Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Brzeski zlot motocyklowy’2009

Niejeden rok kręciło mnie na widok przejeżdżających głównymi ulicami miejskimi uczestników moto-zlotu, na który za każdym razem nie mogłam trafić wskutek takich, czy innych, coraz to kolejnych powodów. W tym roku postanowiłam: pojadę mimo każdego przeciwnego wiatru, który się nawinie w oczy...

„Lasem bezkresnym, dalekim”
    Niejeden rok kręciło mnie na widok przejeżdżających głównymi ulicami miejskimi uczestników  moto-zlotu, na który za każdym razem nie mogłam trafić wskutek takich, czy innych, coraz to kolejnych powodów. W tym roku postanowiłam: pojadę  mimo każdego przeciwnego wiatru, który się nawinie w oczy i próbując wydostać się z życiowego „nieprzejściaka” spraw, który ciągliwą kauczukowatą masą ma właściwość omotywać człowieka, udałam się do miejsca nominacji. Sprawom zaś, które ustawiły się w długą, ciągnącą się aż po horyzont kolejkę, ja niczym kasjerka, nagle zamykająca przed nosem klienta okienko, ogłosiłam przerwę techniczną.
    Ponieważ jechaliśmy po raz pierwszy, wszystko było głupiejowo: telefony naładować zapomnieliśmy, naczyń jednorazowych nie wzięliśmy, trzymający się na słowo honoru guzik od mojej skórzanki nareszcie się urwał.
    Przyjechawszy w niewiadomość i wysiadłszy na szosie Brześć – Kobryń, którą przecinały fury o szerokim czole i dużym potencjale wagowym, musieliśmy iść jeszcze ze trzy kilometry do miejsca akcji. Dzień wypadł po słonecznemu niezły. Blisko obozu giętkimi ławicami z dynamicznym towarzyszeniem muzycznym rozjeżdżały ugrupowania motocyklowe.

Korona z drzewa nie spadnie
    Wonne powietrze sosnowe, od którego tak odzwyczaił się mieszkaniec miasta, od razu uderzyło do głowy, w której i bez tego szumiało od szelestu listowia  wysokopiennych  brzóz, w których ptaki ukajająco śpiewały swoje rulady.

Gordyjski węzeł przewodów
    Ryk gitar basowych na soundchecku następował równolegle z hukiem wjeżdżających motocykli.
           


Przelewać z pustego w różne
    Zlot motocyklowy bez stopniowych przechodzeń zamienił się w piwny, gdzyż kompanie browarskie, dowiedziawszy się o imprezie, pośpieszyły nadjechać, aby zaprezentować swoją produkcję w szerokim asortymencie docelowemu audytorium. Póki piliśmy rozlewane piwo koloru żywicy drzewnej i robiliśmy koktajl ze śmietanki i brzeskiego „Porteru” w równych proporcjach, czterech chłopców instalowało nad nami otwartą szopę z napisem „Bałtyk” (marka piwa, przyp. N.M.), – w taki sposób nie zostaliśmy bez dachu nad głową. Później wyprawiliśmy polowanie na „Białego Niedźwiedzia”, na którym skórę właśnie rozdzieliliśmy, spożywszy półtoralitrową butelkę wspaniałego rosyjskiego napoju.
    Bikerzy, którzy wyraźnie poweseleli po wypitym piwku, wykonywali na trawie tricki akrobatyczne. Ktoś rozmaszyście rozkołysywał się na huśtawce przypominającej wahadło w dużym zegarze.
    Byli i tacy, którzy, nie doczekawszy się zaplanowanego na południe otwarcie festiwalu, upili się do tej miary, że trzeba było zabierać ich na ewakuatorze.

Nie chwal się odjazdem, chwal się przyjazdem
    Rockerów, którzy przybywali zastępami stawało się coraz więcej i więcej i więcej. Na drugi dzień jabłku Newtona padać już nie było gdzie.
   
Stajnia motocyklowa
    Poszczególne moto, podobne do urządzeń wielofunkcyjnych, posiadały na tyle bogatą iluminację, że przypominały zewnętrzną reklamę w zachodnim megapolisie. Co krzepsi faceci jeździli na bike’ach pokaźnych rozmiarów o brzuchatych zbiornikach na benzynę, co zwalnia ich od konieczności „kłaniania się” omal że nie każdej stacji benzynowej”. Jakiś moto-punk w drodze łączenia obowiązków, nie ograniczając się  malowaniem w kolory, na trwale przykleił do hełmu irokez.
    Technika okołomotocyklowa – quady stanowiły 1%, miniaturowe skutery – 3%. A dla kogoś trzykołowy „druh lepszy był od nowych dwóch”. Pewien keks (czyli „gość”, przyp.N.M.) przytoczył się na „kwadawrze”, którego ryk przypominał kosiarkę do trawy. Prawdziwy moto-pokaz urządził wyżarzający na mini-kwadrocyklu 6-letni skrzat, który przybył na zlot z rodzicami.
    Rarytasem festu i dziwadłem, obok którego ludzie krążyli, jak wokół choinki, został wyprodukowany w Kijowskiej Fabryce Motocyklowej zmurszały „Ural” – przeżyły wojnę staruszek z erkaemem, harmonią, zardzewiałym hełmem i zbiornikiem na benzynę.
    Wśród wspaniałego „żelaza” były i „dalekonośne kruizery” rozmaitych konfiguracji, i choppery „czystej krwi”, i aparaty „z pretensją na wysoką klasę jezdną”, dokąd wcisnęły się też motory, które „nie za bardzo świecą swym logo”.  Wśród obfitego widma marek przeważały rącze Suzuki, nieposkromione Kawasaki, urocze w swych zarysach i parametrach Honda. Pośród innych roztaczały piękno srebrzyste Valkyriе, budziły zaufanie potęga kół i stanowczość konturów BMW. Ducati zaś nie dostrzegłam, mimo że obeszłam ze trzy razy cały obóz, który się zamienił w olbrzymią wystawę motocyklową przypominającą ogromne muzeum, gdzie przechodząc z komnaty do komnaty, zwiedzający zaczyna odczuwać przesyt obrazami, nie obejrzawszy nawet trzeciej części.    
    Lecz nade wszystkie najbardziej spodobał mi się żwawy i bardzo nietypowy KTM w klasycznym stylu o szarym napyleniu, tak że przypomniał się cytat (zgadnijcie, skąd został wzięty):
„Pierwszy biegnie po drodze, w potok się rzuca burzliwy
Kroków nie boi się ufać mostowi nieznajomemu.
Zgiełku pustego nie lęka się, dumna też jest jego szyja.
Mordę ma kształtną, kłąb jego pulchny i brzuch jest wciągniony.
Pierś jest wspaniała i muskularna. A szlachetniejsza nad wszystkie
Szara jest maść albo gniada; nikt nie da pierwszeństwa
Białej lub siwej” (Tłum.N.M.)
    I gdybym była koniokradem, wywiozłabym pięknisia, którego bym wkrótce też zwróciła, ponieważ używany – i za darmo mi nie jest potrzebny.
    Była jeszcze jedna rasa motocylowa, która zawróciła mi głowę. Toczoną nienagannością zarysów i harmonią kolorów napylenia robiły wrażenie uosabiające ideał wzornictwa motocyklowego wytworne „Hondy”, od których wspaniałego widoku długo nie mogłam oderwać spojrzenia, odczuwając zatrzymanie w czasie.
   
Parada motocyklowa
    Trzonem programu stała się rewia motocyklowa, której nie obaczyłam, jak swoich uszu, słuchających muzyki ciężkiej, ponieważ właśnie w tym czasie, „wyprzedziwszy” rockersów, wpadłam do domu, żeby przyszyć guzik, co się oderwał od mojej skórzanki, której łokcie długo będę potem gryzła: przecież przepuścić defiladę motocyklową – to jest to samo, co przegapić bicie kurantów na sylwestra. (Ponieważ ze wględu na nierównowagę w czasie i przestrzeni nie mogłam znajdować się w kilku punktach jednocześnie, odraz wyszedł niepełny). Przybiegłszy na trotuar, zobaczyłam na alejach  tylko rozpraszający się „dymny” tren, niczym na scenie po koncercie i usłyszłam urywki komentarzy poczciwych mieszkańców miasta: „Rockersi wprowadzili urozmaicenia i narobili dużo zgiełku.”
    Z towarzyszeniem dużego „orszaku” Kontroli Ruchu Drogowego brać motocyklowa, „wyprasowawszy” centralne ulice miasta, przybyła do Brzeskiej Twierdzy-Bohater, gdzie oczekiwana przez Brześcian w składzie trzech tysięcy osób, zwiedziła zespół muzealny, złożywszy kwiaty ku Wiecznemu Ogniowi. 
    Ponieważ polu widzenia odbywających się moto-konkursów przeszkadzała nadmierna koncentracja ludzkich potylic, odbyliśmy z moim kumplem przechadzkę za most do malowniczego miejsca, gdzie drzewa porosnęły zielonymi frędzlami brzegi kanału, który się pokrył szmaragdową pleśnią, gdzie zawodziły bąki,  a żaby darły skrzele w swym rechotaniu. O obecności motocykli w twierdzy można się było domyśleć z dolatującego dźwięku obrotnych silników o dużej mocy, których ryk było słychać na trzy kilometry.
 
Bez zachodu nie ma miodu
    Po powrocie do obozu zostali wyróżnieni dyplomami partnerzy festiwalu, a także uczestnicy zlotu, którzy odbyli najdłuższą podróż: dziewczyna Marta, która utorowała treck Niemcy-Barcelona-Brześć o długości 6000 km i moto-zadymiarz, który pokonując północne bezdroże, leciał z Murmansku przez sześć i pół godzin na turbulującym powietrze helikopterze o pięciu łopatach śmigła. Aleksy Faber dostał zasłużoną nagrodę za najlepszą aerografię – wymyślnie przeplatające się tatoo na motorbike’u.
    Prowadzący życzył wszystkim „Zdrowia i chropowatej drogi”, a zabrzmiała ze sceny dewiza „Niech piwo leje się rzeką” i pouczenia o nienadużywaniu napoju pienistego ze względu na zbliżającą się podróż widocznie należało łączyć na zasadzie heglowskiej tezy i antytezy.
 

Chwytać byka za bO’Ki
    Jedną z atrakcji była imitacja rodeo – byk, na którym niezwykle trudno jest  utrzymać się w siodle. Kręcenie się i wierzganie przekory wywołuje skrajne obciążenie na błędnik, wskutek czego człowiek, trafiając do niezwykłych przyśpieszeń kątowych, okazuje się w stanie przeciążenia dopuszczalnego, i tracąc równowagę, w końcu przewraca się, odprowadzany wesołym śmiechem stojących obok widzów.
    À propos, na zlot przybyli członkowie klubu «Ox Highway» z Podmoskowia...

Brać żelazna
    Po terytorium obozu dumnie przechadzali się chłopcy z ugrupowania o ostrej nazwie «Iron Brothers».  

Mechanika pozytywna
    Z powodu nieobecności mojego krewnego-kompana, z którym pogubiliśmy się wskutek rozładowania komórek, nadarzyła się okazja poznania się z Rodionem Kojewem z pskowskiego klubu „Mechanika Pozytywna”. Oto co powiedział mój interlokutor na temat zlotu: „Na brzeskim zlocie motocyklowym jestem po raz drugi. Jest kasa – można się przetaczać. Festiwale wszędzie są mniej więcej takie same, ale każdy jest unikalny na swój sposób. Z każdym rokiem coraz droższa technika, coraz więcej ludzi. Oto cała moja historia”, – mówi motocyklista, ukazując na kurtce bogatą kolekcję znaczków i kontynuuje: „Nie uważam Białoruś za jakąś wieś. Kiedy tutaj się przyjeżdża, czuje się o wiele spokojniej. Ludzie są bardziej otwarci. Białorusini mają inną wizję świata, inne postrzeganie jeden drugiego.” Między innymi rocker wskazał na dobry stan dróg białoruskich w porównaniu z Rosją, „gdzie w ogóle nie ma dróg”. 

„Zagubiłam igłę cienką,
Gdzie mam teraz znaleźć ją?”
                                (Słowa z libretta operowego)
    „Co ty piszesz?”, – robiąc zapisy w notesie, słyszę głos obok. Rusłan z Ukrainy – osoba dosyć czarująca. Na plecach kurtki motocyklisty – napis po angielsku „Wiatry”. Ugrupowanie «Winds» ma taką nazwę, bowiem chłopaki lubią świeży wiatr, góry, skały. Na białoruskim bike-zlocie Rusłan jest po raz pierwszy. Mimo bezpośredniego związku z życiem sportowym, biker podziela moje poglądy na moto-żywioł jako na kulturę, nie zaś sport: „Nigdy nie uczestniczyłem w zawodach motocyklowych, gdyż lubię prędkość na drodze. Kiedy stoi znak 95 – naciskam na 100, kiedy 100 – pruję na 105. Niekoniecznie jest jechać po coś i dokądś, można po prostu jechać. Przejeżdżam jezioro – piękne jezioro, drzewa, domy. Kocham dźwięk swego motoru i po prostu wymiękam podczas jazdy”, – mówi z zachwytem rozmówca, pokazując swego rumaka, na który jest nałożony pokrowiec. Ponieważ rocker gra na perkusji, dotykamy muzyki. „Na Ukrainie muzyki nie ma, chociaż w piwnicach ona jest i jaka mocna! I jacy nawet w knajpach chłopcy siedzą i zasuwają! Bardzo dużo jest mocnych grup, „pełnym-pełno”! Uwielbiam heavy-metal, ostry rock, AC/DC!!”. Dłonią-muszelką zamykając mi jedne ucho, do mojego drugiego ucha ręką, na której widnieje sygnet z symbolem choppera, motocyklista prygarnia komórkę, skąd brzmią majorowe metal-tematy. Rusłan całuje mnie w nos i woła na piwo, zgadzam się, ale powołuję się na bardzo ważne sprawy nie do odłożenia. (Jak gdyby nie można czynić obserwacje i robić reportaż w towarzyszeniu żywego prawdziwego bikera!! Gryzę łokcie swojej kurtki skórzanej!!) Obiecuję Rusłanowi wpaść po niego później, widzę jego na wpół zmartwione oczy, we mnie też coś się urywa i nie bez powodu. Więcej się nie zobaczymy: w wyznaczonym czasie bez kompasu będę się błąkać i po prostu nie znajdę jego namiotu pośród dziesiątków i setek różnokolorowych nieprzemakalnych domków płaszczowych. 

                Chociaż odległość dzieli nas,
                To sobie kupię „bycze oko”!
    Na zlocie wrzał jarmark, gdzie nabywcom (w tym także potencjalnym) był udostępniony bogaty wybór koszulek, lśniących pierścieni, różnorakich wisiorków i atrybytyki motocyklowej.
    Pewien biker z Moskwy, zdjąwszy kamizelkę, uwidocznił bogatą mini-kolekcję znaczków na koszuli, u innych zaś bezpośrednio na skórze ich katan było na co popatrzeć.

„Zywioł wszechzżerający”
    Odlotowemu występowi perkusistów LOS PERDIDOS (z tym że zmienna kolejność jest zbyt przewidywalna, trochę za mało spontanicznej improwizacji), towarzyszyło ekstremalne fire-show, które stanowiło „mieszaninę ognia” i rytmu, pod który „lud szalał zapamiętale”.
 
TOK
    Grupa TOK (co oznacza PRĄD, przyp. N.M.) z Dniepropietrowska była bezpośrednim dowodem na to, że na Ukrainie nie jest aż tak źle, jeżeli chodzi o muzykę ciężką... Energiczny, nasycony sound ze śmiałym „zakosem” na AC/DC i poniekąd Bona Jovi, – akurat taki, który ma być obecny na tympodobnych imprezach. Dopuszczalna chrypka aksamitnego wokalu w połączeniu z majorowymi gitarowymi crescendo i przesypywanymi partiami perkusji stwarzały rześki nastrój. Byli oni head-linerami i urządziwszy jaskrawe TOK-show, zamykali festiwal trwający do czwartej w nocy.

Girlandy ogni
    Po zakończeniu koncertu, gdy „wzgórza pogrążyły się” „w tajemniczy półmrok nocy”, ogniste bukiety jaskrawo-żółtych, nasycono-pąsowych i ultramarynowych ogni, rażąco wzbijając się nad wysoko podniesionymi głowami zebranych, z trzaskiem rozsypywały się, powoli przechodząc w gasnące liliowe odcienie.

Miasteczko płaszcz-namiotowe
            – A czemu Pani pytaniem na pytanie?
– A czemu Pan odpowiedzią na odpowiedź?
(Z  rozmowy z „konstablem” obozu)
    Niektórzy  userzy spali niczym wielbłądy – siedząc na garbatej atamanie siedzenia. A pewien gość zasnął stojąc, przygarnąwszy się policzkiem do półtoralitrowej butelki piwa. Ocknąwszy się za pół godziny, raptem dokądś szybko się zerwał. 
 
I my tam byliśmy,
Miód, piwo piliśmy
– Czy próbowała Pani „Białowieskie”?
–Wyrosłam na nim.
(Z dialogu z nowym znajomym)
    Na 1 km2, gdzie „zawrócić tak, żeby się nie natknąć na kogoś, jest sprawą wyjątkowo trudną”, jadło, piło, poznawało się i dymiło kilka tysięcy ludzi. Dym na scenie  łączył się z przedostającym się do dziurek w nosie zapachem apetycznych szaszłyków.
    Szopy szybko się zamieniły w ukrycia od grubioziarnistych ważkich gron deszczu, chociaż byli i tacy, którzy pod zimnym oberwaniem chmury radowali się życiem.
    Piwa „Stary młynarz” z nowym znajomym – ochroniarzem Sergiuszem, którego ogolona czaszka przypominała dojrzewającą dynię, razem też nie wypiliśmy jako że dokądś uchyliłam się. Usłyszawszy wyśpiewywane piosenki Kipiełowa przez kohortę na pół pijanych bikerów, pośpieszyłam ulokować się w pobliżu, aby należycie ocenić „przysmak domkulturalnej twórczości amatorskiej”. Siedząc pod daszkiem przy stole, który był ustawiony i zastawiony, można było posłuchać, o czym rajcują bikerzy. Tak, na przykład, mówiono o tym, ile ludzi porozbijało się na „Jawach”. 

Królewska uczta, jakiej świat nie widział
    Wczesnym rankiem trzeciego dnia lekka mgła okrywała obóz, który był podobny do śpiącego królestwa po odbyciu się uczty.


Jedni do Sasa, inni do lasa
    Znalezione na leśnej ścieżce niedaleko obozu podczas przechadzki w kierunku zarośniętego trzciną stawu, pisklę, które wypadło z gniazda i pokonywało trudności w nauce latania, mój towarzyski krewny zaproponował zabrać do domu i wyhodować ptaszysko, aby w perspektywie „przylatywało do mnie i śpiewało piosenki”... Lecz po co zabierać w cieplarniane warunki  tego, kto “Burn To Be Wild”?

Najlepszy wśród równych?
    Długo jeszcze starałam się nie zmywać ostrych napieczętowań na ręce ze skrzydlatym emblematem “GoldWing”, które stawiano wchodzącym przy wejściu. Z moto-zlotu, który rozrósł się do statusu piwnego, przywieźliśmy ze sobą nie tylko pełne torby dobrego humoru, lecz także wyprodukowane w Koncernie Witebskim piwo „Dźwiński Browar”, który do naszego Brześcia nie jest dostarczany z powodu nadmiaru danego rodzaju produkcji własnego wytwarzania.
    Jubileuszowy zlot, – 10-lecie brzeskiego bike-festiwalu “GoldWing”, który niedawno został uznany za najlepszy we Wspólnocie Niepodległych Państw  –  odbędzie się w przyszłym roku. 
Autor: Natalia Martewicz, zdjęcia Wiktor Omelczuk

„Lasem bezkresnym, dalekim”
    Niejeden rok kręciło mnie na widok przejeżdżających głównymi ulicami miejskimi uczestników  moto-zlotu, na który za każdym razem nie mogłam trafić wskutek takich, czy innych, coraz to kolejnych powodów. W tym roku postanowiłam: pojadę  mimo każdego przeciwnego wiatru, który się nawinie w oczy i próbując wydostać się z życiowego „nieprzejściaka” spraw, który ciągliwą kauczukowatą masą ma właściwość omotywać człowieka, udałam się do miejsca nominacji. Sprawom zaś, które ustawiły się w długą, ciągnącą się aż po horyzont kolejkę, ja niczym kasjerka, nagle zamykająca przed nosem klienta okienko, ogłosiłam przerwę techniczną.
    Ponieważ jechaliśmy po raz pierwszy, wszystko było głupiejowo: telefony naładować zapomnieliśmy, naczyń jednorazowych nie wzięliśmy, trzymający się na słowo honoru guzik od mojej skórzanki nareszcie się urwał.
    Przyjechawszy w niewiadomość i wysiadłszy na szosie Brześć – Kobryń, którą przecinały fury o szerokim czole i dużym potencjale wagowym, musieliśmy iść jeszcze ze trzy kilometry do miejsca akcji. Dzień wypadł po słonecznemu niezły. Blisko obozu giętkimi ławicami z dynamicznym towarzyszeniem muzycznym rozjeżdżały ugrupowania motocyklowe.

Korona z drzewa nie spadnie
    Wonne powietrze sosnowe, od którego tak odzwyczaił się mieszkaniec miasta, od razu uderzyło do głowy, w której i bez tego szumiało od szelestu listowia  wysokopiennych  brzóz, w których ptaki ukajająco śpiewały swoje rulady.

Gordyjski węzeł przewodów
    Ryk gitar basowych na soundchecku następował równolegle z hukiem wjeżdżających motocykli.
           


Przelewać z pustego w różne
    Zlot motocyklowy bez stopniowych przechodzeń zamienił się w piwny, gdzyż kompanie browarskie, dowiedziawszy się o imprezie, pośpieszyły nadjechać, aby zaprezentować swoją produkcję w szerokim asortymencie docelowemu audytorium. Póki piliśmy rozlewane piwo koloru żywicy drzewnej i robiliśmy koktajl ze śmietanki i brzeskiego „Porteru” w równych proporcjach, czterech chłopców instalowało nad nami otwartą szopę z napisem „Bałtyk” (marka piwa, przyp. N.M.), – w taki sposób nie zostaliśmy bez dachu nad głową. Później wyprawiliśmy polowanie na „Białego Niedźwiedzia”, na którym skórę właśnie rozdzieliliśmy, spożywszy półtoralitrową butelkę wspaniałego rosyjskiego napoju.
    Bikerzy, którzy wyraźnie poweseleli po wypitym piwku, wykonywali na trawie tricki akrobatyczne. Ktoś rozmaszyście rozkołysywał się na huśtawce przypominającej wahadło w dużym zegarze.
    Byli i tacy, którzy, nie doczekawszy się zaplanowanego na południe otwarcie festiwalu, upili się do tej miary, że trzeba było zabierać ich na ewakuatorze.

Nie chwal się odjazdem, chwal się przyjazdem
    Rockerów, którzy przybywali zastępami stawało się coraz więcej i więcej i więcej. Na drugi dzień jabłku Newtona padać już nie było gdzie.
   
Stajnia motocyklowa
    Poszczególne moto, podobne do urządzeń wielofunkcyjnych, posiadały na tyle bogatą iluminację, że przypominały zewnętrzną reklamę w zachodnim megapolisie. Co krzepsi faceci jeździli na bike’ach pokaźnych rozmiarów o brzuchatych zbiornikach na benzynę, co zwalnia ich od konieczności „kłaniania się” omal że nie każdej stacji benzynowej”. Jakiś moto-punk w drodze łączenia obowiązków, nie ograniczając się  malowaniem w kolory, na trwale przykleił do hełmu irokez.
    Technika okołomotocyklowa – quady stanowiły 1%, miniaturowe skutery – 3%. A dla kogoś trzykołowy „druh lepszy był od nowych dwóch”. Pewien keks (czyli „gość”, przyp.N.M.) przytoczył się na „kwadawrze”, którego ryk przypominał kosiarkę do trawy. Prawdziwy moto-pokaz urządził wyżarzający na mini-kwadrocyklu 6-letni skrzat, który przybył na zlot z rodzicami.
    Rarytasem festu i dziwadłem, obok którego ludzie krążyli, jak wokół choinki, został wyprodukowany w Kijowskiej Fabryce Motocyklowej zmurszały „Ural” – przeżyły wojnę staruszek z erkaemem, harmonią, zardzewiałym hełmem i zbiornikiem na benzynę.
    Wśród wspaniałego „żelaza” były i „dalekonośne kruizery” rozmaitych konfiguracji, i choppery „czystej krwi”, i aparaty „z pretensją na wysoką klasę jezdną”, dokąd wcisnęły się też motory, które „nie za bardzo świecą swym logo”.  Wśród obfitego widma marek przeważały rącze Suzuki, nieposkromione Kawasaki, urocze w swych zarysach i parametrach Honda. Pośród innych roztaczały piękno srebrzyste Valkyriе, budziły zaufanie potęga kół i stanowczość konturów BMW. Ducati zaś nie dostrzegłam, mimo że obeszłam ze trzy razy cały obóz, który się zamienił w olbrzymią wystawę motocyklową przypominającą ogromne muzeum, gdzie przechodząc z komnaty do komnaty, zwiedzający zaczyna odczuwać przesyt obrazami, nie obejrzawszy nawet trzeciej części.    
    Lecz nade wszystkie najbardziej spodobał mi się żwawy i bardzo nietypowy KTM w klasycznym stylu o szarym napyleniu, tak że przypomniał się cytat (zgadnijcie, skąd został wzięty):
„Pierwszy biegnie po drodze, w potok się rzuca burzliwy
Kroków nie boi się ufać mostowi nieznajomemu.
Zgiełku pustego nie lęka się, dumna też jest jego szyja.
Mordę ma kształtną, kłąb jego pulchny i brzuch jest wciągniony.
Pierś jest wspaniała i muskularna. A szlachetniejsza nad wszystkie
Szara jest maść albo gniada; nikt nie da pierwszeństwa
Białej lub siwej” (Tłum.N.M.)
    I gdybym była koniokradem, wywiozłabym pięknisia, którego bym wkrótce też zwróciła, ponieważ używany – i za darmo mi nie jest potrzebny.
    Była jeszcze jedna rasa motocylowa, która zawróciła mi głowę. Toczoną nienagannością zarysów i harmonią kolorów napylenia robiły wrażenie uosabiające ideał wzornictwa motocyklowego wytworne „Hondy”, od których wspaniałego widoku długo nie mogłam oderwać spojrzenia, odczuwając zatrzymanie w czasie.
   
Parada motocyklowa
    Trzonem programu stała się rewia motocyklowa, której nie obaczyłam, jak swoich uszu, słuchających muzyki ciężkiej, ponieważ właśnie w tym czasie, „wyprzedziwszy” rockersów, wpadłam do domu, żeby przyszyć guzik, co się oderwał od mojej skórzanki, której łokcie długo będę potem gryzła: przecież przepuścić defiladę motocyklową – to jest to samo, co przegapić bicie kurantów na sylwestra. (Ponieważ ze wględu na nierównowagę w czasie i przestrzeni nie mogłam znajdować się w kilku punktach jednocześnie, odraz wyszedł niepełny). Przybiegłszy na trotuar, zobaczyłam na alejach  tylko rozpraszający się „dymny” tren, niczym na scenie po koncercie i usłyszłam urywki komentarzy poczciwych mieszkańców miasta: „Rockersi wprowadzili urozmaicenia i narobili dużo zgiełku.”
    Z towarzyszeniem dużego „orszaku” Kontroli Ruchu Drogowego brać motocyklowa, „wyprasowawszy” centralne ulice miasta, przybyła do Brzeskiej Twierdzy-Bohater, gdzie oczekiwana przez Brześcian w składzie trzech tysięcy osób, zwiedziła zespół muzealny, złożywszy kwiaty ku Wiecznemu Ogniowi. 
    Ponieważ polu widzenia odbywających się moto-konkursów przeszkadzała nadmierna koncentracja ludzkich potylic, odbyliśmy z moim kumplem przechadzkę za most do malowniczego miejsca, gdzie drzewa porosnęły zielonymi frędzlami brzegi kanału, który się pokrył szmaragdową pleśnią, gdzie zawodziły bąki,  a żaby darły skrzele w swym rechotaniu. O obecności motocykli w twierdzy można się było domyśleć z dolatującego dźwięku obrotnych silników o dużej mocy, których ryk było słychać na trzy kilometry.
 
Bez zachodu nie ma miodu
    Po powrocie do obozu zostali wyróżnieni dyplomami partnerzy festiwalu, a także uczestnicy zlotu, którzy odbyli najdłuższą podróż: dziewczyna Marta, która utorowała treck Niemcy-Barcelona-Brześć o długości 6000 km i moto-zadymiarz, który pokonując północne bezdroże, leciał z Murmansku przez sześć i pół godzin na turbulującym powietrze helikopterze o pięciu łopatach śmigła. Aleksy Faber dostał zasłużoną nagrodę za najlepszą aerografię – wymyślnie przeplatające się tatoo na motorbike’u.
    Prowadzący życzył wszystkim „Zdrowia i chropowatej drogi”, a zabrzmiała ze sceny dewiza „Niech piwo leje się rzeką” i pouczenia o nienadużywaniu napoju pienistego ze względu na zbliżającą się podróż widocznie należało łączyć na zasadzie heglowskiej tezy i antytezy.
 

Chwytać byka za bO’Ki
    Jedną z atrakcji była imitacja rodeo – byk, na którym niezwykle trudno jest  utrzymać się w siodle. Kręcenie się i wierzganie przekory wywołuje skrajne obciążenie na błędnik, wskutek czego człowiek, trafiając do niezwykłych przyśpieszeń kątowych, okazuje się w stanie przeciążenia dopuszczalnego, i tracąc równowagę, w końcu przewraca się, odprowadzany wesołym śmiechem stojących obok widzów.
    À propos, na zlot przybyli członkowie klubu «Ox Highway» z Podmoskowia...

Brać żelazna
    Po terytorium obozu dumnie przechadzali się chłopcy z ugrupowania o ostrej nazwie «Iron Brothers».  

Mechanika pozytywna
    Z powodu nieobecności mojego krewnego-kompana, z którym pogubiliśmy się wskutek rozładowania komórek, nadarzyła się okazja poznania się z Rodionem Kojewem z pskowskiego klubu „Mechanika Pozytywna”. Oto co powiedział mój interlokutor na temat zlotu: „Na brzeskim zlocie motocyklowym jestem po raz drugi. Jest kasa – można się przetaczać. Festiwale wszędzie są mniej więcej takie same, ale każdy jest unikalny na swój sposób. Z każdym rokiem coraz droższa technika, coraz więcej ludzi. Oto cała moja historia”, – mówi motocyklista, ukazując na kurtce bogatą kolekcję znaczków i kontynuuje: „Nie uważam Białoruś za jakąś wieś. Kiedy tutaj się przyjeżdża, czuje się o wiele spokojniej. Ludzie są bardziej otwarci. Białorusini mają inną wizję świata, inne postrzeganie jeden drugiego.” Między innymi rocker wskazał na dobry stan dróg białoruskich w porównaniu z Rosją, „gdzie w ogóle nie ma dróg”. 

zobacz galerię

Zobacz również:
Mimo, że jest najmłodszy i najmniejszy, BMW G 310 GS nie ustępuje większym braciom. To bowiem nie tylko uniwersalna maszyna do codziennej jazdy ale i pełnoprawny motocykl turystyczny
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij