Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Cambodia Moto Tour 2015

Dotknąć Kambodży nieodkrytej. Dotrzeć do miejsc do których nie zabierze nas żaden przewodnik. Poczuć rytm życia w dżungli i na polach ryżowych. Poznać mieszkańców, zobaczyć jak żyją. Spróbować co jedzą. Zdążyć, zanim zadepcze ją masowa turystyka. Zdążyć zanim zepsuje ją turystyczny pieniądz.

…Wręczając handlarzowi gruby plik banknotów o milionowych nominałach mamy poważne wątpliwości co do słuszności podjętej decyzji. Przed nami stoją w kałuży wyciekającego oleju, przykurzone i zardzewiałe dwa dumne dzieła wietnamsko – chińskiej motoryzacji. Od teraz – nasze własne. Czeka nas wiele dni wspólnej podróży. Pośród nieznośnego ulicznego zgiełku, zabieramy się za troczenie plecaków do naszych rumaków. Lecz w głowach masa pytań bez odpowiedzi:
– Czy w ogóle pojadą?
– Czy przekroczymy na nich granicę?
– Czy dadzą radę gdy zjedziemy z utartego szlaku?
– Czy ktokolwiek zechce je od nas później odkupić? …
Jedna myśl, jedno pytanie, uporczywie wracało, za każdym razem głośniejsze i coraz bardziej przerażające, zagłuszając wszystko inne:
– Czy uda nam się przeżyć sam wyjazd z Sajgonu ???!!…


Jak zwykle, w przypływie euforii kupujemy bilety lotnicze w promocji. Tym razem Azja południowo-wschodnia. Na skróty przez Budapeszt i Pekin. Lądujemy jednak w Wietnamie, by tam zacząć od kupna motocykli...
Trzytygodniowy Tour startuje w Ho Chi Minh, gdzie od razu po przylocie, rozpoczynamy poszukiwania maszyn. Archaiczne jednoślady od backpackerów z reguły nie nadają się już do niczego, więc zapada decyzja o zakupie młodszych i bardziej popularnych półautomatów od lokalnego handlarza, z opcją „buy back”. W naszym przypadku jest to gwarancja ich odsprzedaży. Po dwóch dniach poszukiwań stajemy się dumnymi właścicielami wietnamsko-chińskich podróbek japońskiej Hondy. Wybór nie jest przypadkowy i jest podyktowany przede wszystkim ich wiekiem, ceną i powszechnością ich występowania na tamtejszych drogach. Większe prawdopodobieństwo ich skutecznego serwisu w dżungli. Obcokrajowiec do czasu przerejestrowania pojazdu na siebie, jego posiadaczem legalnie być nie może, tak więc właścicielami jesteśmy „jako tako”. Niejasny jest również status respektowania przez tamtejsze służby, prawa jazdy wydanego poza Wietnamem. Na przerejestrowanie, tutejszy kurs prawa jazdy i egzamin nie mamy jednak zarówno czasu jak i ochoty.
Pakujemy się na lśniące rdzą maszyny i zaczynamy przejazd przez zatłoczone miasto. SAJGON - od teraz doskonale pojmujemy znaczenie tego słowa. Nasze przerażenie wzrasta z każdym metrem, by osiągnąć swoje apogeum na drogach wylotowych z tej metropolii. Ronda na których każdy podąża w każdym możliwym kierunku przerastają nasze możliwości swobodnej percepcji. Kilkugodzinny horror kończy się jednak sukcesem i jeszcze tego samego dnia przekraczamy granicę udając, że zaparkowane przy szlabanie motocykle nie należą do nas. Potulnie kupujemy wizę obciążoną z urzędu łapówką po dwa dolary każda. W ten sposób zaskakująco sprawnie lądujemy w Kambodży. Przygraniczne miasto, okazuje się skupiskiem podupadających hoteli i kasyn, oraz koszmarnego ruchu tranzytowego. Wszędzie brud i śmieci. Trafiamy do jedynego dostępnego dla nas hotelu. Grzyb na ścianach, brudny pokój z zamurowanym jedynym oknem i pościelą, która nie była zmieniana od kilku sezonów. Wokół niezbyt przyjazne twarze, mierzące nas wzrokiem. Jak się później okaże, to tylko atmosfera mieściny, położonej przy głównym szlaku komunikacyjnym, utrzymującej się z przemytu i hazardu.

Ruszamy w głąb kraju szybko opuszczając główną szosę. Przekonujemy się, że dziennie nie będziemy w stanie przejechać więcej niż 150-200 km. Dziurawe drogi, często brak asfaltu, awarie motocykli, regularne tropikalne burze, które zmieniają drogi w rwące potoki, uniemożliwiając jakąkolwiek jazdę... Jak się jeszcze ma okazać, w takim stanie jest ponad 90% dróg w tym kraju. Do tego nasze organizmy w kilkudziesięciostopniowym upale nie są w stanie pracować na wysokich obrotach. Zmęczenie przychodzi szybciej niż zwykle. Niesprawne amortyzatory w motocyklach nie ułatwiają naszym kręgosłupom codziennej ciężkiej pracy. To wszystko nas spowalnia. Pozwala jednak na niespieszne poznawanie kraju. Każda napotkana wioska pełna jest ludzi, którzy widząc nas wylegają na ulice i z zainteresowaniem nas obserwują. Zagadują, autentycznie interesują się nami. Uśmiechy od ucha do ucha. Przyjazne nawoływania. Całkiem przypadkowo trafiamy w miejsca systematycznie omijane przez ruch turystyczny i niespodziewanie to my stajemy się atrakcją dla lokalnej ludności. Pomimo oczywistej i czasami uciążliwej bariery językowej radzimy sobie całkiem nieźle. Tłumaczami są miejscowe dzieci, które poznają podstawy angielskiego w szkołach. Często są to jedyne osoby z którymi możemy porozmawiać.
Powoli przemieszczamy się wokół Tonle Sap, największego jeziora w tej części świata, oswajając się z tropikalnym upałem, porywającą przyrodą, ekstremalną lokalną kuchnią i brakiem  jakichkolwiek obowiązujących zasad w ruchu drogowym. Nasza trasa ulega nieustannym modyfikacjom, pod wpływem tempa jazdy, czy pomniejszych usterek i awarii. Nocujemy w miejscach których nie planowaliśmy, jemy nie to co akurat najbardziej byśmy chcieli, a zwiedzamy to co przyniesie zwariowany dzień. Dzięki temu cały  czas towarzyszy nam uczucie ekscytującej przygody.
Pierwszą dłuższą przerwę robimy na zwiedzanie Angkor Wat. W rejonie opanowanym przez mafię tuk-tukarską, jako jedyni turyści dysponujemy swoim transportem, co pozwala nam na dotarcie do najdalszych zakątków, największego miasta świata ery przedprzemysłowej. Nazywane często Ósmym Cudem Świata tak naprawdę wymaga osobnej relacji. Pewne jest to, że drugich tak wielkich ruin średniowiecznego miasta, w którym obecnie szaleje powracająca na swoje miejsce tropikalna przyroda, chyba nie ma na całym świecie. Nasz zachwyt nie znajduje granic. Kilkudniowy odpoczynek pozwala nam zebrać siły i zweryfikować dalsze plany podróży. Jako że nasza podróż idzie nam wolniej niż się spodziewaliśmy, odpuszczamy północ kraju by skupić się na innym celu.
Postanawiamy zrealizować swój nieśmiały plan, który wieźliśmy ze sobą jeszcze z Polski. Chcemy przedostać się na wybrzeże oceanu, na skróty, przez Góry Kardamonowe. Największy, dotąd niezagospodarowany na większą skalę, las tropikalny w Azji. W dużej części nadal zaminowany po okresie krwawych rządów czerwonych khmerów. Spodziewamy się natknąć w nim na ukryte plantacje opium, które obecnie miejscowe wojsko i policja starają się zwalczać. Ziemna droga przez większość roku jest nieprzejezdna, ale doczytujemy na forach, że kilka osób ją pokonało, na motocyklach właśnie. Jako że jesteśmy na przełomie pory deszczowej i suchej, a od kilku dni tropikalnej burzy nie było, postanawiamy zaryzykować. Ponad 300km bezdroży w dżungli.
Ubita gruntowa droga meandruje wzdłuż rzeki, wprowadzając nas w niedostępny masyw porośnięty gęstym tropikalnym lasem. Przez cały dzień nęka nas przekleństwo notorycznie przebijanej dętki. Przy okazji łatania jej po raz piąty z rzędu, poznajemy jedną z miejscowych rodzin. Przyjmują nas serdecznie i bezinteresownie pomagają nam uporać się z problemem. Dostajemy wodę i obiad. Jemy smażone chrząszcze i na migi pokonując barierę językową, prowadzimy interesującą dyskusję o życiu, rodzinie i jej roli we współczesnym społeczeństwie. Od świtu do zmierzchu, przejeżdżamy raptem 120 km. Po zmroku docieramy do jedynej w tym rejonie opcji noclegu. Typowy khmerski tranzytowy hotel pośrodku buszu. Rano Michał budzi się zlany potem i z wysoką gorączką.  Nie wygląda to dobrze. W promieniu 120 km nie ma dosłownie nic…. Znajdujemy awaryjny transport do najbliższego miasta, gdzie może będzie jakiś lekarz. Jakimś cudem dogadujemy się z kierowcą pickupa, który akurat dziś wyjeżdża z ładunkiem. Ładujemy motocykle na pakę i ruszamy dalej w nieznane. W drodze czeka nas kilka nieplanowanych postojów. Zaczyna się od awarii chłodzenia, paliwa lejącego się po rozgrzanym do czerwoności silniku, by skończyć się na zablokowanym przez kamienie i błoto kole i braku hamulców.  Młody, wiecznie uśmiechnięty, kierowca zna się na wszystkim i z pomocą wielkiego wora narzędzi - na bieżąco naprawia każdą usterkę. Dociera do nas, że na tych motocyklach nie przejechalibyśmy tej trasy. Liczne rozległe, głębokie i wypełnione błotem kałuże sprawiają problem nawet terenowej ciężarówce. Późnym wieczorem docieramy do Koh Krong zalewani falami tropikalnego oberwania chmury. Z pomocą środków przeciwbólowych, które Michał aplikuje sobie przez cały dzień gorączka stopniowo mija.
Odpuszczamy wizytę w szpitalu i przez krainę lasów namorzynowych kierujemy się na wybrzeże, do turystycznego Sihanoukville, gdzie mamy nadzieję fizycznie wypocząć i nabrać sił. Gdy jesteśmy już blisko celu, w jednym z motocykli mamy poważną awarię silnika… Niepotrzebne rajdy z pijanym miejscowym ścigantem, po drodze dobijają jedną z naszych wyeksploatowanych już maszyn. Kłęby dymu i brak jakiejkolwiek możliwości odpalenia maszyny. Zatarty tłok. Obok jak zwykle jest warsztat. Naprawa trwa kilka godzin i polega na rozebraniu i wymyciu w benzynie uszkodzonych elementów silnika, wcięciu z kartonu nowej uszczelki i złożeniu wszystkiego z powrotem. Z tym samym zatartym tłokiem i przypalonymi pierścieniami! Jakimś cudem zadziała to przez kolejne 800km. Kontynuujemy jazdę już po zmroku, by po jakimś czasie utonąć w całkowitych ciemnościach. W najmniej odpowiednim momencie trafia nam się kolejna awaria oświetlenia. Przez kilkanaście km wspomagamy się latarką – czołówką, próbując oświetlać sobie nie tyle drogę, co nas samych by być widocznymi dla pędzących na złamanie karku ciężarówek. Nadciągająca nocna tropikalna burza to już jednak zbyt wiele. Znajdujemy awaryjny nocleg w przydrożnym barze, który zadziwiająco okazuje się być jednym z lepszych podczas całego wyjazdu.


W pobliżu kurortu po raz pierwszy zostajemy zatrzymani przez skorumpowaną policję, która w celach zarobkowych opanowała już podstawy angielskiego. Płacimy za poruszanie się motocyklami na wietnamskich tablicach, by po około minucie zostać zatrzymanymi przez kolejny patrol czekający na łatwe dolary:

- Przejechał pan na czerwonym...
- Nieprawda. Jako jedyny zatrzymałem się na czerwonym, przejechałem na zielonym i Pan to doskonale widział.
- No to nie ma pan prawa jazdy...
- Mam, proszę oto mój dokument.
- Ale ma pan wietnamską rejestrację, a to jest zabronione.
- Człowieku, 200 metrów wcześniej zapłaciłem już za to Twoim kolegom.
- Na pewno?
- Tak.
- No to jedź dalej.

W mieście opanowanym przez masowa turystykę zderzamy się z kilkukrotnym wzrostem cen. Kilka godzin zajmuje nam znalezienie noclegu za uczciwe pieniądze. Jadąc wzdłuż brzegu oceanu oddalamy się od miasta o kilka dobrych kilometrów. Trafiamy w końcu do drewnianej chaty przy samej plaży. Z luksusów łazienka, moskitiera nad łóżkiem i jedynie zardzewiała krata w oknie. W cenie zejście po schodkach bezpośrednio na drobny biały piasek i nieustający plusk fal oceanu za oknem.  Pięknie i bajkowo. Czas na relaks.

Po spotkaniu z drogówką obawiamy się nieco powtórnego przekraczania granicy na motocyklach zarejestrowanych nadal na wietnamskie nazwiska i w dodatku wwiezionych do Kambodży bez stosownej opłaty celnej. Próbujemy więc je sprzedać, korzystając z tego że kilka dni jesteśmy w jednym miejscu. Bezskutecznie. Oferowane stawki są kilkukrotnie niższe niż gwarantowana przez handlarza cena odkupu w Wietnamie. Wracamy więc na kołach do Wietnamu. Granicę przekraczamy bez problemów stosując ten sam patent co przy wjeździe do kraju.

Po wjechaniu do Wietnamu, tym razem Ania dostaje gorączki. Do Sajgonu dwa dni drogi, gdzie czeka na nas samolot powrotny,  a my znów jesteśmy w miejscu gdzie nie ma opieki medycznej. Targani poważnymi wątpliwościami jedziemy dalej. Tutaj i tak nie ma się do kogo zgłosić po poradę, a samolot nie poczeka. Leki przeciwgorączkowe przynoszą ograniczony skutek, ale pozwalają kontynuować nasz wyścig z czasem. Przekonujemy się, jak spokojna była jazda w Kambodży i o ile bezpieczniej się tam czuliśmy. Wietnamskie drogi są szalone! Brak poboczy i dziury w nawierzchni jak kratery po nalocie bombowym! Kierowcy zabójcy i motocykliści samobójcy. Miliony drogowych desperatów. Po dwóch dniach mamy dosyć. Walcząc z gorączką i wszechobecną drogową anarchią w końcu, wyczerpani docieramy do Sajgonu. Sprzedajemy złombole. Na szczęście handlarz dotrzymuje danego słowa i bez problemu odkupuje od nas motocykle po ustalonej wcześniej cenie. Sprzeda je kolejnym turystom. Dla nas ten moment to ogromna ulga, ale z drugiej strony pojawia się jednak jakiś sentyment. Złombole przejechały z nami łącznie ponad 2000 km, przeżyły kilkanaście awarii, remont silnika, dwukrotny wyciek ze skrzyni biegów, kilkukrotny brak oświetlenia, nieplanowaną wymianę świec, uszczelniaczy, wiązek elektrycznych i całą masę innych drobiazgów. W zamian dostarczyły nam ogromnej ilości wrażeń, których z pewnością nie doświadczylibyśmy podróżując samochodem, lub publicznym transportem. A to wszystko za cenę nie przekraczającą 150$.

Towarzysząca nam w ostatnich dniach adrenalina spada i gorączka mija. Przynajmniej tak dobrze to wygląda. W ciągu kolejnych trzech dni wracamy do Polski. Wtedy tajemnicza choroba wraca ze zdwojoną siłą. Ania idzie do szpitala na kompleksowe badania. Natychmiast zostaje zatrzymana na oddziale zakaźnym. Wychodzi dopiero po tygodniu, tak naprawdę po samowyleczeniu. Wyniki badań jednoznacznie wskazują, że była to denga. Jedna z tych tropikalnych chorób, roznoszonych przez komary, na które nie ma ani lekarstwa, ani szczepionki. Leczenie polega na zwalczaniu objawów, czyli wysokiej gorączki. Organizm albo wybroni się sam, albo nie. Tym razem się upiekło.

Czy było warto? Usterki, awarie, choroby... Oczywiście że było warto! Kambodża jest surowa, egzotycznie piękna i niezwykła. Czerwono – brunatny kolor ziemi i soczysta zieleń dżungli przykryte intensywnym błękitem nieba, po którym przetaczają się co chwila burzowe chmury powodując nieustanną grę świateł na polach ryżowych. Jednak jej największą wartością są ludzie, którzy po koszmarze reżimu czerwonych khmerów, który jeszcze nie tak dawno zdziesiątkował kilkumilionowy naród, pomimo zapaści gospodarczej i cywilizacyjnej, z radością witają każdego przybysza. Nie dlatego że ma pieniądze. Dlatego że jest. Że przyjechał właśnie do nich, że jedzą przy jednym stole i wspólnie usiłują rozmawiać. Cieszą się że przyjechał do nich na takim samym motorku, który podobnie jak im znów mu się zepsuł. Cieszą się że pomogą mu go naprawić. Są dumni z tego, że jako naród radzą sobie coraz lepiej, że kraj zaczyna się rozwijać i że wszystko idzie ku lepszemu. Radość, uśmiech, siła. Po to warto dziś jechać do Kambodży. Jednak nie do popularnych miast jak Phnom Penh, Sihanoukville, czy Siem Reap. Tam już rozwija się masowa turystyka, a za kontakt z człowiekiem słono się płaci przy każdej okazji. I nie ma w tym już nic autentycznego. Turystyczny biznes zachodnich firm i lokalnych cwaniaczków, jak na całym świecie. W Kambodży trzeba zjechać z głównej drogi i jechać prosto przed siebie. Aż skończy się paliwo, albo po raz kolejny zatrze się silnik... Tam jest prawdziwa magia.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij