamarzyć motocyklowy turysta.

{% image id= align=left x=485 y=0 %}

W Salcie mamy dzień na odpoczynek i planowanie trasy. Później w ekspresowym tempie śmigamy do Uyuni przez Potosi. W miasteczku istne szaleństwo: masa kibiców z flagami Boliwii. Widać, że kraj żyje Dakarem. Nam dzięki temu udaje się zatankować motocykle, bo normalnie z benzyną bywają problemy. Mamy powody do zadowolenia, bo Rafał Sonik wygrywa etap. To bardzo męczący fragment imprezy: deszcz i jazda chwilami w błocie wykończyły zawodników. Niektórzy dojeżdżają skrajnie wycieńczeni i tak ubłoceni, że trudno ich rozpoznać. Ale nawet ostatnich, dojeżdżających już po ciemku, kibice fetują brawami.

 

Kuba łapie kapcia. Szukamy kompresora. Porządkowi wpuszczają nas na trasę, którą przed chwilą dojeżdżali ostatni zawodnicy. Oczywiście zbieramy brawa. Zatrzymujemy się, żeby napompować koło. To błąd – nie możemy opędzić się od fanek. Każda chce mieć z nami zdjęcie. Będzie mi tego brakować po powrocie...

Czad na salarze

Następny poranek to salar Uyuni. Wjeżdżamy na największą słoną pustynię na świecie (3700 m n.p.m.) i zaczyna się: przejeżdżamy przez wodę i suchym solniskiem dojeżdżamy do dakarowego pomnika. Rano tą samą trasą ruszyli motocykliści i quadowcy. Szybko napotykamy jednego z nich – Kevin Echeveste z Argentyny biedzi się nad rozbabranym motocyklem. Nie może sobie, bidul, poradzić. Co innego motocykliści z Polski: Kazik, Daro i Kuba szybko stawiają moto na nogi i szczęśliwy Kevin mknie do mety, a my mamy niesamowite przeżycie.

 W Boliwii w takich sklepikach typu „szwarc, mydło i powidło” bywa i benzyna.

 

Widoki na Uyuni to coś niewyobrażalnego. Na początku jedziemy po suchym. Też robi wrażenie. Płaska przestrzeń aż po widnokrąg bez jakiejkolwiek perspektywy. Natomiast salar pokryty wodą to dopiero jest czad! W życiu nie widziałem tak gigantycznego lustrzanego odbicia! My, małe punkciki odbite w tafli salara, jedziemy tyralierą o szerokości kilkudziesięciu metrów, a w oddali szczyty gór, również odbite w tafli (zob. zdjęcie poniżej).

Po wrażeniach z salara myślimy, że kolejny dzień przeminie bez większych wrażeń. Jednak już na początku droga, a właściwie jej brak, dowodzi, że jesteśmy w błędzie. Jest to bity trakt z poprzeczną tarką, nieprzypominający nawet dróg szutrowych. Dlatego po 20 km Andrzejowi eksploduje amortyzator. To definitywny koniec jego jazdy. Może to i dobrze. Jak się później okaże, gość ma nogę złamaną w trzech miejscach z przemieszczeniami.

Awaria sprzęta Andrzeja to nie koniec przygód tego dnia. Jakieś 30 km przed granicą z Boliwią widzę, że nie mam w lusterku Antoniego. Pamiętam, że kilkaset metrów wcześniej był poprzeczny rów, na którym nieźle mnie dobiło. Zawracam. Antoni na szczęście jest cały, ale urwał mocowanie amortyzatora, więc o dalszej jeździe nie ma mowy. No to jadę w kierunku granicy szukać transportu. Za chwilę spotykam Darka, który wraca, aby zostać z Antonim. Za kolejną chwilę natykam się na również wracających Kazika i Kubę, ale ich już zawróciłem.

Po 30 km jesteśmy na granicy, na której akurat stoi Boliwijczyk w pick-upie. Kuba szybko się z nim dogaduje i jadą po Antoniego. My z Kazikiem znajdujemy spawarkę i spawacza, którzy przywracają KTM-owi Antka życie. Wieczorem oblewamy to wydarzenie 8 litrami wina.

Następnego dnia na jednym z objazdów drogi w budowie wpadam w bardzo głęboki i sypki piach. Walczę o utrzymanie się w pionie, aż nagle tuż przede mną wyrasta taki dupny głaz. Jeden jedyny w okolicy! Szansę jego ominięcia oceniam na 50%. Za mało. Nie mam innego wyjścia, jak położyć motocykl. Na szczęście piasek jest bardzo sypki, więc oprócz lekkiego guza na goleniu od gmola nic mi się nie dzieje. Podnoszę motocykl i kontynuujemy podróż. W końcu docieramy do chilijskiej cywilizacji. Zwiedzamy Atacamę i Antofagastę, ale po dotychczasowych przeżyciach nie robi to na nas większego wrażenia.

Steki jak z Argentyny

Z Antofagasty wzdłuż wybrzeża zaczyna się nasza powrotna podróż do Valparaiso. Po drodze śpimy nad brzegiem oceanu w parku narodowym Pan de Azucar. Przy okazji Vicente, nasz kierowca, robi fantastyczne steki, żeby pokazać, że Chilijczycy nie są w tej dziedzinie gorsi od Argentyńczyków.

Jadłodajnia w barakowozie na granicy argentyńsko-boliwijskiej

Dla większości to koniec wyprawy, ale nie dla mnie, Kazika i Kuby. Ponieważ do Wyspy Wielkanocnej mamy drobne 5000 km, śmigamy tam, żeby spędzić na niej jeden piękny i niezapomniany dzień. Później jeszcze trzy dni w boskim Buenos Aires, gdzie po uszy raczymy się winem oraz wołowiną, i powrót do domu.    

     

To warto wiedzieć

Wizy. Polaków wizy w Argentynie, Chile i Boliwii nie obowiązują. Również formalności dotyczące motocykla nie są skomplikowane: wystarczy wypełnić na granicy odpowiednie deklaracje. Celnicy są na ogół bardzo pomocni.

Paliwo. W Argentynie i Chile nie ma problemu ze stacjami benzynowymi. W Boliwii jest dużo gorzej – lepiej mieć przy sobie zapas. Tu i ówdzie można kupić wachę w przydrożnym sklepie.

Ceny w Argentynie zbliżone do polskich, w Chile zdecydowanie wyższe, a w Boliwii niższe. W Argentynie i Chile bez problemu można płacić kartą, tyle że niekoniecznie jest to korzystne. Najlepszym rozwiązaniem są dolary amerykańskie, które wszędzie można wymienić na lokalną walutę.

Jedzenie. Argentyna to oczywiście najlepsze na świecie steki, empanadas na różne sposoby i asado, czyli grill po argentyńsku. W Chile podobnie i na dodatek owoce morza. W Boliwii zdecydowanie skromniej kulinarnie, ale oni przecież mają salar Uyuni.

Pogoda. Byliśmy tam w styczniu, bo wtedy jechał Dakar. To bardzo gorący okres. W górach upały mniej dają się we znaki, natomiast na nizinach bardzo dają w kość. Najkorzystniejszy okres to przełom lutego i marca.

Drogi. Najlepsze są w Chile i ciągle powstają nowe. W Argentynie nietrudno o złe nawierzchnie. Boliwia zaś to istny hardkor. Są tam piękne, nowe drogi, ale większość to właściwie bezdroża.

Koszt wyprawy ok 22 000 zł/osoba

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole: