Motocykl poleca:

Dookoła Alp 2013 - relacja czytelnika

Poleć ten artykuł:

O Alpach i wyprawach na górskie przełęcze zostało już tyle napisane, że zastanawiam się czy nie popełnię plagiatu puszczając to w net;-) Cóż- byłem, widziałem, a więc czas wyrazić opinie, które komuś może się przydadzą i pomogą w zaplanowaniu wymarzonego wyjazdu.

Zobacz całą galerię

Dzień 1 – Polskie Drogi

Godzina 8:00, zbiórka pod moim blokiem. Piękna słoneczna pogoda. Stoją 2 zapakowane po kres możliwości motocykle- Yamaha XJ600n rocznik 99 oraz Suzuki Bandit 600n 98’. Xjota powiezie mnie oraz moją dziewczynę Asię, a pieszczotliwie nazywany Suką Bandit mojego kumpla Adriana. Cel na dzisiejszy dzień jest prosty- autostradami dojechać gdzieś za Wiedeń i nie usnąć po drodze. Sprawnie pokonujemy A4 odcinek do Gliwic, gdzie zjeżdżamy na A1 obierając kierunek na Czeską Ostravę. Na granicy mały postój, posiłek i upewnienie się, że autostrady naszych sąsiadów nie wymagają winiet dla motocykli. Szczęście nie bo za taką nawierzchnię grosza bym nie dał. Kto narzeka na ilość i jakość Polskich autostrad niech sprawdzi o czym mówię

Pora wjechać do Austrii. Na granicy kupujemy 10 dniowe winiety dla naszych maszyn w cenie 4,8E. Przed sklepem spotykamy kilku rodaków, którzy również ruszają w różne rejony Alp. Szybka wymiana poglądów odnośnie spalania, prędkości oraz komfortu podróży i jedziemy dalej. Autostrady prowadzą nas przez kilka tuneli, objeżdżamy Wiedeń i lądujemy w Sankt Polten. Rozpoczynamy poszukiwanie noclegu. Nadzieje na przystępne ceny mijają równie szybko jak czas do końca dzisiejszego dnia. Objechawszy kilka miejscowości przy A1 ostatecznie zakwaterowujemy się w Melku. Miasteczko wita nas potężnym klasztorem Opactwa Benedyktynów górującym nad jego panoramą. Pod wieczór spacer lokalnymi uliczkami, zakup piwa i spanie. Pierwsze 600km za nami.

Dzień 2 – Bramy Alp

Ogólne nasze postanowienie brzmi by zawsze starać się wstać koło godziny 7:00. Za każdym razem bowiem trzeba zapakować bagaże, to wycieczka objazdowa. Zapominając, że w cenie noclegu mamy śniadanie wskakujemy na A1 i w Linzu robimy małe zakupy w Lidlu. Stopniowo mijając Salzburg i zbliżając się do Innsbrucka, ukazują nam się góry, na które znudzeni jazdą na wprost z utęsknieniem czekamy. Mała korekta trasy na stacji paliw przy Erotik Centre i postanawiamy wjechać na chwilę do Niemiec. Dość autostrad- polawirujemy między jeziorkami i wjedziemy sobie na 1 krętą drogę- Deutsche Alpenstrasse. Posileni w McD w końcu trafiamy na dość niską przełęcz (1200mnpm), która i tak raczy nas miłymi widokami. W końcu mogę sprawdzić jak w zakrętach spisuje się ważący prawie 400kg zestaw Xjotowy. Bez zarzutów! Bandit tak samo. A to dopiero początek. Przepustka do przełęczy Alpejskich.

Pomyliliśmy drogę. Trzeba się nieco zawrócić by wreszcie przejechać Innsbruck, wyłożyć nieco Euro i wjechać na autostradę A13. Z niej na Brenner Pass (1374mnpm) i jak po sznurku do Włoch. Góry witają nas tuż przed zachodem słońca. Zmęczeni, ale z wielkim entuzjazmem myślimy o jutrzejszym dniu i noclegu. Trafia się hotelik tuż za granicą nieopodal Vipiteno. Jest nawet garaż dla motocykli! Po spacerze po malowniczym miasteczku i wypiciu lokalnego wina kładziemy się spać. 500km zrobione.

Dzień 3 – Mit Stelvio

Jaufen Pass

Po śniadaniu doglądamy uważniej motocykli i okazuje się, że moja XJ wypiła trochę oleju. W sumie nic dziwnego- stałe wysokie obroty na autostradzie połączone z wysoką temperaturą dały się we znaki i jej. Smarujemy łańcuchy i ruszamy na pierwszą wysokogórską przełęcz we Włoskich Alpach- Jaufenpass. Droga wije się najpierw przez lasy, gdzie zakręty są dość ostre by w szczytowej fazie (2094mnpm) przejść w szerokie łuki obfitujące w zapierające dech w piersiach widoki na góry. Zatrzymujemy się przy restauracji by porobić zdjęcia, pospacerować i ponapawać się krajobrazem. Szum wiatru co chwila przerywa ryk wydechu motocykli wspinających się na szczyt. Motocykli i licznych sportowych samochodów, w większości Audi R8, których posiadacze mają tu chyba zlot.

Przebijamy się pośród gąszczu zaparkowanych aut i zjeżdżamy z przełęczy. Górskie panoramy zastępuje spuszczona z góry nitka asfaltu przecinająca małe miasteczka- równie piękny widok co z drugiej strony. Jak pies spuszczony z łańcucha rzucam się ochoczo w wir zakrętów zapominając, że głównym celem wyprawy jest turystyczna jazda i podziwianie krajobrazów. Moi towarzysze słusznie upominają mnie na dole, że taka jazda jest głupim pomysłem. Tak czy siak poczciwa załadowana Yamaha dzielnie łyka winkle, co bardzo mi imponuje i prowokuje do jazdy w stylu miejscowych bikerów.

Z żalem odjeżdżamy od Jaufen lekceważąc obok leżącą przełęcz Timmelsjoch- jeszcze dziś chcemy zaliczyć Stelvio i nie chcemy by brakło czasu. Może kiedyś.

Stelvio Pass

Mknąc pośród mniej krętych, ale nadal górskich dróg z widokiem na masywy po prawej stronie trafiamy na spory samochodowy ruch, miejscami korek. Moja pesymistyczna intuicja podpowiada mi, że wszyscy oni jadą na Stelvio. Już widzę tę jazdę… Na szczęście po dotarciu do Parku Narodowego Stelvio odbijamy w lewo w stronę przełęczy na drogę SS38 zostawiając „alpejskie godziny szczytu” za sobą. Póki co nie widzimy jeszcze, co do zaoferowania ma nam ta droga. Tyle czytaliśmy, oglądaliśmy  i słyszeliśmy o niej, że informacje te urosły do rangi mitu. Czy aby na pewno nie jest to wszystko przereklamowane?

Co chwila słyszymy warkot raz po raz motocykli wracających z przełęczy, to na nią jadących. Istne szaleństwo, ruch jak na zlocie- to mi się podoba! Wkrótce odpowiednia tabliczka informuje nas, że właśnie dojeżdżamy do celu podróży. Droga zaczyna zwiększać nachylenie ku górze, zakręty zacieśniają się, jednak póki co mamy leśne widoki z nieśmiało wyłaniającymi się szczytami. Droga jest bardzo wąska, samochody zaczynają czekać na siebie by umożliwić sobie przejazd. Prędkość w zakrętach jest minimalna, co nie pomaga w utrzymaniu balansu na motocyklu. Szybko orientujemy się w technice wchodzenia w lokalne zawijasy, co nieco przyśpiesza naszą wspinaczkę. A wspinamy się coraz wyżej. Czuć to w mocy motocykli- o ile bandit dysponuje większa ilością koni i wiezie tylko kierowcę z bagażem, o tyle moja XJ ma już twardszy orzech do zgryzienia. O dziwo nie jest tak źle- z niektórych nawrotów udaje się sprawnie wyjść z zapiętą dwójką. Co jakiś czas stajemy na poboczach w szczycie zakrętu- robimy fotki, dajemy odpocząć sprzętom. Raz spotykamy parę z Polski w sportowym BMW, rozmawiamy i wzajemnie robimy sobie zdjęcia, miły akcent.

Coraz bliżej szczytu i drzewa ustępują widokowi na pnącą się w górę serpentynę asfaltu i ośnieżone szczyty- to jest to! Mijając kamienne cokoły obok drogi, masy motocyklistów, samochodów oraz kolarzy atakujemy kolejne nawroty. Niesamowicie czuć tę wysokość- widok zapiera dech w piersi, podobnie zresztą jak powietrze. Oliwkowa zieleń trawy, grafitowo szare skały w około malowniczo kontrastują się z wiecznie białymi wierzchołkami gór. Przybywa chmur co dodatkowo zwiększa walory widokowe trasy.

W końcu jesteśmy na górze- znajdujemy miejsce parkingowe tuż przy przepaści i pierwsze co robimy zerkamy w dół. Droga w górę- męcząca i wymagająca, nawierzchnia lekko zniszczona, ale to, co widzimy rekompensuje mega skupienie przy wyjeździe. Do tej pory widok ten znałem z programu Top Gear oraz licznych filmów w sieci. To trzeba zobaczyć na żywo- nic tego nie odda nawet w 50%. Wstęga asfaltu rozwinięta pośród gór i ta nieprzenikniona przestrzeń! Robimy zdjęcia, chodzimy wzdłuż krawędzi i oglądamy przybywające sprzęty.

Zjadamy kanapkę z kiełbasą i kapustą zakupioną na straganie obsłużeni przez gościa mówiącego chyba w każdym języku i w lekkich kroplach deszczu zaczynamy zjazd w dół. Jak to w górach, pogoda zmieniła się w przeciągu kilku minut i po chwili zaczyna mocniej padać. Droga z przełęczy nie jest już tak mocno pokręcona jak ta na szczyt- zakręty są łagodniejsze, nawierzchnia równiejsza i przede wszystkim szersza- przypomina to jakby tor wyścigowy. Bynajmniej jednak w tej chwili bo zrobiło się mokro i ślisko- nawet lokalni skończyli przycierać podnóżkami o asfalt. Walory widokowe wzdłuż drogi wzbogaciły się o liczne wodospady oraz strumyki. Im bardziej w dół tym pogoda lepsza, a my w promieniach słońca docieramy do Bormio, gdzie szybko znajdujemy hotel z zacnym widokiem na góry. Zresztą z każdego zakątka tego miasta je widać. Popijając wino i piwo zapisujemy 170km przebyte tego dnia.

Tagi: turystyka motocyklowa | turystyka | Alpy | wyprawa

Oceń artykuł:

4.2

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij