Motocykl poleca:

Deszczowa piosenka – na początek...

Poleć ten artykuł:

„Podróże kształcą” - pomyśleliśmy widząc pod kołami Wisłę, a po lewej twierdzę w Modlinie, co ponad wszelką wątpliwość oznaczało, że zbliżamy się do Warszawy.

Zobacz całą galerię

Podczas trzytygodniowej podróży dokoła Bałtyku mieliśmy okazję zobaczyć sześć państw, rozmaite cuda oraz doświadczyć niespotykanych dotąd wydarzeń. Jedną z bardziej pamiętnych lekcji wyniesionych z tej wyprawy będzie poznanie wszystkich rodzajów deszczu występujących na tej planecie. Był deszcz skośny, deszcz poziomy, deszcz pionowy, deszcz zacinający, deszcz lejący, deszcz siąpiący, deszcz kapiący, a nawet deszcz „już mi wszystko jedno...”.

 

Promów dziś nie budiet

Jednak nie ma co dramatyzować. Wyruszyliśmy z Warszawy 11 lipca obierając kurs na północny-wschód z zamiarem powrotu od północnego-zachodu (mniej więcej) po okrążeniu Mare Internum, jak mawiali swojego czasu Szwedzi na Bałtyk. Pojechaliśmy w dwa motocykle: roczny DL650 oraz mający na karku ćwierć wieku poczciwy Trampek.

Trzy pierwsze państwa na naszej drodze, czyli Litwę, Łotwę i Estonię potraktowaliśmy nieco tranzytowo. Pierwszy kontakt z deszczem lejącym mieliśmy już pod Augustowem. Towarzyszył nam przez całą Litwę z krótkimi przerwami.

Litwa sprawiała wrażenie państwa, w którym mieszka bardzo niewiele ludzi, a przynajmniej przy drodze którą jechaliśmy. W większości mijaliśmy nieużytki i pola. Natomiast Łotwa w budowie. Jeśli ktoś narzeka na sposób organizacji ruchu w trakcie prac drogowych to niech zajrzy na Łotwę. Nawierzchnia z kamieni wielkości pięści oraz ruch wahadłowy, który w większości odbywał się bez  sygnalizacji świetlnej czy choćby pana Ziutka machającego chorągiewką. Tak to mniej więcej wyglądało jeśli tylko dodać stada czarnych, topornych SUV-ów na czterech kółkach na rosyjskich i lokalnych blachach. Ryga jest niewątpliwie pięknym miastem, jeśli nie wyjdzie się poza ogólnie pojęte Stare Miasto. Kawałek dalej, czyli tam gdzie mieliśmy pierwszy nocleg w pokoju o wdzięcznej nazwie Romantic, zaczynają się ciemne zaułki i powybijane szybu w kamienicach. Droga na północ dała przedsmak tego co czeka po drugiej stronie zatoki fińskiej – lasy i brak zakrętów. Warto sprawdzić wcześniej godziny odjazdów promów do Helsinek. Naczytawszy się wiele o tym jak to promy chodzą co chwilę w tę i z powrotem pomiędzy Tallinnem i Helsinkami po prostu pojechaliśmy ochoczo na terminal. A tam miejsc niet i promów więcej nie budiet... Na szczęście spotkaliśmy braci w wierze na GS-ach, którzy zmierzali na Nordkapp i wskazali nam, że w jednym okienku siedzi jeden pan co umie wyczarować bilety – serdecznie pozdrawiamy Panów Braci i Pana w Okienku. Pan rzeczywiście jest i czarować umie, wobec czego po godzinie mocujemy już maszyny pasami do pokładu ogromnego promu do Helsinek. Początkowe zdziwienie rozmiarami promu, który mógłby spokojnie pływać na Karaiby, ustępuje gdy widzimy stada Finów objuczonych rozmaitymi trunkami zakupionymi w Estonii jak czekają dobicia do ojczystych brzegów.

 

 

Mity i mądrości na temat Skandynawii

Jak wspomniano, podróże kształcą. Jest kilka mitów i mądrości o Skandynawii, które mieliśmy okazję zweryfikować.

Pierwszym z nich jest rodzaj nawierzchni. W Finlandii można dowiedzieć się, że rzeczywiście jest tam asfalt, która współgra z oponami motocyklowymi mniej więcej tak samo jak tarka z serem Grana Padano. Tego rodzaju nawierzchnia jest również stosowana w Szwecji i Norwegii, jednak nie ma co panikować. Wyjeżdżając z Polski na oponach z przebiegiem 10 000 km na karku też miałem wątpliwości, ale w trakcie pisania tej relacji mają już 18 000 km i wciąż sobie radzą (choć straciły nieco krągłości).

Po drugie, możliwość nocowania na dziko zawsze i wszędzie (pod warunkiem zachowania odstępu co najmniej 150 metrów od zabudowań) istnieje w Skandynawii. Jednak nie jest bezwarunkowa. Na przykład w okolicy dużych miast tj. Helsinki, nawet w dość sporej od nich odległości jak 50 km, powszechne są znaki zakazu jazdy samochodem i motocyklem na wszystkich drogach odchodzących w pozornie fajne miejscówki od głównej drogi. Dlatego ostatecznie zamiast upatrzonego jeziorka można skończyć na polu przy drodze.

Po trzecie w Skandynawii trzeba uważać na dzikie zwierzęta. Uważać należy, jednak my w trakcie podróży z Helsinek do Bodo w Norwegii przez środek dzikiej i naprawdę pustej Szwecji i Finlandii widzieliśmy dwa łosie i trzy renifery, w tym tylko jednego łosia przebiegającego przez drogę. Ponadto zwierzęta nie sprawiają wrażenia do końca dzikich ponieważ wcale nie przejmują się widokiem ludzi oraz dźwiękiem wydawanym przez silniki spalinowe. Ciekawa obserwacja.

 

 

Zaburzenia czasowe

Finlandia z daleka od ludzkich osiedli, które nie są interesujące i których nie jest tak dużo, dostarcza wszystkiego co potrzebne do zapomnienia o świecie zostawionym za tylnym kufrem. Są piękne i czyste jeziora, wspaniała zielona flora oraz cisza. Chociaż akurat z tą ciszą to jest różnie, bo potrafią ją zakłócić mewy „śpiewające” całą noc przy świetle słońca, jak również miejscowi, których rozregulowany rytm dnia i nocy może nakazać ścinać drzewa piłą motorową o godzinie 23:30 czasu lokalnego. Niejakim problemem, który ujawnił się również w Szwecji, jest mała gęstość występowania stacji benzynowych. Ma to miejsce szczególnie na północy. Dodatkowo należy pamiętać, że w większości stacje benzynowe są zautomatyzowane. Niektóre z nich z jakiegoś powodu nie przyjmują kart powszechnie akceptowanych w Polsce. Jeśli jedzie się motocyklem, który spokojnie przejedzie na jednym baku 400 km to problem jest niedostrzegalny – gorzej jeśli jest to 200 km jak w przypadku Trampka. Wtedy obecność młodzieży z pełnym bakiem jest uspokajająca.

 

Nauka ciszy

Szwecja przygotowała lekcję na temat deszczu siąpiącego. Dzięki temu można było przećwiczyć umiejętność rozkładania i składania mokrego namiotu, oraz rozpalania ogniska metodami harcerskimi (przy wykorzystaniu contact spray`u). Podczas jazdy przez pustkowia Norbottens lan można wręcz poczuć ciszę i spokój jakie tam panują, jak również zaobserwować interesujące zabytki motoryzacji szwedzkiej i amerykańskiej stojące w rozpadających się szopach w mijanych z rzadka gospodarstwach. Przed wjazdem na przełęcz do Norwegii zaznaliśmy najwyższej jak do tej pory temperatury tj. 22 stopnie Celsjusza. Jednakże na przełęczy szybko spadła ona o 14 stopni w tej samej skali. Przeprawę przez góry utrudniał deszcz siekący i mgła. Tutaj przestroga, jeśli jadąc drogami Skandynawii zastanawiacie się czy założyć podpinkę czy jeszcze nie ma sensu – zróbcie to – potem będzie tylko ciężej.

 

W krainie wiecznego dnia

W Norwegii jest ciężej, ale za to pojawiło się pewne zjawisko o którym można zapomnieć w dotychczasowej drodze. Zakręty. I to nie jakieś łuki czy skrzywienia prostej, ale prawdziwe pokręcone zakręty. Dodatkowo widoki, które spokojnie można uznać za zapierające dech w piersiach. Trampek jednak potrzebował chwili wytchnienia (i nowego zabezpieczenia zębatki zdawczej) więc po dotarciu do Bodo i odebraniu z lotniska małżonki fundujemy sobie pierwszy nocleg w domku kempingowym. Jest to zdecydowanie najlepsza forma nocowania pod dachem w Norwegii jako alternatywa do spania po lasach.

 

Następnie już we trójkę, ale z jednym motorkiem, udajemy się na Lofoty promem. Prom okazuje się być polskiej produkcji podobnie jak większość jego wyposażenia, co budzi nieco uśpioną już dumę narodową. Nieco wcześniej w kolejce do wjazdu na prom bileter uświadamia nas, że to co jest za szybą kasku czyli 11 stopni Celsjusza i deszcz z gatunku zacinających to nie jest nic niezwykłego i „Welcome in Norway”. Być w Norwegii i nie zobaczyć Lofotów to jak być w Krakowie pierwszy raz i nie wejść na Rynek. Jednak jak się przekonaliśmy być na Lofotach a je zobaczyć to dwie różne rzeczy. Często po prostu większość tych wysp, a przynajmniej ich górne 2/3 są zakryte chmurami. Jednakże warto bez dwóch zdań dla wspaniałych dróg, zakrętów, turkusowych plaż z czystym piaskiem oraz muzeum Wikingów w Borg. Ponadto na pierwszym porannym promie do Bodo zawsze jest darmowa kawa.

 

 

Przed wyjazdem na południe warto zobaczyć muzeum lotnictwa w Bodo, które w przeciwieństwie do podobnego muzeum w Krakowie prezentującego imponującą kolekcję radzieckiego złomu, posiada nieprzebrane zasoby amerykańskiego złomu. Ze starej wieży kontroli lotów można również obserwować zbliżające się i lądujące samoloty. W okolicy Bodo trzeba zobaczyć najsilniejszy prąd na świecie w Saltstraumen. Tworzą się tam imponujące wiry wodne, które można podziwiać z wysokości łukowato wygiętego mostu. Zjawisko jest niezwykłe nawet gdy za kołnierz leją się strugi deszczu pionowego.

 

Pamiątka z koła

W drodze na południe zdecydowanie należy się zatrzymać w centrum polarnym na kole podbiegunowym i nabyć jedną z tandetnych naklejek. Można również nabyć certyfikat ze zdjęciem dokumentujący fakt przekroczenia 66 stopnia 33 minuty szerokości północnej. Jednak wypada w tym celu mieć również okazały pojazd typu kamper celem powieszenia certyfikatu na jednej ze ścian wewnętrznych. Poza tym warto zjeżdżać z drogi do rzadkich miejscowości ponieważ mogą zaskoczyć i zachwycić zabytkową drewnianą architekturą jak w Mosjoen. Dla zainteresowanych warto dodać, że deszcz poziomy nie przeszkadza w osiągnięciu stanu zachwytu w tym miejscu.

 

Fiordów nie będzie...

Fiordy widzieliśmy wcześniej i rzeczywiście z ręki jedzą więc tu ani słowa na ten temat. Za to kilka słów na temat norweskiego interioru, który często omija się w pogoni za fjordami. Z Trondheim, które prezentuje piękną architekturę drewnianą oraz kamienną gotycką katedrę, najstarszą w Skandynawii, warto jechać od razu na południe. Zaraz po oddaleniu się od ulic dojazdowych do miasta należy skręcić na boczne drogi i ich się trzymać, nawet jak nawigacja twierdzi że nie istnieją. Można wtedy doświadczyć piękna norweskich gór i parków narodowych z Jotunheim i Dovrefjell na czele. Można wtedy również spotkać prawdziwych władców tamtejszych dróg, czyli owce które nie przejmują się takimi banałami jak dziwne jadące i hałasujące maszyny i uczyć się od nich spokoju. Ponadto można zakosztować noclegu w górskiej chatce z trawą na dachu i spotkać stada reniferów na przełęczy na wysokości, na której w lipcu leży 1 m śniegu (oczywiście poza drogą) – co w Norwegii wynosi jakieś 1300 m.n.p.m.

 

Prawdziwa dzika Norwegia z dala od rozwydrzonych kamperów i ich dumnych właścicieli oraz tłumów turystów karmiących fiordy naprawdę zachwyca. Nawet gdy pozna się już deszcz typu „już mi wszystko jedno, jadę bez rękawic”. Kontynuując podróż na południe warto jeszcze zjechać na zachód żeby dowiedzieć się jak wyglądaliby polscy rolnicy z okolic Mińska Mazowieckiego gdyby w Siedlcach nagle odkryto ropę naftową. Właśnie tak jak ich norwescy koledzy z prowincji Telemark, którzy zasobność portfela umiejętnie godzili z wiernością tradycji np. uwielbieniem do tzw. wiejskiego tuningu.

 

Południowe impresje

W prowincji Telemark znajduje się również ciekawa atrakcja z gatunku turystycznych, czyli kanał Telemarku. Kanał został wykopany przez przewidujących Norwegów w XIX wieku w celu spławiania bogactw wydobywanych w tamtejszych górach do portów na wybrzeżu morza. Pech chciał, że jak już zakończono budowę to rachunek ekonomiczny wskazał górskiemu srebru drogę na tory kolejowe, a kanał został atrakcją turystyczną. Rejs parostatkiem po kanale, nawet jeśli parostatek posiada napęd diesla, jest wart czasu i pieniędzy. W ciągu trzech godzin podróży po malowniczych okolicach przywodzących na myśl swojską Solinę statek, a na nim turysta, pokonują kilka śluz, które wynoszą go do góry o ok. 30 m. Warto jeszcze dodać, że śluzy są drewniane i obsługiwane tylko i wyłącznie siłą mięśni studenckich.

 

W drodze w kierunku wybrzeża Morza Bałtyckiego naprawdę warto zatrzymać się w stolicy Królestwa Norwegii zwanej obecnie Oslo, a poprzednio Christiania. Zmęczeni już trochę nauką doświadczalną z zakresu opadów atmosferycznych zatrzymaliśmy się w najtańszym hotelu jaki znalazł internet. Jeżdżenie motocyklem po stolicy Norwegii nie należy do przyjemności ze względu na duży ruch i pogmatwane kierunki ruchu niektórych ulic, szczególnie w centrum. Dlatego warto zwiedzać miasto na piechotę, tym bardziej że nie jest bardzo duże. Polecamy szczególnie wieczorny spacer po nabrzeżu oraz wizytę w parku Vigellanda. Natomiast muzeum Muncha zgodnie uznaliśmy za przereklamowane.

 

Szwecja południowa, przez którą prowadzi droga na południe w kierunku ziem polskich może być nudna – autostrada z ograniczeniem do 120 km/h. Jednak nie musi taką być, a przy wietrze zachodnim i deszczu zacinającym nawet nie powinna – chociaż fakt że można zadbać o krągłość opon jadąc w ciągłym przechyle na prostej drodze. Warto zjechać z autostrady i troszkę się powłóczyć bocznymi drogami, czy to wzdłuż wybrzeża, czy też w głębi lądu. W głębi lądu zgnębieni autostradowym doświadczaniem kulminacji wszystkich rodzajów deszczu naraz znaleźliśmy B&B z łosiem na plakacie. Jak się okazało B&B w miejscowości Ucklum jest warte polecenia ze względu na przyjemne otoczenie oraz warunki niemalże książęce (chociaż możliwe że odbiór warunków był nieco zaburzony przez nasze nieco obniżone wymagania).

 

Podsumowanie

Zrezygnowaliśmy ostatecznie z pomysłu „domknięcia pętli” na kołach przez Danię oraz przebyliśmy Bałtyk nocnym promem z Karlskrony. Jest również opcja z Ystad do Świnoujścia, ale zdecydowaliśmy się na Karlskronę ze względu na chęć spędzenia kilku cieplejszych chwil na Półwyspie Helskim, oraz obejrzenia Skanii. Nietrudno się domyślić, że w Gdyni poza policjantami sprawdzającymi trzeźwość kierowców zjeżdżających z promu powitał nas również deszcz. Pytanie jaki tym razem? Tym razem był to deszcz podsumowujący całe trzy tygodnie nauki.

Warto jeszcze dodać, że tą deszczową piosenką rozpoczęliśmy naszą przygodę z podróżami motocyklowymi za granicę... Co będzie dalej?

Tagi:

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij