Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.0

Hiszpania, Anka, Suzi i ja

„W pewnym kastylijskim miasteczku La Manczy...” – tak zaczyna się „Don Kichot”. „En un lugar de La Mancha...”. W tym wypadku La Manczą było Alcazar de San Juan. Stałem się tam posiadaczem albo raczej zaprzyjaźniłem się z pewną Suzi (w hiszpańskim motocykl jest rodzaju żeńskiego). Po paru lekcjach pokory (to mój pierwszy duży motocykl), które dzięki opatrzności skończyły się jedynie na głębokich przemyśleniach, uznałem, że jestem gotowy do drogi.

Zgodnie z przewidywaniami, moja lepsza połowa z entuzjazmem zgodziła się na wyprawę. Plan był prosty: jedziemy do Almagro – to jakieś 80 km – a jak się nam spodoba to dalej (może Kordoba?). A jeśli wymiękniemy, wracamy po auto. W Almagro siedliśmy na rynku (Plaza Mayor), tuż przy wejściu do Corral de Comedias, czyli do teatru z XVII w., w którym dziś mieści się muzeum i gdzie corocznie odbywa się przegląd teatrów. Miasteczko wyjątkowo urokliwe, bogate w historie i zabytki. Odpoczęliśmy tam trochę, coś zjedliśmy, krótki spacerek i decyzja: jedziemy dalej! Z drogi, jak zwykle niemal pustej, czasami zbaczamy, gdy zobaczymy coś ciekawego (np. Castillo de Calatrava) albo celowo błądzimy, oglądając mijane puebla.

Wieczorem rozglądamy się za noclegiem. Trafiamy na starą, ogromną kuźnię przerobioną na hotel z patio pełnym pięknych kwitnących roślin i z restauracją, w której znajdują się resztki urządzeń metalurgicznych. Fajna kolacyjka i spać. Rano wyciągamy Suzi, wpuszczoną przez życzliwy personel na hotelowe patio, i w drogę. Dzięki wąskiemu środkowi komunikacji wjeżdżamy do samego centrum Cordoby, omijając słupki w jezdni. Spacerek po mieście. Zwiedzanie Wielkiego Meczetu (Mezquity), którego historia i architektura zasługują na szacunek. Rzymski most, eksponowany na każdym folderze miasta, i wiele ciekawych, dla nas egzotycznych miejsc. Już po ciemku powtórka porannego spaceru.

Następnego ranka przejażdżka po mieście i jedziemy zobaczyć resztki pałacu Medina Azahara. Arabska nazwa oznacza miasto Az Zahary. Ogromny obszar resztek świetnego niegdyś pałacu, który miał być dowodem potęgi kalifa Kordoby Abdar-Rahmana i jego miłości do faworyty o imieniu Az-Zahara. Na miejscu okazało się, że jest zamknięte! No to w drogę. Ogromny upał coraz bardziej daje się we znaki. Na szczęście nie brakuje pretekstów do zatrzymywania się. Np. zamek Almodóvar del Río. Co prawda to tylko rekonstrukcja, ale podobno wierna. Jest tam bogata kolekcja białej broni, inscenizacje życia zamkowego i „prawdziwe” lochy inkwizycji, a do tego przepiękne widoki na okolice z zamkowej wieży i... kawiarnia.

Ruszamy w drogę. Upał ogromny. Zaletą naszych skórzanych kurtek okazuje się ich sztywność. Dopóki poruszamy się z prędkością umożliwiającą przepływ powietrza między kurtką i naszą skórą (luźne rękawy, otwarte klapki z boku pleców) jest OK. Gdy musimy zwolnić albo skóra kurtki zaczyna dotykać ciała – dramat. Natychmiast strużka potu odbiera nam przyjemność z jazdy.

Docieramy do Sewilli. Były małe kłopoty ze znalezieniem hotelu, ale dzięki motocyklowi i tolerancji uśmiechających się przechodniów i policjantów krążyliśmy po centrum, nie respektując zbytnio przepisów ruchu drogowego. Wreszcie znajdujemy lokum i w miasto. Najpierw katedra, ale tylko z zewnątrz, bo była już zamknięta, ze sławną wieżą Giralda, w której wnętrzu fundator kazał umieścić wijącą się wąską drogę, aby umożliwić wjechanie na szczyt koniem. Gdyby nie tłumy turystów, nie powinno być specjalnego kłopotu, żeby wjechać motocyklem.

Następny dzień zaczynamy od wspaniałego wnętrza Katedry Najświętszej Marii Panny – jak często wybudowanej na miejscu meczetu. Grób Kolumba, wspaniała gotycka architektura, organy… Super! Teraz zwyczajowy spacerek – plac Hiszpański, budynek korridy, czyli arena walki byków – Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Sevilla – najstarsza w Hiszpanii i według wielu najważniejsza na świecie. Co do walki byków mamy swoje zdanie, więc nie zachwycamy się bardzo i idziemy do parku Mari Luizy, który zwiedzamy pojazdem czterokołowym ! Wracamy do hotelu.

Krótkie przygotowanie i start do Kadyksu. Miasto przywitało nas szeroką, nowoczesną aleją, rozkopanymi bocznymi ulicami i brakiem miejsc w hotelach. W tych powyżej 4 gwiazdek nie pytaliśmy. W końcu coś znaleźliśmy i w miasto. To „coś” miało 2 gwiazdki. Niestety, tutaj 2 gwiazdki to zupełnie inny komfort niż w każdym innym znanym nam miejscu Hiszpanii. Trudno! Rano obowiązkowo katedra Świętego Krzyża, teatr rzymski i uliczki starego miasta z nadbrzeżnymi zabytkowymi umocnieniami oraz portem. W trakcie zwiedzania zapada decyzja: jedziemy do Afryki! Najpierw Tarifa, najdalej na południe wysunięty punkt Europy kontynentalnej, słynna z silnych wiatrów, mekka dla uprawiających wszelkiego typu sporty wiatrowo-wodne. W Tarifie jest przystań promowa, z której można popłynąć do Tangeru (45 min), a to już Afryka!

W garażu promu przypinają Suzi do ściany przeznaczonymi dla motocykli pasami i wchodzimy na pokład. W kolejce w barze jakaś dziewczyna zagadała do nas łamaną polszczyzną. Była to Amerykanka polskiego pochodzenia. Wraz ze swoim chłopakiem spędzali kolejne wakacje na motocyklu. Ze względu na odległości przylatują w zaplanowane miejsce. Pożyczają motocykl i podróżują. Wracają, oddają motocykl i do domu. Fajny sposób na motocyklowe przygody! Tym razem mają BMW 1200 LT i Maroko w planie. Wymyślili dla siebie drogę wzdłuż wybrzeża oceanu z paroma wypadami wgłąb lądu. Super!

Europa pożegnała nas mgłą i mżawką, a po krótkim rejsie wita nas Afryka. Totalna tamtejsza improwizacja przynosi radość z niespodzianek i poczucie wolności, ale ma także swoje słabe strony:

1. Strata czasu i nerwów na granicy ze względu na brak informacji np. o zwyczajowej i obowiązkowej łapówce dla pograniczników marokańskich. Gdyby ktoś się wybierał, porada:zwykle urzędnik mówi 20 euro, ty mówisz 10 euro i on kiwa głową, że OK. Płacisz i jedziesz. Jeśli kiwa głową, że nie OK, negocjujesz dalej.

2. Okazało się, że przybyliśmy w okresie ramadanu, co oznacza, że niemal wszystko jest pozamykane.

3. Brak sprecyzowanego celu spowodował w „zaistniałych okolicznościach krajobrazu”, że poprzestaliśmy na krótkim wypadzie do Ceuty. Chodziło o zaliczenie afrykańskiej drogi, po czym jak najszybciej wróciliśmy do Hiszpanii. Może szkoda?

Przed wejściem do hotelu w Ceucie, w którym coś zjedliśmy i zaparkowaliśmy Suzi, zaczepił nas gość, oferując swoje usługi jako przewodnik. Oczywiście za 20 euro. Zgodziliśmy się i była to bardzo trafna decyzja. Włóczyliśmy się po starym mieście, zahaczyliśmy o targ i w każdym miejscu znajdowaliśmy coś ciekawego, godnego zobaczenia, sfotografowania i komentarza naszego przewodnika. Na koniec zostaliśmy zaprowadzeni do czegoś w rodzaju szkoły rzemiosła z ogromnym sklepem-magazynem. Na wstępie zastrzegliśmy, że jesteśmy motocyklem i nie mamy zamiaru niczego kupić. Mimo to starszy elegancki pan, który przedstawił się jako nauczyciel, zaprezentował nam różne rodzaje dywanów, potem wiele charakterystycznych dla kultury arabskiej przedmiotów rzemiosła, po czym – miło pożegnani, mając wizytówki sklepu – wróciliśmy do hotelu, aby odebrać z parkingu naszą Suzi i jazda.

 

Droga kiepska, ale w Ceucie ładnie, czyściutko, bogato a ceny benzyny śmiesznie niskie, więc bak do pełna i w miasto. Wieczorem promem do Algesiras, które nie wywarło na nas dobrego wrażenia. Kręciliśmy się długo po niezbyt ładnym portowym mieście. Znaleźliśmy nocleg i budzeni nocą przez ciężarówki wożące kontenery z i do portu usiłowaliśmy odpocząć. Nad ranem okazało się, że z okna widać skały Gibraltaru. No i już w zasięgu wzroku mieliśmy następny cel.

Turystyka: Hiszpania.

Korzystając ze zwyczajowej tolerancji dla motocykli, omijamy ogromną kolejkę i zachęceni machnięciem strażnika - bez zatrzymywania się - wjeżdżamy na teren Wielkiej Brytanii. A jednak to prawda, że ruch jest tutaj prawostronny! Gnani sentymentem do kolejki na Kasprowy Wierch wsiadamy do czegoś bardzo podobnego i po parunastu minutach stajemy zachwyceni na szczycie skały, otoczeni tłumem zaciekawionych ludzi i znudzonych małp. Wracamy, siadamy na moto i jedziemy. Wyjechaliśmy wzdłuż wybrzeża kierując się na wschód.

Po drodze napotkaliśmy drogowskaz „Ronda”, a ponieważ wiedzieliśmy, że jest to miejscowość godna zobaczenia skręciliśmy. Błądząc, jak zwykle, po uliczkach zatrzymaliśmy się przed jednym z hotelików. Zapytałem gdzie mogę zostawić Suzi - pan z recepcji powiedział, że nie ma problemu, bo nieczynna jest kawiarenka hotelowa. Potem tylko mały problem z wjechaniem po paru stopniach stromych schodów przez wejście do hotelu, w holu skręt w prawo, przez wahadłowe drzwi i Suzi mogła spędzić noc między stolikami a bufetem. Teraz czas na spacer po mieście. Oczywiście Puente Nuevo, muzeum poświęcone walkom byków (tylko z zewnątrz) i spacery wzdłuż skalistych przepaści wokół miasta. Powrót nocą do hoteliku i już trzeba było wstawać. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że przed nami fajny motocyklowy odcinek wycieczki. Wąska, ale świetnie utrzymana wijąca się po pagórkach droga z Rondy do Nijar. Po drodze dużo motocykli i niewiele innych pojazdów. W Nijar zobaczyliśmy tamtejsze sławne taksówki tzn. osiołki zaprzężone w małe bryczki albo dostępne z siodłem. Ładna turystyczna miejscowość z widokiem na morze. Po skosztowaniu tutejszych specjałów na tarasie jednej z restauracji, ruszyliśmy w drogę. Nerja bardzo się nam spodobała. Postanowiliśmy więc zatrzymać się tutaj. Po paru dniach plażowania jedziemy w deszczu do Almuñecar, który już znałem z powodu innych przygód i gdzie spędziliśmy już kiedyś parę wyjątkowych dni z Anką. Almuñecar nie miał wiec  szansy nas zaskoczyć, ani nie mieliśmy zamiaru zabawić tu dłużej.

Przed nami Granada. Już w granicach miasta autostradą skręcamy w prawo, tzn. kierunek Alhambra, Sierra Nevada, której ośnieżone szczyty, (w końcu skądś ta nazwa się wzięła), górują nad miastem od południa. Potem tunel w którym prawą ścieżką jeździ się głównie na narty i polatać na paralotni, a w lewo do Alhambry. My tym razem w lewo, bo ani sezon ani nie mamy nart. Skręcamy do najbliższego hoteliku. Rano, jak na nas wyjątkowo wcześnie siedliśmy na Suzi i po paru minutach staliśmy w kolejce po bilet do Alhambry. Al hamra znaczy po arabsku czerwona i takie są jej mury. Pałac, twierdza kalifatu Kordoby i piękna letnia rezydencja - ogrody Generalife. Zmęczeni zwiedzaniem, po zjedzeniu czegoś wracamy do hotelu. Rano w drogę. Zaintrygowało nas hasło reklamowe „Ubeda perła renesansu” no to jedziemy tą perłę zobaczyć. Jak wiele dotychczasowych miejsc, to także nas zachwyca, ale jest jakieś mało hiszpańskie. Albo mało arabskie. Taki hiszpański Zamość, więc błądzimy po uliczkach z zamojskim klimatem. Po chwili lunęło. W deszczu, wynajdujemy w renesansowym ryneczku całkiem nierenesansową knajpkę. Najedzeni wracamy na nocleg. Rano leje. Przygotowani do jazdy zasiadamy przy piwku i kawie schowani w podcieniach ryneczku. Jest czas na lekturę mapy i przewodnika.

Urlop nieubłaganie zmierza ku końcowi, więc wybieramy trasę w kierunku domu. Park Narodowy Cazorla. A dokładnie El Parque Natural de las Sierras de Cazorla, Segura y Las Villas. Jedziemy i... coraz bardziej się nam podoba. Górki, jak Bieszczady, pozbawione tłumów. Kręte wąskie o doskonałej nawierzchni drogi - niestety trochę deszczu. Śliczną drogą nad brzegiem zalewu (Solina?) przekraczamy zaporę i kierując się „na czuja” pniemy się serpentynami. Potem w dół w dolinę i już w La Puerta de Segura szukamy hotelu. Rano okazuje się, że okno naszego pokoju patrzy na południowy wschód i budzi nas mocne słońce, któremu nie przeszkadzała najmniejsza chmurka. Przez to okno widzimy wzgórze zamkowe. Śniadanko i w drogę. Wspinając się po serpentynach docieramy do puebla Segura de la Sierra - miasteczko położone jest na stoku góry, na szczycie której znajduje się odrestaurowany zamek Castillo de la Sierra. W środku ciekawe ekspozycje historii zamku z czasów arabskich i późniejszych, a nawet film animowany w tym temacie. Łaźnia, kramy, stoiska rzemieślników. Kaplica z manekinami w strojach rycerskiego zakonu św. Jakuba z Composteli, którego aktualnym wielkim mistrzem jest król Hiszpanii. Widoki z murów zamkowych wspaniałe. Zwłaszcza niedaleka góra El Yelmo z łysym szczytem i antenami, znana jako jedno z centrów paralotniarstwa, może się podobać. Szczególnie gdy krąży nad nią rój kolorowych skrzydeł.

Siadamy na Suzi i w takich sobie nastrojach jedziemy w stronę domu. Zdaje się, że był to (poza autostradą, bo hałas) najdłuższy odcinek przejechany bez użycia interkomu. Bo o czym tu gadać? Potem jeszcze 35 km autostradą i jesteśmy na starcie naszej wyprawy, tzn. w domu. Niby fajnie jest być znowu u siebie, ale jednak żal, że jutro zamiast zastanawiać się dokąd jechać, najnormalniej w świecie pójdziemy do pracy.

zobacz galerię

Zobacz również:
Mimo sporych skoków zawieszeń jeżdżą głównie po asfalcie. Mają mocne silniki i 17-calowe koła. Są łatwe w obsłudze, dają masę radości z jazdy i są świetnymi kumplami w podróży.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij