Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Islandzkie 5000 kilometrów

Lipiec, 14 dni wyprawy, z czego większość w deszczu. Prawie 5000 kilometrów. Cztery żywioły: woda, wiatr, ziemia i ogień z jej głębi. Do tego białe noce, wulkany, pola zastygłej lawy, bulgoczące bagna, wodospady, gejzery, fiordy, owce, foki…

Od momentu, gdy 2 lata temu ja i Majka ulegliśmy motocyklowemu bakcylowi, marzyliśmy o wyprawie w jakieś niesamowite miejsce. Padło na Islandię, bo ma w sobie najwięcej różnorodności i łączy wszelkie żywioły. Chcieliśmy zobaczyć wulkany, fiordy, gejzery, wodospady i lodowce. Pojechaliśmy w dwa motocykle: ja na Yamasze Super Ténéré 1200, Majka na XJ6.

Podróż zaczęliśmy planować w sty­czniu i – jak się okazało – był to ostatni dzwonek, aby rezerwować prom z Hirsthals w Danii do Seydisfjordur w Islandii. Dostaliśmy miejsca w 6-oso­bowej kuszetce. Wszystko inne było już wyprzedane. Była to najtańsza opcja, chociaż słowo najtańsza nie za bardzo tutaj pasuje: bilety w obie strony wraz z dwoma motocyklami i wyżywieniem na promie kosztowały 4 tys. zł na osobę. Wobec tego postanowiliśmy, że zamiast rezerwować na Islandii hotele będziemy spać w namiocie na kempingach.

Śnieg w lipcu
Wyruszyliśmy ze Szczecina na początku lipca. Po dwóch dniach podróży, zziębnięci i przemoczeni, dotarliśmy do Danii. W Hirsthals na szczęście się rozjaśniło, więc mieliśmy możliwość stwierdzić, że jest to malownicze i spokojne miejsce z pięknymi plażami i cudownymi nadmorskimi widokami.
Nazajutrz wsiedliśmy na prom, który po dwóch dobach rejsu dostarczył nas i nasze Yamahy do skrytego w fiordzie portu Seydisfjordur. Lekko zaniepokoił nas tam widok śniegu na zboczach fiordu. Przed startem włożyliśmy na siebie dużo ubrań i kombinezony przeciwdeszczowe, co uratowało nam życie przez jakieś 100 najbliższych kilometrów, które jechaliśmy we mgle i temperaturze +4O. Potem musieliśmy się zatrzymać, by dopiąć podpinki.

Trasę zaplanowaliśmy tak, aby objechać wyspę w 7 dni i zdążyć na powrotny prom na kontynent, co oz­na­czało, że musieliśmy przejeżdżać 350-450 km dziennie. To trudne, bo na głównej islandzkiej drodze jest ograniczenie do 90 km/h i często widać kontrole prędkości. Znaczna część dróg to nawierzchnie nieasfaltowe w bardzo różnym stanie. Musieliśmy na nich tym bardziej skręcać manetki, że nie mieliśmy off-roadowych opon.  

Rozpoczęliśmy trasę na północ w kierunku portu Husavik, by po drodze obejrzeć wspaniały wodospad Dettifoss, do którego trzeba było się przespacerować. Jego wielkość i siłę widać już z daleka. Po kilku minutach docieramy do pierwszego wodospadu, a po kolejnych kilkunastu – do następnego. To pierwsze zderzenie z islandzkimi krajobrazami robi naprawdę potężne wrażenie. Skalne kaniony, czarne bazaltowe plaże i do tego biała spieniona rzeka.

Myvatn jak z Marsa
Następnym celem było jezioro My­vatn. Dotarliśmy tam dość późno, o czym powiedział nam zegarek (w Islandii latem praktycznie nie robi się ciemno). Planowaliśmy nocować na kempingu, jednak było tak zimno i mokro, że postanowiliśmy poszukać kwatery. Wszedłem do pierwszego lepszego hotelu przy drodze, który wyglądał na klasę średnią. Niestety, nie mieli nic wolnego. Po chwili zmroziło mnie, gdy usłyszałem, że za 2-osobowy pokój musiałbym zapłacić 235 euro. W tej sytuacji ochoczo pojechaliśmy szukać dalej. Udało się znaleźć przytulny pokój w schronisku za dużo mniejsze pieniądze.

Krajobrazy wokół jeziora Myvatn, leżącego na połączeniu dwóch tektonicznych płyt kontynentalnych, czyli na terenie aktywnym wulkanicznie, są jak z innej planety. Są tu wulkany, pseudokratery, powstałe w wyniku zalania lawą terenów podmokłych i wybuchu ponad lawę doprowadzonej do wrzenia wody, pola zastygłej lawy, jeziorka w wygasłych wulkanach. Koniecznie trzeba zobaczyć pole Hverarond, wyglądające niemal jak z powierzchni Marsa, pełne dymiących kopców i bulgoczących, ziejących oparami siarki błotnych oczek.

Warto również wybrać się na wycieczkę drogą 863 w kierunku wygasłego wulkanu Krafla, aby zobaczyć ogromne pole zastygłej lawy oraz kratery wulkanów, w których powstały jeziorka kontrastujące szmaragdowozielonym kolorem wody z szarobrunatnym otoczeniem. Szczególnie piękny jest częściowo wypełniony wodą krater Viti (Piekło).

Po trudach zwiedzania odpoczywaliśmy w geotermicznej lagunie Jardbodin, z przepięknie błękitną i uroczo gorącą wodą w cudownej wulkanicznej scenerii. Jedyną rysą na krajobrazie wokół jeziora Myvatn są chmary natrętnych małych muszek, które zresztą dały jezioru nazwę.

Odpoczynek nie trwał długo, bo czekała nas długa podróż w kierunku północno-zachodnim, pełnym wspaniałych fiordów, plaż i krajobrazów. Wyjeżdżając z rejonu Myvatn, warto zatrzymać się przy niezwykłym kaskadowym wodospadzie Godafoss (Wodospad Bogów), który wziął nazwę z tego, że po przyjęciu chrztu przez Islandię chrześcijanie utopili tu posągi pogańskich bogów.

Lulla stawia na nogi
Po dwóch dniach podróży w niekorzystnej, delikatnie mówiąc, pogodzie i wyjątkowo niskich temperaturach (co w odległości kilkudziesięciu kilometrów od koła podbiegunowego nas nie dziwiło) dotarliśmy do zacisznego portu Bildudalur. Miejscowa ludność słynie z rybołówstwa, hodowli owiec oraz z własnego piwa. Po kilku butelkach piwa odznaczonego na ubiegłorocznym lokalnym festiwalu browarniczym Lulla nagle poczuliśmy, że zmęczenie nas opuściło. Browar był doskonały!

Plan na kolejny dzień to dotrzeć do ogromnych piaszczystych plaż Breidavik oraz do Latrabjarg, wysokich klifów najdalej wysuniętego na zachód zakątka Europy. Udało się, mimo że nie brakowało zmagań z błotnisto-szutrowymi drogami, zacinającym deszczem i wyjątkowo podstępnym, silnym bocznym wiatrem, który powodował, że zakręty w prawo pokonywaliśmy w pochyleniu w lewo. Następnie ruszyliśmy  w kierunku na Reykjavik.

Przez miasto przejechaliśmy szybko i pognaliśmy ogrzać się w ciepłych wodach Błękitnej Laguny. To jeziorko – położone wśród rozległych pól lawy pokrytej charakterystycznymi porostami – zasila podgrzana na głębokości 2000 m woda morska. Po uzdrawiającej kąpieli i po okładach z gorącego błota byliśmy gotowi ruszyć na wschód w kierunku tzw. złotego kręgu. Pogoda zaczęła nam sprzyjać: pokazało się słońce.

Stokkur pluje wodą
Złoty krąg to miejsce magiczne, w którym koniecznie trzeba zobaczyć dolinę Pingvelir, powstałą na styku dwóch płyt kontynentalnych. Jest to miejscówka ważna dla historii Islandii: od 930 roku odbywały się tu zgromadzenia wolnych obywateli Islandii, którzy stanowili prawo. Następnie udaliśmy się do miejscowości Geysir, gdzie rozbiliśmy namiot w pobliżu pola gejzerów. Nawet mimo że gejzer o nazwie Geysir nie wybucha cyklicznie od lat 60. ubiegłego stulecia, a jedynie zdarza mu się wyrzucać słup gorącej wody w trakcie trzęsień ziemi. Dzielnie zastępuje go Stokkur, który wybucha co około 10 minut. Pełno tu bulgoczących źródeł i strumyków płynących wrzątkiem.

Nazajutrz pojechaliśmy na wschód, do wodospadów. Jest ich mnóstwo, ale nie wolno ominąć oszałamiających potęgą i pięknem Gulfossa oraz Skogafossa. Jadąc dalej na wschód, zatrzymaliśmy się, żeby coś zjeść i przesmarować łańcuch, a tu niespodzianka – Aprilia na polskich blachach. Ludzi w Islandii jest mało, a motocyklistów jak na lekarstwo. Dlatego spotkanie Karola, który wybrał się tu na samotną wyprawę z Irlandii, gdzie mieszka i pracuje, bardzo nas ucieszyło. Dalej ruszyliśmy we trójkę. Kolejną atrakcją krajobrazową było skaliste wybrzeże Dyrholaey, pełne kamienistych wysepek, skalnych bram i łuków.

Ostatniego dnia wyprawy trafiliśmy w kolejne zachwycające miejsce: wodospad Sfartifoss, który spada ze ściany geometrycznie regularnych, bazaltowych słupów. Następnie ruszyliśmy w kierunku największego islandzkiego lodowca w Parku Narodowym Skaftafell. Wygląda imponująco. Jednak największe wrażenie zrobiły na nas spływające rzeką odłamane kawały lodowca oraz jeziorko pełne pływających brył lodu. Zamoczyliśmy tu zmęczone nogi, po czym ruszyliśmy w kierunku wschodnich fiordów. Mijaliśmy je wieczorem, gdy słońce było już dość nisko, co dało rewelacyjne ciepłopomarańczowe światło. Późnym wieczorem dotarliśmy do miasteczka Egilsstadir, z którego następnego rana śmignęliśmy do portu Seydisfjordur, a tam wsiedliśmy na prom.

Gleba na kamykach
Najbardziej zbędnymi rzeczami, jakie zabraliśmy, były latarka i krem do opalania. Natomiast dobry kombinezon przeciwdeszczowy, buty i rękawice to podstawa.

Nie wszystkie odcinki głównej drogi Islandii to asfalty, a boczne są bardzo różne. Trzeba bardzo uważać na nagłe zmiany nawierzchni. Asfalt naprawia się tam w taki sposób, że ubytki są wypełniane masą z kamyczkami, które z czasem ubijają się pod ciężarem pojazdów. Zanim to nastąpi, podłoże jest mocno niestabilne dla motocyklistów. Chociaż bardzo uważaliśmy, zaliczyliśmy na tych kamyczkach glebę.

Co warto wiedzieć?
Transport. Do Islandii kursuje tylko jedna firma promowa – Smyril Line. Bilety trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Paliwo kosztuje ok. 6,50 zł za litr.
Jedzenie. Najtaniej jest na stacjach paliw. Hamburgery z frytkami i napojem kosztują ok. 35 zł, duża pizza – ok. 70 zł, obiad dla dwóch osób w restauracji – minimum 300 zł.
Pogoda. Bardzo kapryśna. Należy być gotowym na zimno i mokro.
Noclegi. Na polu namiotowym: 30-40 zł za osobę, za 2 osoby w schronisku z własnym śpiworem: ponad 300 zł, pokój w hotelu: ok. 1000 zł za dobę.

Kilka przydatnych informacji i ostrzeżeń
Ceny na Islandii są wysokie!
Uwaga na owce: nigdy nie wiadomo, w którą stronę zaczną uciekać. Mandaty za prędkość są horrendalnie wysokie, a kontrole dość częste. q Kradzieże raczej się nie zdarzają. Można zostawić motocykl z nawigacją, kaskiem, bagażami i pójść zwiedzać. Pod koniec zapominaliśmy nawet zabierać kluczyka ze stacyjki.
Najpotrzebniejsze części do sprzęta lepiej mieć ze sobą. Nie zauważyliśmy sklepów ani serwisów motocyklowych. 

Tekst i zdjęcia Marcin Szulwiński

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij