Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
1.0

Cruiserami na Sycylię

Żeby dojechać do Palermo na Sycylii mieliśmy do pokonania prawie 6000 km. Motocykle to trzy Yamahy Drag star 1100, Yamaha Stratoliner i Honda VTX 1300. Zobaczyliśmy wiele pięknych i ciekawych miejsc. I co najważniejsze śmigaliśmy wymarzonymi dla Motocyklistów trasami.

Dzień pierwszy Warszawa – Bratysława 670 km
Rankiem wyruszamy z Warszawy. Jest piękna słoneczna pogoda, a na popołudnie zapowiadają burze. Postanawiamy się śpieszyć, może uda się zwiać. Pierwszy postój Częstochowa - tankujemy motocykle i coś jemy. Po kilkunastu minutach ruszamy w kierunku granicy. Mamy kawałek przez Czechy do Słowackiej Żliny, a potem autostradą do Bratysławy. Wieczorem lądujemy w hotelu robotniczym żywcem wyjętym z czasów PRL, ale najważniejsze - jest prysznic i wygodne łóżka.

Dzień drugi Bratysława – Jasolo 650 km
Koło 8.00 ruszamy w kierunku Wiednia, po kilkunastu minutach docieramy do granicy austriackiej, gdzie kupujemy winiety. W południe wjeżdżamy w piękny górzysty teren, droga to pnie sie w górę, to zjeżdża w dół. Tak docieramy do Włoch, temperatura robi się coraz wyższa, a niebo błękitne - już na pewno nie będzie padało. Tak docieramy do Jasolo koło Wenecji. Na koniec błądzimy w poszukiwaniu kempingu - dwie nawigacje, które mamy nie do końca dają radę. Rozbijamy namioty i od razu widać, że niektórzy robią to po raz pierwszy. Dużo walki i bezcenne zdziwienie na ich twarzach na widok tego, co zbudowali.

Dzień trzeci Jasolo – Livorno 420 km
Z Jasolo ruszamy autostradą w kierunku Bolonii - nuda. W Bolonii przeoczyliśmy zjazd na Rzym i całkiem niechcący wita nas Imola, ale nie ma tego złego. Drogowskaz na Firenze i ostrzeżenie „curva trasa” (kręta droga) tylko cieszy. Pokonanie 100 km krętej, górzystej trasy przez Apeniny zajmuje nam ponad 3 godziny. Zakręt za zakrętem - w prawo, w lewo i tak bez końca, a dla urozmaicenia górę i w dół. Wymarzona trasa dla motocyklistów, bardzo kręta i miejscami bardzo wąska. Poziom adrenaliny osiąga niewyobrażalny poziom, szczególnie jak zza ostrego winkla wyskakuje ciężarówka. Oczywiście miejscowi jakoś mniej się nimi stresują i mkną na złamanie karku. My też nie narzekamy na nudę - bieszczadzkie winkle są przy tym długie, piękne i niewymagające.

Dzień czwarty i piąty Livorno – Ostia 320 km
Rano jedziemy wyprostować jakąś wieżę, która się Włochom skrzywiła. Dojeżdżamy, oglądamy, chwile gadamy i bierzemy się za robotę. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Mimo to dostajemy oklaski od japońskich turystów. Z Pizy udajemy się nadmorską drogą w kierunku Rzymu, w między czasie zaopatrując się w pyszne owoce i warzywa. Tym razem kolacja będzie na wypasie. A potem wino, kobiety i śpiew, tym bardziej że następnego dnia mamy wolne. Wybieramy się na zwiedzanie i nie przerażają nas rekordowe upały – ponad 40oC w południe.

Dzień szósty Ostia – Neapol 240 km
Mało kilometrów do przejechania, ale dużo zwiedzania. Miasteczko Cassino jest położone 1 km od autostrady, u podnóża wzniesienia z klasztorem. W linii prostej to może 1500 m, drogą kilka razy więcej. Dziewczyny piszczą, ja zamykam oczy, a gacie wszystkich są pełne strachu. Docieramy na szczyt - wstęp wolny, a „motocykliści z Polski nie płacą” - słyszymy od włoskiego parkingowego. Zwiedzamy klasztor, potem jedziemy na cmentarz polskich żołnierzy. Przed wejściem stoją tablice z nazwiskami wszystkich poległych. W centralnym miejscu znajduję się grób gen. Andersa i olbrzymi napis: "Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie". Cmentarz robi ogromne wrażenie i skłania do refleksji.

Przystajemy na chwilę.
Następny punkt programu to wulkan Wezuwiusz. Właściwie to ogromna góra pumeksu i popiołu - słońce pali tam niemiłosiernie i nie ma nawet metra cienia. W drodze powrotnej pytamy Włocha z Ukrainką na skuterze o drogę do portu w Neapolu. Po chwili postanawiają pojechać z nami. Włoch prowadzi „mysią dziurą, hydraulicznym szlakiem” w życiu bym się nie odnalazł w plątaninie wąskich uliczek. Dookoła wszechogarniający brud, pełno śmieci, a pośród tego wszystkiego ludzie. Normalnie kadr z filmu „Odrażający, brudni i źli”- najgorsza dzielnica waszego miasta wygląda lepiej.

Wszystkie zabytki Rzymu i Wenecji razem wzięte są niczym w porównaniu do widoku, jaki ukazał się moim oczom w Neapolu. To pewnie tu zaczyna się opowieść o wszelkich ludzkich wynaturzeniach i bezwzględności biedy. W końcu docierany do portu i czym prędzej ładujemy się na prom płynący na Sycylię.

 

Dzień siódmy Palermo – Messina - Tropea 400 km
6.30 wpływamy do portu w Palermo, z pokładu podziwiamy panoramę miasta o wschodzie słońca. Pijemy kawę, a miasto niemrawo budzi się do życia. Kawiarnia wypełnia się ludźmi, surowe twarze, nie są już tak uśmiechnięte jak w Toskanii. Wyruszamy zwiedzić miasto i poszukać tablicy z napisem „Palermo”. To będzie dowód, że tu byliśmy. Ok. 9 jesteśmy już w drodze do Messiny. Autostrada prowadzi, albo wiaduktami, albo tunelami. Na dystansie 220km przejeżdżamy 67 tuneli o długości od 300 do 3300 m. Wczesnym popołudniem stoimy u podnóży wulkanu Etna. Kilka dni wcześniej (i później) ział ogniem - widoki zapierają dech w piersi. Myśli krążą wokół wulkanu, który cały czas dymi. Mam nadzieję, że zaraz nie wybuchnie. Po południu spadamy znowu prom i z powrotem na stały ląd. Tym razem zajmuje to tylko 20 min. Jeszcze tylko 110 km i powita nas Tropea, gdzie zamierzamy spędzić 3 dni. Zaraz po rozbiciu namiotów pędzimy do morza. Następnego dnia jesteśmy zaproszeni na kolację do domu włoskiego motocyklisty. Jedzenie to same włoskie specjały- warzywa, owoce morza, sery i wino z przydomowej winnicy. Wszystko jest pyszne i znika z talerzy, a dla włoskiego gospodarza to największa pochwała. Tropea to niewielkie turystyczne miasteczko położone na wysokim klifie. Jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem. Z plaży widać trzeci z wulkanów - Stromboli jest on oddalony o kilkanaście km od brzegu. Następnego dnia kręcimy się po okolicy, tutejsze trasy są wyjątkowo urocze i kręte, szczególnie po zmroku.

Dzień jedenasty Cinquina –Maranello- Fusina 600 km
Jedziemy do Maranello zobaczyć fabrykę i muzeum Ferrari – ale czad! W sklepiku pełno ubrań i gadżetów z brykającym koniem, ceny powalają. Po południu kropi deszczyk - jestem w szoku, ale ubieramy deszczówki. Wieczorem docieramy w okolice Wenecji. Mamy szczęście, bo gdy kończymy rozbijać namioty, to już leje jak z cebra. Następnego dnia zwiedzamy Wenecję, jest ładna, pełna zabytków i turystów, a moim zdaniem ciekawsza od Rzymu.

Dzień trzynasty Wenecja – Graz 430 km
Tylko autostrada, bez dziur, remontów i mijanek, jak w polskim kinie - nuda.

Dzień czternasty Graz – Milówka 520 km
Rano jeszcze słonecznie z każdym kilometrem przybywa chmur. Od Bratysławy w deszczu. Po przejechaniu polskiej granicy w Zwardoniu wracamy do rzeczywistości. Jakość dróg niczym nie przypomina austriackich autostrad, dzięki temu nie grozi nam zaśnięcie. W deszczu docieramy do Kilówki, gdzie znajdujemy kwaterę, to już ostatni nocleg. Jutro będziemy już w domu, do Warszawy zostało 380 najgorszych kilometrów.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Żeby dojechać do Palermo na Sycylii mieliśmy do pokonania prawie 6000 km. Motocykle to trzy Yamahy Drag star 1100, Yamaha Stratoliner i Honda VTX 1300. Zobaczyliśmy wiele pięknych i ciekawych miejsc. I co najważniejsze śmigaliśmy wymarzonymi dla Motocyklistów trasami.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:15:25