Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.0

Austria, Włochy i Niemcy

Tydzień z małym kawałkiem to w sam raz, żeby odpocząć, a za mało, aby na siłę gonić za przygodą. Dlatego stanęło na Alpach.
Heiligenblut - małe, typowo alpejskie miasteczko. W oddaliszczyt Grossglockner.

Startujemy we dwóch pod koniec czerwca z Warszawy: ja na Hondzie Transalp 700, Rysiek na Suzuki DL 650. Wyjazd w przedweekendowe popołudnie ze środka Polski zawsze jest drogą przez mękę. Na pociechę mamy Jędrka, który podejmuje nas pod Częstochową.

Drugi dzień. Jest koniec czerwca, a tu zimno, szaro, mokro i wykopki drogowe na każdym kroku. Ale wystarczyło przekroczyć granicę z Czechami, żeby jechało się miło i jakoś tak... po europejsku. Deszcz ustępuje miejsca zachodzącemu słońcu i robi się ciepło. Późnym wieczorem, uciekając przed kolejną burzą, dojeżdżamy do Wiednia. Zatrzymujemy się u Tomka, który pracuje tam na zesłaniu i dlatego chciał z kimś pogadać po polsku. Następny dzień to piesza turystyka po stolicy Austrii. Włóczymy się po mieście, zjadamy solidną golonkę i popijamy pszenicznym piwem.

Rano pogoda jest trochę niewyraźna, mimo to ruszamy do Zell am See. Ponad 400 km – trochę po zakrętach, trochę autostradą, góry coraz wyższe, a landszafty coraz piękniejsze. W Bischofshofen po krótkim autostradowym łączniku zjeżdżamy na Zell am See. Nad nami powinien rysować się masyw Grossglocknera, najwyższego szczytu Alp austriackich, ale jedyne, co widzimy, to chmury. Dojeżdżamy nad jezioro, gdzie mieści się jedno z większych pól namiotowych. Mamy weekend, więc na kempingu jest ciasno. Przed nami wybór: rozbić namioty za obskórnym barakiem, tuż przy ulicy, albo obok Czecha w wieku przedemerytalnym, który chrapie jak traktor. Wybieramy to pierwsze.

Rozbijamy obóz. Rysiek zabrał kompletnie obciachowy damski namiot (1- -2-3-bum i gotowe), więc ma czas, aby z uwagą śledzić, co robię z tymi dziwnymi rurkami i sznurkiem. Po niespełna godzinie walki wreszcie mogę się położyć. Niepokoi mnie pogoda. Ryśkowi jest wszystko jedno, bo właśnie zasypia...

   
W Alpach właściwie każde miejsce na poboczu jest dobre na relaks i odpoczynek.  Jedziemy – zimno. Stajemy – gorąco. Tak już jest z pogodą w górach. 

48 km dzikich winkli
Budzę się przed siódmą i z aparatem idę na obchód okolicy. Dzień wita mnie pięknym słońcem i letnią pogodą. To jest to! Po śniadaniu w kempingowej restauracji i ustaleniu planu dnia ruszamy na przełęcz. Wjazd na Grossglockner to 48 km bajkowych zakrętów w najwyższej części austriackich Alp. W szczytowym punkcie droga biegnie ponad 2,5 km nad poziomem morza. Całodniowy bilet kosztuje 22 euro, ale ponowny zakup następnego dnia jest dużo tańszy. Kawałek prostej, dwójka, zbijamy do jedynki, ciasny lewy, kawałek prostej, dwójka, znów na jedynkę, ciasny prawy – i tak do samej góry. W Bikers’ Point na szczycie największy tłok robią... samochody. Na szczęście zostało kilka miejsc dla motocykli. Ani jednej chmurki, zero wiatru i termometr dobijający do 20 kresek. Miód! Przełęcz Grossglockner to fantastyczne zakręty, niesamowite widoki i... tłok jak na Zakopiance. Nie brakuje tu turystów, ale też lokalesów, którzy przez cały dzień na ścigaczach upalają jak na torze wyścigowym.

Ponad połowa wszystkich motocykli, jakie mijamy, to beemki, ponad połowa tych beemek to duże GS-y, na ponad połowie nich podróżują niemieccy i austriaccy emeryci. Ale są też oldskulowe café racery czy wielkie trójkołowce. Największe wrażenie robi na nas Anglik, który na czymś leciwym o pojemności 125 dzielnie wdrapał się na samą górę z bagażem wielkości niewielkiego samochodu.

   
W Bawarii małpy (przynajmniej niektóre) jeżdżą rowerami.  Żywa (martwa) reklamakomisu motocyklowego.

wyprawa jak bułka z masłem 
   Podróżowanie po południowo-zachodniej Europie to rzecz bezstresowa, przyjemna i bezpieczna nawet dla początkujących motocyklistów. Szczególnie Austria urzeka kulturą jazdy i jakością dróg. We Włoszech jest nieco gorzej – i z kulturą, i z nawierzchniami. Zasyfione zakręty na bocznych drogach często odbierają sporo frajdy z jazdy. W kraju pizzy przyda się mocna gęba, bo dzięki niej można wynegocjować np. atrakcyjną cenę za nocleg. Włosi niechętnie mówią po angielsku, więc czasami trzeba trochę pomachać rękami. No i nie szanują na drodze motocyklistów, jak choćby Niemcy czy Austriacy. Trzeba uważać tak jak w Polsce. Nie można zapominać, że w Alpach pogoda zmienia się błyskawicznie i należy być przygotowanym na temperatury w okolicach zera nawet w lecie. W najwyższych partiach gór śnieg na drodze może leżeć nawet w lipcu. W trasie warto monitorować pogodę i w razie czego na bieżąco nanosić poprawki na plan. Szkoda zachodu i zdrowia na wjazd pod górę chociażby w gęstej mgle, no, chyba że szczyt będzie ponad granicą chmur. Wyposażenie. Solidna bielizna termiczna i przeciwdeszczowy kubraczek to absolutne minimum, ale grzane manetki są w Alpach prawdziwym skarbem. Ceny kempingów są rozsądne: 15-20 euro od osoby za miejsce na namiot i dla motocykla i za pełną kempingową infrastrukturę. W tygodniu jest luźno, cicho i przyjemnie. Tłok i ścisk robią się w okolicach weekendu, więc mogą być problemy ze znalezieniem fajnej miejscówki.

Nagła zmiana planów
Słońce powoli kończy pracę, więc zjeżdżamy na południową stronę przełęczy do mieściny o nazwie Heiligenblut, zjadając po drodze w ramach obiadu lokalny specjał, wyglądający jak duży rozdeptany pączek. Trzynastosylabowej nazwy nie potrafi ę wypowiedzieć, ale pasuje do wyglądu potrawy, a smakuje dużo lepiej niż wygląda. W Heiligenblut trafiamy na nieduży, przyjemny kemping, którego właściciel organizuje u siebie co roku duży zlot i jest wielkim entuzjastą motocykli. Gościnność, atmosfera, spokój, cisza i menu sprawiają, że dalszy plan podróży bierze w łeb ze skutecznością nalotu dywanowego. Mieliśmy jechać do Chamonix, ale zostajemy w Heiligenblut.

Kolejnego dnia ruszamy do punktu widokowego pod samym szczytem Grossglocknera. I znów to samo: gładko jak na stole, zapierające dech widoki, tym razem trochę mniejszy ruch i grzejące pełną mocą alpejskie słońce! Wizyta na tarasie widokowym to niezapomniane przeżycie. Potwór o wysokości prawie 3800 m n.p.m. robi niesamowite wrażenie, a człowiek wyrwany z miejskiej scenografi i długo nie może znaleźć punktu odniesienia, który pozwoliłby ogarnąć te przestrzenie. O, udało się! Te pchły, tam w oddali, to ludzie! Rysiek uwija się z aparatem, a ja, jak na rasowego turystę przystało, robię rundkę po sklepie z pamiątkami. Folklor jak się patrzy! Nie brakuje klasyki – są ciupagi i bursztyn!

Robi się chłodno, wieje niemiłosiernie, więc ruszamy w dół. Nigdzie nam się nie spieszy, dlatego zaglądamy w kilka bocznych dróżek. A to urokliwa kapliczka, a to strumień z krystalicznie czystą i zimną jak diabli wodą albo jakiś wodospad... Zerkam w lusterko – nie ma Ryśka. Po kilkunastu minutach dojeżdża do mnie i mówi, że gonił świstaka, który wspinał się gdzieś po ścianie. Ma uśmiechniętą gębę, czyli zdjęcia gryzonia są! Do dzisiaj nie wiem, jak i gdzie wlazł za nim w kombinezonie i kasku. I nie chcę wiedzieć. Na kempingu, przy jedynym słusznym napoju, ustalamy, co dalej. Posypał się pierwotny plan, ale właściciel kempingu poleca nam swój wariant.

Nazajutrz zjeżdżamy z drogi na Lienz i kierujemy się do granicy z Włochami drogą nr 25, która wije się doliną wzdłuż górskiego strumienia. Małe wioski, co chwila wodospady, kaskady, drewniane mostki i symboliczny ruch. Defiladowa prędkość rozleniwia. Dalej droga zaczyna piąć się zakrętami ostro w górę, ruch praktycznie zamiera. Kiepski asfalt, trochę dziur, po bokach strzeliste sosny. Po kilkunastu kilometrach wdrapujemy się na ponad 2300 m n.p.m. Znajdujące się na kolejnym szczycie przejście graniczne z Włochami wita nas... czerwonym światłem: ruch wahadłowy i spadająca ostro w dół droga na szerokość samochodu. Czekamy dobre kilkanaście minut. Droga jest do przesady kręta i wąska, więc koncentracja, żeby nie wylecieć w krajobraz, bardzo skutecznie kastruje przyjemność ze zjazdu.


Wiedeń to piękne miasto, ale mając w perspektywie alpejskie winkle, trudnoskupić się na zwiedzaniu.

Po włoskiej stronie jest zaskakująco pusto. Miejsc noclegowych nie brakuje – od kempingów po luksusowe hotele i pensjonaty, ale większość miejscowych nie kuma angielskiego. Decydujemy się na nocleg u Włocha, który gada po niemiecku, mimo że na grzbiecie ma koszulkę włoskiej reprezentacji. Rysiek ze spokojem głazu narzutowego wykłada nasze argumenty. Koniec końców mamy niedrogi nocleg i nie musimy wynosić się przed godz. 10 następnego dnia. Zaraz ruszamy do miasta na prawdziwą pizzę. Jedząc, przyglądamy się lokalesom. To dziwne uczucie obserwować, jak Włosi dyskutują, operując wzorowym niemieckim.

W pokoju dostajemy łoże małżeńskie, ale jako że jesteśmy padnięci, mamy to gdzieś. Momentalnie zasypiamy. Rano po spacerze do piekarni wracam z trofeum w postaci świeżych bułek i paru innych śniadaniowych specjałów.



Grossglockner – najwyższy szczyt Alp austriackich. Lita skała wyniesiona do wysokości  prawie 4 km nad poziomemmorza.


Kaprys władcy: zamki
Pożegnawszy naszego włoskiego gospodarza, ruszamy do Niemiec. Jedzie się wyjątkowo spokojnie. To dobrze, bo nieraz przekonaliśmy się, że jazda na motocyklu po Italii w dużym ruchu należy do wątpliwych przyjemności. Pod koniec dnia dojeżdżamy do Fussen, gdzie lądujemy w bardzo przyjemnym pensjonacie.

Kolejny dzień i ostatnia zaplanowana atrakcja: bawarskie zamki. Lecimy do zamku Linderhoff. To jeden z pałaców Ludwika II Bawarskiego, który postawił niesamowitą rezydencję pośrodku niczego. Dosłownie! Wokół jak okiem sięgnąć tylko góry i lasy. Szybkie fotki, ekspresowe zwiedzanie i ruszamy do zamku Neuschwanstein. Imponujące zamczysko ze strzelistymi wieżami posłużyło za wzór dla zamku, który widać przed każdą kreskówką Disneya. Niestety okazuje się, że pod zamek nie ma dojazdu, a pieszo już nie zdążymy. No to robimy zdjęcia z dołu i do hotelu. Wracamy na tyle późno, że kuchnia jest już zamknięta. Prosimy gospodarza o cokolwiek. Ten mówi, że coś wymyśli i po 10 minutach przynosi dwie solidne dechy pełne serów, wędlin i świeżego pieczywa. Prawie całujemy go po rękach i popijając zimnym jasnym regenerujemy siły.

 
 Jeden z licznych „niedużych” pałacykówLudwika II Bawarskiego. Zamek Neuschwanstein – skopiował go sam Disney.

Na powrót do Polski wybieramy wariant autostradowy. Pogoda na trasie do Monachium bardzo przyjemna, ale potem jest już tylko gorzej. Podróżujemy ramię w ramię z chmurą wielkości małego państwa, która leje nam pod koła hektolitry wody. Mimo to, bardzo zadowoleni, ustalamy przez interkom plan kolejnego wyjazdu.

zobacz galerię

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij