Motocykl poleca:

Brzeski zlot motocyklowy’2009

Poleć ten artykuł:

Niejeden rok kręciło mnie na widok przejeżdżających głównymi ulicami miejskimi uczestników moto-zlotu, na który za każdym razem nie mogłam trafić wskutek takich, czy innych, coraz to kolejnych powodów. W tym roku postanowiłam: pojadę mimo każdego przeciwnego wiatru, który się nawinie w oczy...
Zobacz całą galerię

„Lasem bezkresnym, dalekim”
    Niejeden rok kręciło mnie na widok przejeżdżających głównymi ulicami miejskimi uczestników  moto-zlotu, na który za każdym razem nie mogłam trafić wskutek takich, czy innych, coraz to kolejnych powodów. W tym roku postanowiłam: pojadę  mimo każdego przeciwnego wiatru, który się nawinie w oczy i próbując wydostać się z życiowego „nieprzejściaka” spraw, który ciągliwą kauczukowatą masą ma właściwość omotywać człowieka, udałam się do miejsca nominacji. Sprawom zaś, które ustawiły się w długą, ciągnącą się aż po horyzont kolejkę, ja niczym kasjerka, nagle zamykająca przed nosem klienta okienko, ogłosiłam przerwę techniczną.
    Ponieważ jechaliśmy po raz pierwszy, wszystko było głupiejowo: telefony naładować zapomnieliśmy, naczyń jednorazowych nie wzięliśmy, trzymający się na słowo honoru guzik od mojej skórzanki nareszcie się urwał.
    Przyjechawszy w niewiadomość i wysiadłszy na szosie Brześć – Kobryń, którą przecinały fury o szerokim czole i dużym potencjale wagowym, musieliśmy iść jeszcze ze trzy kilometry do miejsca akcji. Dzień wypadł po słonecznemu niezły. Blisko obozu giętkimi ławicami z dynamicznym towarzyszeniem muzycznym rozjeżdżały ugrupowania motocyklowe.

Korona z drzewa nie spadnie
    Wonne powietrze sosnowe, od którego tak odzwyczaił się mieszkaniec miasta, od razu uderzyło do głowy, w której i bez tego szumiało od szelestu listowia  wysokopiennych  brzóz, w których ptaki ukajająco śpiewały swoje rulady.

Gordyjski węzeł przewodów
    Ryk gitar basowych na soundchecku następował równolegle z hukiem wjeżdżających motocykli.
           


Przelewać z pustego w różne
    Zlot motocyklowy bez stopniowych przechodzeń zamienił się w piwny, gdzyż kompanie browarskie, dowiedziawszy się o imprezie, pośpieszyły nadjechać, aby zaprezentować swoją produkcję w szerokim asortymencie docelowemu audytorium. Póki piliśmy rozlewane piwo koloru żywicy drzewnej i robiliśmy koktajl ze śmietanki i brzeskiego „Porteru” w równych proporcjach, czterech chłopców instalowało nad nami otwartą szopę z napisem „Bałtyk” (marka piwa, przyp. N.M.), – w taki sposób nie zostaliśmy bez dachu nad głową. Później wyprawiliśmy polowanie na „Białego Niedźwiedzia”, na którym skórę właśnie rozdzieliliśmy, spożywszy półtoralitrową butelkę wspaniałego rosyjskiego napoju.
    Bikerzy, którzy wyraźnie poweseleli po wypitym piwku, wykonywali na trawie tricki akrobatyczne. Ktoś rozmaszyście rozkołysywał się na huśtawce przypominającej wahadło w dużym zegarze.
    Byli i tacy, którzy, nie doczekawszy się zaplanowanego na południe otwarcie festiwalu, upili się do tej miary, że trzeba było zabierać ich na ewakuatorze.

Nie chwal się odjazdem, chwal się przyjazdem
    Rockerów, którzy przybywali zastępami stawało się coraz więcej i więcej i więcej. Na drugi dzień jabłku Newtona padać już nie było gdzie.
   
Stajnia motocyklowa
    Poszczególne moto, podobne do urządzeń wielofunkcyjnych, posiadały na tyle bogatą iluminację, że przypominały zewnętrzną reklamę w zachodnim megapolisie. Co krzepsi faceci jeździli na bike’ach pokaźnych rozmiarów o brzuchatych zbiornikach na benzynę, co zwalnia ich od konieczności „kłaniania się” omal że nie każdej stacji benzynowej”. Jakiś moto-punk w drodze łączenia obowiązków, nie ograniczając się  malowaniem w kolory, na trwale przykleił do hełmu irokez.
    Technika okołomotocyklowa – quady stanowiły 1%, miniaturowe skutery – 3%. A dla kogoś trzykołowy „druh lepszy był od nowych dwóch”. Pewien keks (czyli „gość”, przyp.N.M.) przytoczył się na „kwadawrze”, którego ryk przypominał kosiarkę do trawy. Prawdziwy moto-pokaz urządził wyżarzający na mini-kwadrocyklu 6-letni skrzat, który przybył na zlot z rodzicami.
    Rarytasem festu i dziwadłem, obok którego ludzie krążyli, jak wokół choinki, został wyprodukowany w Kijowskiej Fabryce Motocyklowej zmurszały „Ural” – przeżyły wojnę staruszek z erkaemem, harmonią, zardzewiałym hełmem i zbiornikiem na benzynę.
    Wśród wspaniałego „żelaza” były i „dalekonośne kruizery” rozmaitych konfiguracji, i choppery „czystej krwi”, i aparaty „z pretensją na wysoką klasę jezdną”, dokąd wcisnęły się też motory, które „nie za bardzo świecą swym logo”.  Wśród obfitego widma marek przeważały rącze Suzuki, nieposkromione Kawasaki, urocze w swych zarysach i parametrach Honda. Pośród innych roztaczały piękno srebrzyste Valkyriе, budziły zaufanie potęga kół i stanowczość konturów BMW. Ducati zaś nie dostrzegłam, mimo że obeszłam ze trzy razy cały obóz, który się zamienił w olbrzymią wystawę motocyklową przypominającą ogromne muzeum, gdzie przechodząc z komnaty do komnaty, zwiedzający zaczyna odczuwać przesyt obrazami, nie obejrzawszy nawet trzeciej części.    
    Lecz nade wszystkie najbardziej spodobał mi się żwawy i bardzo nietypowy KTM w klasycznym stylu o szarym napyleniu, tak że przypomniał się cytat (zgadnijcie, skąd został wzięty):
„Pierwszy biegnie po drodze, w potok się rzuca burzliwy
Kroków nie boi się ufać mostowi nieznajomemu.
Zgiełku pustego nie lęka się, dumna też jest jego szyja.
Mordę ma kształtną, kłąb jego pulchny i brzuch jest wciągniony.
Pierś jest wspaniała i muskularna. A szlachetniejsza nad wszystkie
Szara jest maść albo gniada; nikt nie da pierwszeństwa
Białej lub siwej” (Tłum.N.M.)
    I gdybym była koniokradem, wywiozłabym pięknisia, którego bym wkrótce też zwróciła, ponieważ używany – i za darmo mi nie jest potrzebny.
    Była jeszcze jedna rasa motocylowa, która zawróciła mi głowę. Toczoną nienagannością zarysów i harmonią kolorów napylenia robiły wrażenie uosabiające ideał wzornictwa motocyklowego wytworne „Hondy”, od których wspaniałego widoku długo nie mogłam oderwać spojrzenia, odczuwając zatrzymanie w czasie.
   
Parada motocyklowa
    Trzonem programu stała się rewia motocyklowa, której nie obaczyłam, jak swoich uszu, słuchających muzyki ciężkiej, ponieważ właśnie w tym czasie, „wyprzedziwszy” rockersów, wpadłam do domu, żeby przyszyć guzik, co się oderwał od mojej skórzanki, której łokcie długo będę potem gryzła: przecież przepuścić defiladę motocyklową – to jest to samo, co przegapić bicie kurantów na sylwestra. (Ponieważ ze wględu na nierównowagę w czasie i przestrzeni nie mogłam znajdować się w kilku punktach jednocześnie, odraz wyszedł niepełny). Przybiegłszy na trotuar, zobaczyłam na alejach  tylko rozpraszający się „dymny” tren, niczym na scenie po koncercie i usłyszłam urywki komentarzy poczciwych mieszkańców miasta: „Rockersi wprowadzili urozmaicenia i narobili dużo zgiełku.”
    Z towarzyszeniem dużego „orszaku” Kontroli Ruchu Drogowego brać motocyklowa, „wyprasowawszy” centralne ulice miasta, przybyła do Brzeskiej Twierdzy-Bohater, gdzie oczekiwana przez Brześcian w składzie trzech tysięcy osób, zwiedziła zespół muzealny, złożywszy kwiaty ku Wiecznemu Ogniowi. 
    Ponieważ polu widzenia odbywających się moto-konkursów przeszkadzała nadmierna koncentracja ludzkich potylic, odbyliśmy z moim kumplem przechadzkę za most do malowniczego miejsca, gdzie drzewa porosnęły zielonymi frędzlami brzegi kanału, który się pokrył szmaragdową pleśnią, gdzie zawodziły bąki,  a żaby darły skrzele w swym rechotaniu. O obecności motocykli w twierdzy można się było domyśleć z dolatującego dźwięku obrotnych silników o dużej mocy, których ryk było słychać na trzy kilometry.
 
Bez zachodu nie ma miodu
    Po powrocie do obozu zostali wyróżnieni dyplomami partnerzy festiwalu, a także uczestnicy zlotu, którzy odbyli najdłuższą podróż: dziewczyna Marta, która utorowała treck Niemcy-Barcelona-Brześć o długości 6000 km i moto-zadymiarz, który pokonując północne bezdroże, leciał z Murmansku przez sześć i pół godzin na turbulującym powietrze helikopterze o pięciu łopatach śmigła. Aleksy Faber dostał zasłużoną nagrodę za najlepszą aerografię – wymyślnie przeplatające się tatoo na motorbike’u.
    Prowadzący życzył wszystkim „Zdrowia i chropowatej drogi”, a zabrzmiała ze sceny dewiza „Niech piwo leje się rzeką” i pouczenia o nienadużywaniu napoju pienistego ze względu na zbliżającą się podróż widocznie należało łączyć na zasadzie heglowskiej tezy i antytezy.
 

Chwytać byka za bO’Ki
    Jedną z atrakcji była imitacja rodeo – byk, na którym niezwykle trudno jest  utrzymać się w siodle. Kręcenie się i wierzganie przekory wywołuje skrajne obciążenie na błędnik, wskutek czego człowiek, trafiając do niezwykłych przyśpieszeń kątowych, okazuje się w stanie przeciążenia dopuszczalnego, i tracąc równowagę, w końcu przewraca się, odprowadzany wesołym śmiechem stojących obok widzów.
    À propos, na zlot przybyli członkowie klubu «Ox Highway» z Podmoskowia...

Brać żelazna
    Po terytorium obozu dumnie przechadzali się chłopcy z ugrupowania o ostrej nazwie «Iron Brothers».  

Mechanika pozytywna
    Z powodu nieobecności mojego krewnego-kompana, z którym pogubiliśmy się wskutek rozładowania komórek, nadarzyła się okazja poznania się z Rodionem Kojewem z pskowskiego klubu „Mechanika Pozytywna”. Oto co powiedział mój interlokutor na temat zlotu: „Na brzeskim zlocie motocyklowym jestem po raz drugi. Jest kasa – można się przetaczać. Festiwale wszędzie są mniej więcej takie same, ale każdy jest unikalny na swój sposób. Z każdym rokiem coraz droższa technika, coraz więcej ludzi. Oto cała moja historia”, – mówi motocyklista, ukazując na kurtce bogatą kolekcję znaczków i kontynuuje: „Nie uważam Białoruś za jakąś wieś. Kiedy tutaj się przyjeżdża, czuje się o wiele spokojniej. Ludzie są bardziej otwarci. Białorusini mają inną wizję świata, inne postrzeganie jeden drugiego.” Między innymi rocker wskazał na dobry stan dróg białoruskich w porównaniu z Rosją, „gdzie w ogóle nie ma dróg”. 

Tagi: zlot | relacja czytelnika | relacja

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij