Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.5

Freedom znaczy wolność – turystyka po USA

Nasze marzenia spełniły się – ruszyliśmy śladami bohaterów „Easy Ridera”. Już teraz wiemy, co to znaczy wszechobecne poczucie wolności.

To był kiedyś świetny kraj. Nie wiem, co się z nim stało”. „Każdy się boi, to proste. Nie chcą nas wpuścić nawet do podrzędnego hotelu. Kapujesz? Boją się, że poderżniemy im gardła”. „Nie boją się was, lecz tego, co uosabiacie”. „Dla nich uosabiamy tylko kogoś, kto potrzebuje strzyżenia”. „O, nie. To, co sobą uosabiacie, to… wolność!”.

Kluczem do zdobycia wizy USA była szczerarozmowa z konsulem.

Tak brzmiała rozmowa bohaterów kultowego fi lmu Dennisa Hoppera „Easy Rider”. Dwóch buntowników tamtych czasów robi dobrą kasę na przemycie narkotyków z Meksyku do Los Angeles, postanawiają więc jechać na Florydę, zatrzymując się po drodze na festiwalu Mardi Gras w Nowym Orleanie.

Kilka lat temu wraz z moim przyjacielem Miczem pomyśleliśmy, że byłaby to genialna sprawa pojechać do Stanów i przejechać drogę, którą niegdyś przemierzyli Billy i Wyatt – główni bohaterowie filmu. Pomysł, z różnych mniej lub bardziej ważnych powodów, przez kilka lat był w odstawce. Dopiero w październiku 2009 roku marzenia zaczęły się krystalizować. Stwierdziliśmy – tak, rok 2010. Teraz albo nigdy!

Ekipa chętna do wyjazdu zmieniała się często – koniec końców, zostałem ja i zawsze gotowy do nietypowych wyjazdów mój kuzyn Puzon. Data ustalona – Mardi Gras 2010, 16 lutego, zatem w drogę!

   
Nowy Orlean podczas Mardi Gras tonie w kolorowych paradach, tłumach ludzi,zabawie i alkoholu.  Mardi Gras, ach, to Mardi Gras!


Od prawka po wizę
Żeby odbyć taką trasę na motocyklu, potrzebna jest jedna ważna rzecz – prawo jazdy na motocykl! Przed przygodą w Stanach jeździliśmy z Puzonem tylko na Simsonie – Puzon sporo, ja dwa razy, z czego raz się wywróciłem. Zaczęliśmy więc szybko działać w sprawie prawka. Kurs musieliśmy ukończyć w 2 tygodnie w zimowej aurze, zdaliśmy za pierwszym razem.

Z biletem lotniczym poszło nam łatwiej. Za pomocą jednej z wyszukiwarek internetowych wykupiliśmy bilet do Los Angeles. Trasę podzieliliśmy na trzy etapy: start w LA, potem Nowy Orlean, a kończymy w Miami, czyli około 5000 km w 12 dni. Czy to dużo? Laikom, którzy kurs robili na „250”, trudno to ocenić, nie wspominając o zupełnym braku wyobraźni i poprawki na wypadek awarii, niepogody itp. Ale właśnie takim ponoć szczęście sprzyja.



 Easy Rider trip

Amerykańska wiza… Kluczem do jej zdobycia nie była żadna kombinacja i tona papierów, ale krótka, szczera rozmowa z konsulem USA. Przekonanie go do naszego pomysłu zajęło minutę – tyle wystarczyło, by stać się szczęśliwym posiadaczem wizy na 10 lat, z dodającymi otuchy słowami konsula: „Udanej przygody, człowieku!”.

Czym mamy jechać?
Po załatwieniu papierkowej roboty została jeszcze jedna fundamentalna sprawa – skąd wziąć motocykle? Pierwszym pomysłem było wypożyczenie Harleyów w LA z opcją oddania ich w Miami. Jednak gdy wszystko podliczyliśmy (koszty wypożyczenia, ubezpieczenia i tzw. podróży w jedną stronę – trzeba dopłacić 500 $, żeby odwieźli motocykle do Los Angeles), planowane wydatki lekko nas przeraziły. Okazało się, że lepiej będzie kupić motocykle na miejscu – nie będą to co prawda Harleye, ale jednak nasze bike’i, które potem moglibyśmy wysłać na statku do Polski! No i jeszcze jedna rzecz – jak legalnie przejechać przez Stany? Okazuje się, że przynajmniej w Kalifornii motocykl może zarejestrować na siebie tylko obywatel USA. Z pomocą mojego kuzyna Sławka udało nam się dotrzeć telefonicz nie do jednego z Polaków, który jeździ w Los Angeles. Stwierdził on, że z tego, co się orientuje, powinniśmy mieć 2 tygodnie na przerejestrowanie motocykla zaraz po jego kupnie, czyli – o ile rejestracja jest wciąż ważna – możemy na niej jeździć 10 dni roboczych. To prawie dokładnie tyle, ile potrzebujemy na dotarcie z LA do Miami. Bingo!

  parę przydatnych w USA informacji
  Wiza – bez względu na to, czy ją dostaniecie,
czy nie, musicie zapłacić około 400 zł.
Noclegi – ceny w motelach wahają się od
33 do nawet 60 dolarów za osobę. Warto
poszukać ogólnokrajowej sieci „6” – płaci się
za pokój, nie od głowy, ponadto gwarantowana
jest świetna jakość za przystępną cenę.
Na trasie z Los Angeles do Miami można też
przespać się w namiocie, ale w lutym nie jest
to dobry pomysł.
Paliwo – w tańszych stacjach nieco ponad
3 USD za galon amerykański (3,78 litra).
Zapędzając się w odludne miejsca, warto zaopatrzyć się w niewielki kanister z paliwem (na wszelki wypadek).
Jedzenie – chleb kosztuje ok. 1 USD, za piwo w puszce (wyłącznie 0,66 l) w sklepie trzeba wyłożyć 2 dolce (w knajpie trzy razy tyle).
Praktyczne wskazówki – zamiast pożyczać w USA motocykl, czasem lepiej jest go po prostu kupić – wyjdzie taniej. Na trasie nie warto zjeżdżać do dużych, zatłoczonych miast – zero przyjemności, duży stres i wysokie ceny. 

Kupujemy motocykle
Do LA przylecieliśmy 12 dni przed Mardi Gras i od razu zaczęliśmy działać. Los Angeles, podobnie jak większość miast USA, ma słabo rozwiniętą komunikację publiczną, gdyż każdy jest tam posiadaczem co najmniej jednego samochodu. Musieliśmy zatem pożyczyć auto, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – było ono zarazem naszym miejscem noclegowym.

Pierwszym celem była Yamaha V-Star 600 z 2001 roku, którą na sprzedaż wystawił stary kalifornijski harleyowiec Rick. Mejlowaliśmy z nim wcześniej, ale nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczył nas u siebie na podwórku. Motocykl od razu wpadł w oko Puzonowi, więc po krótkich negocjacjach cenowych jeszcze tego samego wieczoru Puzon stał się jego właścicielem. Kolejne spotkanie było umówione na następny dzień: tym razem celem oględzin miała być czarna Honda Shadow VLX 600 z 2000 roku. Mroźną noc przespaliśmy w samochodzie, a rano czekał już na nas właściciel Hondy, Argentyńczyk Luis. Oględziny motocykla nie trwały długo. Pali – pali, więc co tu jeszcze oglądać? Szybka decyzja, trochę dolarów i Shadow jest mój.



 Pole golfowe Sun City (nie mylić z Sin City) koło Phoenix – za wysokie dla nas progi.

Tego samego dnia załatwiliśmy jeszcze ubezpieczenie, a nazajutrz rano – po oddaniu samochodu do wypożyczalni – załadowaliśmy ekwipunek na nasze rumaki i wyruszyliśmy w stronę Drogi Matki – Route 66. Nigdy nie zapomnę uczucia, kiedy po raz pierwszy wsiadłem na Hondę Shadow i ledwo co koordynując biegi, sprzęgło i hamulec, zjeżdżałem z krętej i stromej drogi prowadzącej od garażu Luisa.Prawdziwy horror… i uczucie siły!

   
Czekaliśmy przy tym  samochodzie dobrą chwilę, lecz główny bohater„Powrotu do przyszłości” się nie pojawił...
Na jednej z odnóg kultowej Route 66. W zimnym,  lutowym wietrze nikt nie rozgrzewał nas tak dobrze, jak wujek Jim Beam.
Puzon w poszukiwaniu podobieństwa do kaktusa w Arizonie. Na ile mu się to udało, oceńcie sami.

Szkoła życia bikera
Drogi, a raczej bezdroża w Kalifornii, Arizonie, Nowym Meksyku czy Teksasie charakteryzują się tym samym: są zadbane, puste i długie, co w naszym rozumieniu oznaczałoby, że niejednokrotnie na odcinku 70-80 km nie ma śladu życia. Wszystko to kumuluje się w dwóch rzeczach: niezapomnianych doznaniach wolności i oderwania się od rzeczywistości, których tam szukaliśmy, oraz w… zasypianiu. Nigdy, przenigdy nie powiedzielibyśmy , że można zasnąć na motocyklu, a jednak nie raz i nie dwa o mało nie wylądowaliśmy w rowie. To skłoniło nas do opracowania szeregu sposobów na przebudzanie się: krzyczenie i śpiewanie w czasie jazdy, machanie do siebie, gwałtowne przyspieszanie i zwalnianie lub po prostu robienie przerw. Była to dla nas prawdziwa szkoła życia bikera.

Wyjątkiem była kultowa Road 66 albo odcinki, które z niej zostały – w szczególności ten z Ludlow do Needles. Tam nie dało się zasnąć: ogromne, płaskie przestrzenie, równolegle w oddali jadące pociągi, góry na horyzoncie czy myśl o historii tej drogi nie pozwalały zmrużyć oka.

 

 Wulkaniczne skały gdzieś na trasie. Taką właśnie pełną ciężarówką wrócimy tu następnym razem.Oby jak najszybciej! Każdy salon Harleya był żelaznym punktem na naszej trasie. Akurat w tym  3-piętrowym budynku nietrudno było się zgubić.

Pogoda płata figle
Motele w Stanach nie należą do najtańszych, ale czasami byliśmy zmuszeni z nich korzystać. Bardzo sobie chwaliliśmy ich jakość, gdyż pokoje zawsze miały dwa łóżka, ciepłą wodę i... telewizor plazmowy. Do najbardziej nietypowych na pewno należał ten w Morgan City w Luizjanie: był jakby żywcem wyjęty z westernowego saloonu. Z powodu zamieci śnieżnych w USA w lutym 2010 roku musieliśmy zboczyć z zamierzonej trasy i odbić na południe do dróg wzdłuż granicy z Meksykiem. Temperatura w dzień sięgała tam nawet 15 st. C. W nocy i nad ranem występowały jednak przymrozki, co powodowało, że mimo odpowiednich strojów często nieźle marzliśmy. Ogólnie pogoda nie wpłynęła znacząco na nasze plany, by dotrzeć na czas na Florydę.

A co wy tu robicie?!
W drodze wszyscy traktowali nas bardzo przyjaźnie. Przyciągaliśmy ich uwagę przede wszystkim z powodu naszych kalifornijskiich numerów rejestracyjnych. Rick mówił Puzonowi, że jak jeździ 30 lat Harleyem, tak nigdy nie wyjechał poza granice stanu! A my przejechaliśmy aż osiem stanów w dwa tygodnie! Dlatego im dalej byliśmy od Kalifornii, tym częściej zdarzyło się, że ktoś nas zagadał, a reakcja była zawsze taka sama:

– Skąd jesteście?
– Z Polski.
– Kurde, człowieku! A co wy tu robicie?
– Jedziemy z Los Angeles na Mardi
Gras, a później na Florydę.
– Kurde, booomba!!!


Szalony wtorek
Mardi Gras to największy w USA festiwal uliczny, wypadający w przeddzień środy popielcowej. Nowy Orlean żyje tą imprezą przez cały tydzień. Jedna wielka zabawa, parady uliczne, morze alkoholu, roznegliżowane kobiety eksponujące swoje wdzięki – to wszystko przyciąga tłumy imprezowiczów i ciekawskich.

Czas podsumowań
Po festiwalowych szaleństwach czeka nas ostatni odcinek wyprawy – do Miami. Jechaliśmy cały dzień, by przed weekendem zdążyć wstawić motocykle na statek. W Miami ponownie pożyczyliśmy samochód, by w nim przenocować do czasu odlotu do Polski.

Nadszedł czas podsumowań podczas ciepłego wieczoru na pustym deptaku na plaży w Miami. Towarzyszyła nam w tym butelka Jima Beama. Zgodnie z Puzonem stwierdzamy, że z tej podróży zawsze będziemy wspominać wspaniałe, bezkresne przestrzenie Arizony czy Mardi Gras. Jednak to, co najbardziej w nas zostanie, to miłość do motocykla i smak wszechobecnej wolności.

Kiedy po całym dniu jazdy przyjeżdża się do motelu, otwiera zimne piwo i nie myśli o problemach, które zostały gdzieś daleko. Ważne było tylko to, by rano odpalić motocykl i ruszyć w dalszą drogę. Być może to samo odczuwali Billy i Wyatt w poszukiwaniu swojej upragnionej wolności w Ameryce.

To był kiedyś świetny kraj. Nie wiem, co się z nim stało”. „Każdy się boi, to proste. Nie chcą nas wpuścić nawet do podrzędnego hotelu. Kapujesz? Boją się, że poderżniemy im gardła”. „Nie boją się was, lecz tego, co uosabiacie”. „Dla nich uosabiamy tylko kogoś, kto potrzebuje strzyżenia”. „O, nie. To, co sobą uosabiacie, to… wolność!”.

Kluczem do zdobycia wizy USA była szczerarozmowa z konsulem.

Tak brzmiała rozmowa bohaterów kultowego fi lmu Dennisa Hoppera „Easy Rider”. Dwóch buntowników tamtych czasów robi dobrą kasę na przemycie narkotyków z Meksyku do Los Angeles, postanawiają więc jechać na Florydę, zatrzymując się po drodze na festiwalu Mardi Gras w Nowym Orleanie.

Kilka lat temu wraz z moim przyjacielem Miczem pomyśleliśmy, że byłaby to genialna sprawa pojechać do Stanów i przejechać drogę, którą niegdyś przemierzyli Billy i Wyatt – główni bohaterowie filmu. Pomysł, z różnych mniej lub bardziej ważnych powodów, przez kilka lat był w odstawce. Dopiero w październiku 2009 roku marzenia zaczęły się krystalizować. Stwierdziliśmy – tak, rok 2010. Teraz albo nigdy!

Ekipa chętna do wyjazdu zmieniała się często – koniec końców, zostałem ja i zawsze gotowy do nietypowych wyjazdów mój kuzyn Puzon. Data ustalona – Mardi Gras 2010, 16 lutego, zatem w drogę!

   
Nowy Orlean podczas Mardi Gras tonie w kolorowych paradach, tłumach ludzi,zabawie i alkoholu.  Mardi Gras, ach, to Mardi Gras!


Od prawka po wizę
Żeby odbyć taką trasę na motocyklu, potrzebna jest jedna ważna rzecz – prawo jazdy na motocykl! Przed przygodą w Stanach jeździliśmy z Puzonem tylko na Simsonie – Puzon sporo, ja dwa razy, z czego raz się wywróciłem. Zaczęliśmy więc szybko działać w sprawie prawka. Kurs musieliśmy ukończyć w 2 tygodnie w zimowej aurze, zdaliśmy za pierwszym razem.

Z biletem lotniczym poszło nam łatwiej. Za pomocą jednej z wyszukiwarek internetowych wykupiliśmy bilet do Los Angeles. Trasę podzieliliśmy na trzy etapy: start w LA, potem Nowy Orlean, a kończymy w Miami, czyli około 5000 km w 12 dni. Czy to dużo? Laikom, którzy kurs robili na „250”, trudno to ocenić, nie wspominając o zupełnym braku wyobraźni i poprawki na wypadek awarii, niepogody itp. Ale właśnie takim ponoć szczęście sprzyja.



 Easy Rider trip

Amerykańska wiza… Kluczem do jej zdobycia nie była żadna kombinacja i tona papierów, ale krótka, szczera rozmowa z konsulem USA. Przekonanie go do naszego pomysłu zajęło minutę – tyle wystarczyło, by stać się szczęśliwym posiadaczem wizy na 10 lat, z dodającymi otuchy słowami konsula: „Udanej przygody, człowieku!”.

Czym mamy jechać?
Po załatwieniu papierkowej roboty została jeszcze jedna fundamentalna sprawa – skąd wziąć motocykle? Pierwszym pomysłem było wypożyczenie Harleyów w LA z opcją oddania ich w Miami. Jednak gdy wszystko podliczyliśmy (koszty wypożyczenia, ubezpieczenia i tzw. podróży w jedną stronę – trzeba dopłacić 500 $, żeby odwieźli motocykle do Los Angeles), planowane wydatki lekko nas przeraziły. Okazało się, że lepiej będzie kupić motocykle na miejscu – nie będą to co prawda Harleye, ale jednak nasze bike’i, które potem moglibyśmy wysłać na statku do Polski! No i jeszcze jedna rzecz – jak legalnie przejechać przez Stany? Okazuje się, że przynajmniej w Kalifornii motocykl może zarejestrować na siebie tylko obywatel USA. Z pomocą mojego kuzyna Sławka udało nam się dotrzeć telefonicz nie do jednego z Polaków, który jeździ w Los Angeles. Stwierdził on, że z tego, co się orientuje, powinniśmy mieć 2 tygodnie na przerejestrowanie motocykla zaraz po jego kupnie, czyli – o ile rejestracja jest wciąż ważna – możemy na niej jeździć 10 dni roboczych. To prawie dokładnie tyle, ile potrzebujemy na dotarcie z LA do Miami. Bingo!

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Nasze marzenia spełniły się – ruszyliśmy śladami bohaterów „Easy Ridera”. Już teraz wiemy, co to znaczy wszechobecne poczucie wolności.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:14:39
  • avatar
    zgłoś
    Rewelacja. Pozazdrościć. Sam się szykuję na taką wyprawę, najprawdopodobniej we wrześniu. Tylko motocykl już mam i nie chciałbym kupować, a raczej wynająć (chyba, że kupić na jednym wybrzeżu i taniej sprzedać na drugim). Więc jak byście mieli więcej porad odnośnie Waszego wypadu, to chętnie wysłucham...
    Witaszek, 2012-03-04 22:29:15
  • avatar
    zgłoś
    Widzę Biczu że wujek Jim Beam Ci towarzyszy w samych dobrych momentach od lat :) A pamiętasz Aphex'a z Beam'em w środku dżungli? Gratuluje Wam wyprawy, pozdro!

    ~lookie, 2012-03-02 13:05:26
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij