Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Bo twardym trzeba być...

Zaczęło się od tego, że mój bardzo dobry kumpel wyjeżdżał w styczniu do Włoch na dłuższy pobyt zarobkowy. Z racji tego, że wyjeżdżał z żoną i prawie całym dorobkiem brakło już miejsca żeby zabrać ze sobą swoją Hondę CB 500. Planował wrócić po nią wiosną, ale tu już pojawiały się problemy typu wolne w robocie.

No więc kumpel był w potrzebie i trzeba było mu pomóc :

- „Tadek jak chcesz to ja mogę przywieźć Ci cebule na kołach jak tylko się w miarę ciepło zrobi. Dla mnie to nie będzie żaden problem.”

Po chwili namysłu.

- „Ok. Jeśli to nie będzie dla ciebie problemem.”

 No i tak czekałem od stycznia do 23.04.na wyjazd. W robocie już wcześniej zaklepałem sobie wolne, zamówiłem miejsce na powrót i czekałem.

Tydzień przed wyjazdem pogoda była jak marzenie, ciepło, słonecznie, prawdziwa wiosna ale wiadomo jak to w życiu bywa.

W środę przed wyjazdem około godziny 18 ze słonecznej wiosennej pogody zrobiła się szarówka, a później zaczęło padać. No ale odwrotu nie było, postanowiłem nie oglądać pogody tego wieczora, bo po co się denerwować przed wyjazdem.

            Czwartek rano.

Planowany wyjazd o godzinie 5 przesunął się na 7.30, deszcz zamienił się w lekką mżawkę więc te dwie godziny obsuwy wyszły na dobre.

Moto zapakowane więc w drogę. Parę kilometrów za moim  rodzinnym miastem, Dzierżoniowem mżawka ustała i im bliżej granicy w Kudowie tym zapowiadało się, że teraz to już tylko będzie lepiej. Tankowanie na granicy i w drogę.

Po 100 km tuż przed Pragą znów złapał mnie deszcz, ale postanowiłem nie stawać i nie zakładać przeciwdeszczówki bo widać, że niebo za Pragą czyste.

I tak w tej błogiej nadziei, że w końcu wyjdzie słońce jechałem aż do Augsburga, na zmianę moknąc i schnąć kiedy przestawało padać.

W Augsburgu wypiłem kawkę u ciotki ogrzałem się i w drogę, ale tym razem już założyłem „kondona”, bo widziałem, że nad Monachium zbierały się chmury więc nie chciałem już ryzykować ponownego zmoczenia.

Oczywiście jak na porządną wyprawę przystało, nie mogło obyć się bez przygód typu „zabrakło mi paliwa”. Całe szczęście, że w porę się ocknąłem wklepałem w navi stację  i zjechałem z autostrady, ale dwa kilometry przed stacją Honda i tak stanęła. Dzięki Bogu pomogło przechylenie moto na lewą stronę i przelanie resztek paliwa z prawej komory…. Uff obyło się bez pchania.

Koło godziny 18 dojechałem do Intala, granicy Niemiecko-Austriackiej. Co prawda padać nie padało, ale za to temperatura spadło do około 7 stopni.

Jedziemy dalej, mijamy Insbruck i o zgrozo….. ulewa, na autostradzie rzeka, przez szybę w kasku mało co widać, a tiry dokładają swoje podnosząc z drogi niemiłosierne ilości wody.

Po 30 kilometrach miałem dosyć, zjechałem z autostrady na starą drogę biegnącą malowniczymi serpentynami alpejskich dróg na przełęcz  Brennero . Drogi te znam dobrze, gdyż przez 4 lata regularnie jeździłem tymi trasami  samochodem, ale tym razem nie było mi dane cieszyć się ich pięknem. W miarę jak wspinałem się w kierunku przełęczy pogoda się zmieniała. Deszcz zamieniał się stopniowo w śnieg, temperatura spadła do okolic zera, a do pełni szczęścia zeszła mgła gęsta jak mleko. Ale i tak nie mogłem sobie odpuścić fotki na tle mostu Europabrucke, w tej chwili drugiego co do wysokości w Europie (w najwyższym miejscu 192 metry).

po około 30 km asfaltowych wywijasów dotarłem do granicy włoskiej i pogoda zmieniła się diametralnie, mimo że była godzina 19.30 było około 14 stopni i było.... sucho!

 Zatrzymałem się na pierwszej stacji żeby wysuszyć rękawice, które jako jedyne poddały się pogodzie, zatankowałem sprzęta i już szykowałem się do odjazdu kiedy podeszło do mnie dwóch Włochów i mówią miej więcej coś takiego: „ Polakko?  Abbiamo visto nella pioggia vicino Insbruck.” (Polak? Widzieliśmy cię w tym deszczu koło Insbrucka).

Odpowiedziałem łamanym włoskim wspomagając się międzynarodowym migowym, że przejechałem już dzisiaj tysiąc kilometrów i mam jeszcze 300 do celu, a oni zrobili tylko wielkie oczy, popatrzyli na Hondę i kręcąc głowami z niedowierzaniem wymamrotali „a cinquecento?”( na pięćsetce?).

            Ostatnie 300 kilometrów mimo, że było cieplej i nie lało nie było wcale łatwiejsze.Mocny wiatr, lekkość motocykla i zmęczenie dawały się we znaki, momentami przy wyprzedzaniu kolumny tirów trzeba się było napocić żeby utrzymać się na swoim pasie.

O godzinie 22.30, po przejechaniu  1267km w 15godzin, zmęczony ale szczęśliwy dotarłem na miejsce. Oczywiście mimo zmęczenia nocne polaków  rozmowy ciągnęły się jeszcze do późnej godziny.

W piątek z racji tego, że powrót miałem dopiero wieczorem, a znajomi musieli iść niestety do roboty wykorzystałem na zwiedzanie okolicy. A że mieszkają koło jeziora Garda to naprawdę było co pozwiedzać i gdzie nawinąć kolejne kilometry.

Była to najdłuższa, jak na razie, trasa którą przejechałem motocyklem w jeden dzień. Mała cebula spisała się jak marzenie, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest dorosłym motocyklem, który wiele potrafi.

Niewątpliwie była to przygoda najlepsza motocyklowa przygoda jak dotąd.

zobacz galerię

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij