Motocykl poleca:

Dookoła Polski 2016

Poleć ten artykuł:

Pięciu naszych czytelników na motocyklach objechało Polskę dookoła. Wystartowali z Żuromina i ruszyli na wschód. Przez 10 dni przejechali 4000 km, a o tym co ich po drodze spotkało przeczytacie w relacji Andrzeja Rogozińskiego.

Zobacz całą galerię

      Dzień 1: W końcu nadszedł 1 maja – dzień, na który zaplanowaliśmy razem z czterema kolegami: Darkiem, Michałem, Marcinem i Mariuszem start do naszej wymarzonej wyprawy motocyklowej dookoła Polski. Start wyznaczyliśmy na godz. 13 spod Starostwa Powiatowego w Żurominie, gdzie zjawili się nasi koledzy motocykliści i starosta, który objął wyprawę honorowym patronatem. Bo nasza wyprawa to nie tyko przygoda, ale również promocja naszego powiatu.

Pogoda do jazdy idealna: ciepło, ale bez upału. Eskortowani przez kolegów oraz przez policję wyruszamy. Pierwsi koledzy żegnają nas w Lidzbarku, reszta dojeżdża z nami do Lubawy. Dalej już w piątkę ruszamy do Elbląga, w którym będziemy rozpoczynać i kończyć naszą pętlę.

Założenia są takie, aby jechać możliwie blisko granicy. Przy wjeździe do Elbląga pamiątkowa fotka i gnamy dalej. Na którymś ze świateł podjeżdża obok mnie na lewy pas radiowóz i policjant pyta, czy znam Darka M. z Żuromina. Jakież jest jego zdziwienie, gdy mówię mu, że Darek jedzie z nami. Zjeżdżamy wszyscy na parking i okazuje się, że ów policjant i Darek to starzy przyjaciele jeszcze z czasów szkolnych. Po krótkiej pogawędce policjanci wyprowadzają nas z miasta na trasę do Fromborka. Tu trasa zmienia się z nudnej drogi ekspresowej na taką, jaką lubimy, czyli wąską i krętą. Niestety, radość z jazdy psuje jakość nawierzchni, która jest dziurawa jak ser szwajcarski, tak więc prędkość spada miejscami do 30 km/h. Mijamy Frombork, Bartoszyce i delektując się widokami Zalewu Wiślanego oraz jezior pochowanych za pagórkami docieramy do Węgorzewa, gdzie tankujemy. Jeszcze tylko szybki hot dog na stacji i pędzimy dalej w kierunku noclegu w Gołdapi.

Niestety niebo zaczyna chmurzyć się coraz bardziej i już wiemy, że nie uciekniemy przed deszczem. W powietrzu czuć wilgoć, a z gęstych chmur zaczyna siąpić drobny deszczyk, by za chwilę niebiosa otwarły się na dobre. W strugach ulewnego deszczu zjeżdżamy na przystanek autobusowy, aby włożyć ubrania przeciwdeszczowe. Dobru humor nas jednak nie opuszcza. Zabezpieczeni przed deszczem ruszamy dalej w trasę.

Na miejsce docieramy ok. godz. 20. Tam gość, u którego rezerwowałem pokoje, twierdzi, że nikt z nim na temat rezerwacji nie rozmawiał. Po chwili przypomina sobie i stwierdza, że… był wtedy za bardzo pijany i nie zanotował, ale proponuje, żebyśmy pojechali obejrzeć Gołdap, a on nam nocleg zaraz przygotuje. Cała ta sytuacja nie bardzo nam się podoba, ale postanawiamy obejrzeć nasze lokum. To, co zastajemy w pseudopokojach, nas przeraża. Nie potrzebujemy wygód, tyko kawałka kąta do spania, lecz żeby budę z płyty pilśniowej, w której tylko bród, syf, pleśń i szczury, które w popłochu stadnie postanawiają opuścić nasz niby-pokój, wynajmować ludziom – na to trzeba mieć nie lada wyobraźnię. Nie wiemy, czy się śmiać z faceta, który dzisiaj chyba też już jest po kilku głębszych, na co wskazuje jego dość chwiejny krok i coraz większe problemy z wysławianiem się, czy płakać nad warunkami, w jakich mamy nocować. Krótka narada i postanawiamy szukać innego lokum, na co „gospodarz” chętnie przystaje. Po długich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć normalny nocleg. Na szczęście jutro czekają nas piękne trasy i masa atrakcji.

      Dzień 2: Poranek wita nas piękną pogodą. Podczas pakowania bagaży (chyba nikt z nas za tym zajęciem nie przepada) Mariusz zauważa mały wyciek płynu hamulcowego. Czyli pierwsze kłopoty, jak się potem okazało nie ostatnie.

Na szczęście właściciel pensjonatu, w którym nocowaliśmy, z zawodu jest mechanikiem motocyklowym, więc sprawnie i szybko usterka została usunięta. Ok. godziny 9 już siedzimy na naszych maszynach. Pierwszy punkt naszej wycieczki w dniu dzisiejszym to wiadukty w Stańczykach.

Po godzinnym zwiedzaniu i serii zdjęć ruszamy dalej. Droga wije się malowniczo przez łąki i lasy między pagórkami i jeziorami. Widoki przepiękne. Tak dojeżdżamy do trójstyku granic Polski, Rosji i Litwy. Motocykle na parking, a my spacerkiem jakieś 800 metrów do trójstyku. Dosyć fajne miejsce ze słupem granicznym.

Po zwiedzaniu zmiana odzieży, bo słupek rtęci w termometrze pokazuje +26 stopni C. Kierunek: Augustów. Niestety, jest długi weekend majowy, więc wszędzie masa ludzi. Na placu w centrum miasta trwa właśnie koncert Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Gdy wreszcie znajdujemy miejsca parkingowe dla 5 motocykli i jak już udaje nam się dotrzeć na plac, orkiestra gra ostatni utwór. Po krótkim zwiedzaniu przystani i miasta, ruszamy dalej. Trasa wiedzie przez cudowne tereny Puszczy Augustowskiej. Dookoła stare lasy, bagna i cudowny zapach borów. Jedziemy na Kruszyniany, gdzie kosztujemy tatarskiego jedzenia w Tatarskiej Jurcie, a następnie zwiedzamy meczet. 

Pogoda zaczyna się psuć i dopada nas burza, która trwa na szczęście bardzo krótko. Szutrową drogą docieramy do przejścia granicznego w Bobrownikach. Naszym celem jest dawne przejście kolejowe z Białorusią.

Kluczymy po polnych drogach dobre pół godziny, aż wreszcie dzięki GPS-owi udaje nam się w końcu trafić. Tu czeka nas niemiła niespodzianka w postaci kontroli Straży Granicznej. Po dokładnym sprawdzeniu nas i motocykli, możemy jechać dalej. W Siemianówce jest spory problem z wynajęciem kwatery. Po długich poszukiwaniach zatrzymujemy się w Centrum Konferencyjnym Rozłogi.

 

      Dzień 3: Dzisiejszy etap jest trochę dłuższy niż zakładaliśmy ze względu na wczorajszą zmianę noclegu. Podkręcamy tempo i po kilku godzinach jazdy malowniczymi trasami Podlasia docieramy do Białowieży.

Jedziemy trasą przez Teremiski w nadziei na spotkanie z królem puszczy żubrem. Niestety, żubry miały inne plany. W Białowieży znowu dopada nas burza i nie zanosi się, aby szybko przestało padać. Gdy zaczęło się wypogadzać, docieramy do świętej góry Grabarki, prawosławnego sanktuarium.

Tu spotykamy miłą starszą parę, która opowiada nam historię tego miejsca. Masa krzyży robi duże wrażenie. Stąd udajemy się na umówiony nocleg, do Sobiboru. Ostatnie kilometry przez okoliczne ciągnące się w nieskończoność lasy pokonujemy w kompletnych ciemnościach. Na miejsce docieramy ok. godz. 23, mimo to czeka na nas przemiła gospodyni, właścicielka gospodarstwa agroturystycznego. Tej nocy nasze motocykle odpoczywają w garażu.

      Dzień 4: Wszyscy wstali dzisiaj wcześnie i bardzo wypoczęci. Widocznie klimat miejsca bardzo nam służy. Pani gospodyni zaprasza nas na pyszne śniadanie, podczas którego dowiadujemy się bardzo dużo o byłym obozie koncentracyjnym w Sobiborze, który postanawiamy zobaczyć, mimo że nie mieliśmy tego w planach. Gospodyni opowiada bardzo barwnie i ciekawie. Za wskazówkami naszej gospodyni, jadąc leśnym duktem, po którym jeżdżą chyba tylko ciągniki i auta terenowe, docieramy na miejsce dawnego obozu. Niemcy, wycofując się pod naporem Armii Czerwonej, całkowicie zniszczyli obóz, aby zatuszować ślady ludobójstwa. Dopiero teraz rozpoczęła się budowa mauzoleum ku pamięci poległych tam ofiar.

Pogoda wciąż jest przepiękna i tak docieramy do Przemyśla. To piękne miasto zwiedzamy niestety tylko pobieżnie i ruszamy na Sanok. Tu zaczyna się prawdziwa frajda dla bikerów. Piękne winkle i agrafki, za którymi jadąc wzdłuż południowo-wschodniej granicy bardzo tęskniliśmy. Uśmiechy nie schodzą nam z twarzy. W końcu pokazały się też pagórki, które dają nam masę frajdy. Wieczorem docieramy do Sanoka i udajemy się na nocleg do Klubu Motocyklowego „Steel Roses”. Długo rozmawiamy tam o przygodach motocyklowych, a potem przy dźwiękach na gitary mija nam kolejny piękny wieczór.

 

Tagi: Dookoła Polski 2016 | turystyka

Oceń artykuł:

4.7

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij