Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.6

Chorwacja 2012

Wyprawa do Chorwacji w sześciu smakach: 1. Postojna, 2. Novi Vinodolski, 3. Trogir, 4. Makarska, 5. Dubrovnik, 6. Jeziora Plitwickie. Środek transportu: Honda VFR 800.
Dzień pierwszy: Brzeg (woj. opolskie) – Postojna (Słowenia). 890 km. Wyjeżdżamy o godz. 5. Lecimy w kierunku Brna, potem kierujemy się na Wiedeń. Nasza wyprawa to jedna wielka zagadka – nie mamy zarezerwowanych noclegów, ale jest przed sezonem. O 15.30 Postojna wita nas słońcem. Znajdujemy pokój niedaleko Jaskini Postojnej (Postojnska Jama). Po uporaniu się z brudami podróży ruszamy w miasto po magnes na lodówkę i na kolację. Przed nami 12 dni wyprawy, piękne widoki i dziesiątki magnesów na lodówkę. 

Rada 1. Na wyprawy pakujemy zawsze dwa kufry boczne i centralny. W boczne pakujemy się osobno, co pozwala uniknąć konfl iktów. Kufer centralny to sztuka negocjacji. Musimy zmieścić w nim kosmetyki, przewodniki, lekarstwa i przede wszystkim kombinezony przeciwdeszczowe.
Sielankowa przystań jachtowa w Makarskiej. 

Dzień drugi: Postojna – Nov Vinodolski. Wstajemy o ósmej. O 9 jesteśmy przed Postojnską Jamą. Na jej zwiedzanie trzeba poświęcić około 2 godzin (przejazd kolejką i około 2 km pieszo).

W samo południe ruszamy na podbój Chorwacji. Mamy do pokonania 114 km. Przed granicą wymieniamy trochę euro na chorwackie kuny. Kierujemy się na trasę wzdłuż wybrzeża. Możemy śmignąć autostradą, ale stawiamy na bardzo krętą drogę boczną. Widoki zapierają dech w piersiach.

Przed wyjazdem zaplanowaliśmy, że jeśli trafi my na chorwackie miastecz ko, które nam się spodoba, zostajemy. Jednak nie sposób zjeżdżać ciągle z trasy. Koniec końców stawiamy na położony na wzgórzu Novi Vinodolski. Trochę jeździmy po miasteczku w poszukiwaniu kwatery. VFR-a protestuje i od jazdy z górki i pod górkę zaczyna śmierdzieć hamulec.

X-Factor na plaży
Żeby nie było zbyt różowo, mamy poluzowany łańcuch. W mieście pytamy pana na stacji benzynowej, gdzie można sprawdzić motocykl. Kieruje nas do Crikvenicy, którą mijaliśmy 10 km wcześniej. Ale na razie zwiedzamy. Potem z piwami w torbie i pełnymi brzuchami (porcja muli w białym winie = 70 kun) siadamy nad morzem i wgapiamy się w horyzont. Około 22 dowiadujemy się, że Gienek Loska wygrał X-Factor, że pogoda w Polsce piękna i że komary nadal nie gryzą.

Dzień trzeci: Novi Vinodolski – Crikvenica – Trogir. Gdy pan z warsztatu w Crikvenicy zaczyna się śmiać, domyślamy się, że jest dobrze. Pokazuje nam rysunek i napis na naklejce nad łańcuchem, z którego wynika, że łańcuch powinien mieć luz. Przełykamy wstyd i czym prędzej ruszamy do Trogiru (318 km).

  praktycznie, krótko i rzeczowo

Języki: chorwacki, ewentualnie polski (bo nieco podobny do chorwackiego), angielski, niemiecki, rosyjski, włoski, japoński, w sytuacjach krytycznych można gestykulować, pokazywać palcami i bąkać pod nosem urywane zdania.

Ceny winiet: Austria 4,50 euro za 10 dni, Słowenia 7,50 euro za 7 dni.

Cena paliwa: benzyna 95 – Chorwacja: 9,30- -9,50 kuny za litr, Słowenia 1,28 euro za litr, Austria 1,35-1,40 euro za litr.

Kurs: 1 kuna chorwacka = 0,54 zł.

Ceny jedzenia i napojów: pizza 30-40 kun, spaghetti 30-40 kun, piwo Welike Točene (tłum.: duże lane) w knajpie 15-20 kun, w sklepie za litrowe piwo 12 kun, wino – w zależności od rodzaju (podłe czy z górnej półki) – od 26 do 200 kun, a nawet więcej, w knajpie lampka wina stołowego około 10 kun, chleb, wędliny, warzywa – ceny podobne do polskich.

Magnesy na lodówkę: 15-40 kun lub 2-5 euro.

Klimat. W głębi Chorwacji klimat deszczowy, w górach – opady śniegu, wybrzeże – klimat śródziemnomorski.
 

Mijamy Split, mamy okazję znów powdychać spaliny i spocić się w obwodnicowych korkach. Gdy docieramy na słynną trogirską starówkę (w 1997 r. wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO), nie mogę się oprzeć wrażeniu, że znów jesteśmy w Wenecji. Bez opamiętania strzelamy fotkę za fotką.

Dzień czwarty: Trogir. Snujemy się po mieście, przechodzimy przez most zwodzony i docieramy na wyspę Ciovo. Tam znajdujemy skalistą plażę i Tomek entuzjastycznie skacze do wody. Choć miasto jest piękne i klimatyczne – jednak nas niesie już dalej i omawiamy wyjazd do Makarskiej.

Dzień piąty: Trogir – Makarska. Do Makarskiej mamy 83 km. Śniadanie jemy nad urwiskiem przy drodze. Smak w takich warunkach jest niepowtarzalny. Najwykwintniejsze jedzenie nie ma szans w rywalizacji z suchą bułką z serem i kiełbasą chorizo zagryzaną pomidorem.

Nadciągają ciężkie chmury, więc wsiadamy na VFR-ę i bawimy się z deszczem w berka. Na Riwierze Makarskiej ostatecznie się rozpogadza.


Dubrovnik: na kolanach u Marina Držicia – jednego z najbardziej znanych chorwackich pisarzy renesansu. 

Miejscowość jest typowo turystyczna. Nawet my (co do nas niepodobne) snujemy się po deptaku. Po uczcie w postaci pizzy i spaghetti (zawsze obiecujemy sobie jakąś kulinarną ciekawostkę i zawsze kończy się pizzą i spaghetti), ruszamy na plażę i potem na skałki, na których szczycie stoi kościółek.

Rada 2: noclegi.
Najpopularniejsze są pokoje, które poza sezonem znajdziecie bankowo. Nikt się nie krzywi, że tylko na jedną lub na dwie noce. Odrobinę droższą wersją są apartamenty, czyli studia z kuchnią, pralką, telewizorem itp. Drugą możliwością są kempingi. Kosztują mniej więcej tyle, co pokoje, ale minusem takiego nocowania jest konieczność zabrania śpiwora i opcjonalnie namiotu. Trzecią opcją są hotele, ale ile można kupić magnesów na lodówkę za cenę takiego spania!

W BiH na chwilę
Dzień szósty: Makarska. Po śniadaniu ruszamy na plażę, jednak nie wytrzymujemy tam długo i ruszamy zwiedzać miasto. W jednej z knajpek poznajemy chłopaków z Polski. Są świeżo po Dubrovniku, więc wiemy, że miasto zrobi na nas wrażenie. Dla niespokojnych duchem dwa dni w Makarskiej w zupełności wystarczą.

Dzień siódmy: Makarska – Dubrovnik. Przed nami 151 km. Jesteśmy zdziwieni, gdy wjeżdżamy do Bośni i Hercegowiny: nie doczytaliśmy, że droga do Dubrovnika prowadzi 12 km przez BiH. W Dubrovniku kierujemy się na Stary Grad. Tu okazuje się, że nie będzie łatwo o nocleg. Wiele miejsc jest poza sezonem pozamykanych. Jest bardzo gorąco, więc po dwóch godzinach poszukiwań decydujemy się na apartament za 60 euro za dobę (ceny noclegów są tu znacznie wyższe niż gdzie indziej w Chorwacji). Ale widok z tarasu nas powala: panorama na Stary Grad jest przepiękna. Postanawiamy zostać trzy dni. Na początek fundujemy sobie Stare Miasto. Za Dubrovnikiem nie można nie tęsknić. Nie wiemy, czy to zasługa zapachów, klimatu, pięknych uliczek, czy muzyki, którą słychać na każdym kroku. Dzień ósmy: Dubrovnik. Na początek dnia wjeżdżamy na wzgórze Srd. Można na nie wejść lub wjechać kolejką. Przewodniki ostrzegają, żeby nie zbaczać z trasy – można się natknąć na minę. Jeśli zdecydujecie się na piesze pokonywanie wzgórza, zobaczycie mnóstwo krzyży w miejscach, w których zginęli żołnierze.

Na wzgórzu trafiamy do muzeum (wstęp: 20 kun/osoba), poświęconego obronie Dubrovnika przed serbsko- -czarnogórską agresją z 1991 r. Gdy oglądamy zdjęcia zbombardowanego miasta, trudno nam uwierzyć, że po takiej ruinie nie zostało właściwie śladu.

Po wzgórzu Srd schodzimy do Starego Miasta. Zwiedzamy Studnię Onufrego (ponoć jeśli się wypije z każdego źródła tej fontanny, spełni się każde marzenie – nie mam jednak odwagi, bo woda okropnie śmierdzi), katedrę dubrovnicką, pałac Sponza, pałac Rektorów i Stary Port. We wszystkich sklepikach można kupić woreczki z lawendą, stąd jej wszędobylski zapach. Właściwie cała Chorwacja pachnie lawendą.

 Ze wzgórza Srd najlepiej widać, jak piękny jest Dubrovnik.


Dzień dziewiąty:
Dubrovnik. Na ostatni dzień w tym mieście zostawiliśmy zwiedzanie murów. Wszystko można sobie podarować, ale nie to (wstęp 70 kun/osoba). Na murach przystajesz co dwie minuty i robisz zdjęcie za zdjęciem. Każdy widok jest niepowtarzalny. Stare Miasto z tej perspektywy wygląda bajecznie. Jesteśmy zszokowani liczbą ludzi na murach i w mieście. Nagle olśnienie – niedziela!
Wejście do Starego Miasta w Dubrovniku. 


Mea Culpa na koniec
Schodzimy z murów i ostatni raz idziemy do Mea Culpa – ulubionej knajpki. Przy stoliku obok pan gra na gitarze fl amenco. Nagle pojawia się policja i każą mu schować gitarę. Stwierdzamy, że w każdym kraju policja wykazuje cechy trudne do zaakceptowania. Wieczorem łazimy po Dubrovniku ze smętnymi minami. W niedzielę na każdym rogu płoną pochodnie i wielkie świece. Trafiamy do knajpki przy placu Stradun – ściąga nas pan grający na pianinie. O północy żegnamy się z Dubrovnikiem. Jutro ruszamy w głąb lądu.

Dzień dziesiąty: Dubrovnik – Jeziora Plitwickie. Rano obiecujemy sobie przez następne pół roku nie wymawiać nazwy miasta na D. Po drodze jest potwornie gorąco, a mamy do zrobienia 453 km. Im dalej jesteśmy od wybrzeża, tym bardziej krajobraz się zmienia. Jest +14O, więc, przyzwyczajeni do gorąca, marzniemy.

Jeziora Plitwickie to widoki tak piękne, że aż tandetne. 

Lądujemy w hotelu, który chyba pamięta lata 80. Szybko się orientujemy, że pójść nie ma gdzie; pozostaje bar, w którym są klimaty jak z rzeźni. Snujemy przypuszczenia, czy możemy zostać napadnięci i zabici, a kelner o twarzy seryjnego mordercy zatuszuje sprawę. Trochę się uspokajamy, gdy widzimy, jak po kryjomu popija piwko.

 W takich okolicznościach przyrody śniadanie smakuje lepiej.


Rada 3: wybór drogi. Nie rezygnujcie ze zwykłych dróg na korzyść autostrad. Tylko w ten sposób można poczuć klimat danego kraju i więcej zobaczyć. Wjeżdżajcie do wiosek, miasteczek – klimat takich miejsc jest niepowtarzalny.

Prawie jak cud
Dzień jedenasty: Jeziora Plitwickie. Pada i jest zimno. Jutro wracamy do domu. Można zaplanować kilka wersji zwiedzania jezior (bilet 110 kun/osoba) – jest specjalny bus i promy, którymi można się przemieszczać między głównymi punktami. Park to 16 jezior i 92 wodospady. Nie na darmo jest porównywany do siedmiu cudów świata. Późnym popołudniem lądujemy u seryjnego mordercy na kolacji – okazuje się, że o godz. 17 mają przerwę na obiad i mamy czekać do 18, a że w okolicy nie ma nawet sklepu, więc pokornie czekamy.

Dzień dwunasty: Jeziora Plitwickie – Brzeg. Rano ruszamy do domu. Do pokonania mamy 940 km. Pod Wiedniem łapie nas piekielna ulewa. Po 15 minutach jej uciekamy, ale czarne chmury ciągle nam siedzą na plecach: kilka razy łapie nas mały deszcz. O 16 jemy obiad w Czechach – 60 km od Ostrawy. O 19 docieramy do domu.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Wyprawa do Chorwacji w sześciu smakach: 1. Postojna, 2. Novi Vinodolski, 3. Trogir, 4. Makarska, 5. Dubrovnik, 6. Jeziora Plitwickie. Środek transportu: Honda VFR 800.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:22:24