Motocykl poleca:

Bhutan: 360 zakrętów na godzinę

Poleć ten artykuł:

Drugiego dnia wyprawy było mgliście. Ten zakręt nie zapowiadał się jako trudny, ale jakoś niefajnie się zacieśniał. W jego połowie zobaczyliśmy wyładowaną kamieniami ciężarówkę i leżący tuż za nią pomarańczowy motocykl. Jeden z naszych...

Egzotyczna przyroda Bhutanu Zobacz całą galerię

W Bhutanie jest drogo: każdy dzień to minimum 230 dolarów. Kto chce tam przyjechać, musi skorzystać z pakietu: hotele, przewodnicy, transport, wyżywienie. W zamian dostajesz prawo wjazdu do ostatniego z buddyjskich królestw, niczym nieskalaną, zachwycającą przyrodę, towarzystwo uśmiechniętych ludzi, dziko pokręcone drogi prowadzące po Himalajach od jednego dzongu do drugiego, od siedemdziesiątego klasztoru do osiemdziesiątego. 

Nasza 9-osobowa grupa spotkała się w Delhi. Stamtąd lot na wschód – do Bagdogry, potem jeszcze 4 godziny lądem i byliśmy w Bhutanie. Chaos indyjskich dróg, rządzące na nich lewostronne wariactwo – wszystko to skończyło się jak nożem uciął na bramie będącej początkiem Bhutanu. Nie skończył się tylko lewostronny ruch. 

Zaczęły się za to zaskoczenia. Najbardziej zadziwiła nas powszechna znajomość angielskiego. To absolutnie zadziwiające, że kraj do początku lat 70. całkowicie odcięty od świata – bez infrastruktury, szkolnictwa, opieki medycznej, poczty – potrafił tyle osiągnąć. Drogi są tam wąskie, góry wysokie, a asfalty mizerne. Wszyscy kierowcy, widząc motocykle, przystawali i nas przepuszczali, i to niezależnie od tego, czy jechali przed nami, czy z naprzeciwka.

W pierwszym hotelu po bhutańskiej stronie granicy czekały na nas KTM-y 640 Adventure. To mocno nietypowe maszyny na azjatyckich drogach. Najwięcej tu Bajajów i innych „hindusów”. Królują oczywiście Royale Enfieldy. À propos królowania – król Jigme Khesar Namgyel Wangchuck ma 33 lata, piękną żonę i beemkę GS 1200. Gogo, towarzyszący nam Toyotą Hilux jako wsparcie, był nadwornym mechanikiem króla. Za przewodnika robił Dorji (ujeżdżał KTM-a). 

Maszyny, tak jak większość z nas, właśnie otwierały sezon. W związku z tym początkowo nieco marudziły, żądając od królewskiego mechanika większej troski. Niedomagania były typowe dla tych maszyn: wysprzęgliki i drobne wycieki z hydrauliki. Hilux z Gogo za kierownicą był wyładowany czym trzeba, więc usuwanie awarii zajmowało niedużo czasu.

Zaczęliśmy na 300 m n.p.m. Było upalnie, wilgotne powietrze niemal mogliśmy zobaczyć. Droga szła mocno pod górę, więc po kilkudziesięciu kilometrach byliśmy na wysokości Rysów. Zrobiło się chłodniej, poprawiła się widoczność. W zasadzie jest tu tylko jedna droga: wiedzie z Indii do... Indii i jest najważniejszą trasą zaopatrzeniową kraju. Tędy więc fantazyjnie wymalowane ciężarówki przemierzają Himalaje z wypisaną na zderzakach prędkością „max 30 km/h”. I szybciej nie jeżdżą. Zdecydowaliśmy, że każde z nas jedzie swoim rytmem, zatrzymuje się tak często, jak chce, tylko samochód zawsze musi być ostatni. 

Tagi: turystyka na motocyklu | podróże na motocyklu | Bhutan

Oceń artykuł:

3.7

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij