Motocykl poleca:

Jacek Czachor i Marek Dąbrowski

Poleć ten artykuł:

„Orlenowi bracia” – tak nazwał ich legendarny Alfie Cox. Dwie tak różne postacie i jednocześnie świetnie dobrany team, czyli pustynni maratończycy – Jacek Czachor i Marek Dąbrowski.
Zobacz całą galerię

Na rajdach długodystansowych i różnych treningach rocznie przejeżdżają prawie 30 000 km i przelatują samolotami 50 000 km, w domu nie ma ich ponad 150 dni. Wicemistrzowie świata Jacek Czachor i Marek Dąbrowski to wspaniale dobrany i uzupełniający się team.

Jacek – spokojny, opanowany, zdecydowany. Niepodobna wymyślić sytuacji, w której nie dałby sobie rady. Ale gdy w gronie znajomych zaczyna opowiadać o swoich przygodach, zmienia się nie do poznania. Rzecz jasna, należy znać charakterystyczny slang, którym się Jacek wtedy posługuje. Jego dwa powiedzonka – „jest świetnie” (co oznacza, iż wszystko było pod kontrolą) i „pełna panika” (to znaczy, że przez chwilę powiało grozą) – przeszły już do historii. O sobie twierdzi: „Wiesz, ja jestem zawodnikiem średniej klasy” albo „Ja tam jak zwykle jechałem sobie w swoim tempie”. Ale to zupełna bzdura – „zawodnik średniej klasy” nie zdobywa tytułu wicemistrza świata. Coś takiego jak pobłądzenie, zgubienie drogi, poważniejsze uszkodzenie motocykla na trasie to u niego sytuacja wyjątkowa. On jedzie tyle, ile potrzeba – nie za szybko i nie za wolno. I o to właśnie chodzi w rajdach–maratonach.




Jacek uważa Marka za jeźdźca ze ścisłego topu. Opowiedział mi następującą historię. Na rajdzie w Argentynie trasa prowadziła miejscami po gruntowych drogach, gdzie z jednej strony było strome zbocze, a z drugiej przepaść. Jacek spostrzegł ślady jadącego przed nim Marka, świadczące, że doginał pełnymi obukołowymi ślizgami. To nic dziwnego, ale ślady świadczyły o całkowitym wykorzystywaniu szerokości drogi. Od zbocza do kilku centymetrów przed przepaścią... Pytany przezeń Marek wzruszył ramionami i stwierdził: „Wszystko było pod pełną kontrolą. Miałem jeszcze zapas”.

Jacek zaczynał sport w „bohaterskim” okresie – w 1983 roku. Łatwo było wtedy w motocyklach zacząć, ale dojść do wyniku światowego – prawie niemożliwe. Gdy zaczęły się przemiany i podupadły kluby zapewniające sprzęt i fundusze, wielu dobrych zawodników nie mogło połapać się w tym wszystkim. Jacek jest jednym z tych niewielu, którzy zrozumieli, że bez sponsoringu sportowiec nie będzie się rozwijać. Szukał i znalazł. Zaczął startować w Rajdzie Dakar i innych maratonach.

Marek – energiczny, pewny siebie, bezkonfliktowy. Jest sportowym wychowankiem Jacka, który stanowi dla niego autorytet absolutny. „To Jacek zawsze był lepszym zawodnikiem – twierdzi – ja dopiero jakoś tak ostatnio wyskoczyłem w górę”. I to też nie do końca jest prawda. Wszak Marek rozpoczynał przygodę ze sportem w 1989 roku – jako 18-latek. Od razu wypchnięty przez opiekuna na szerokie wody – na pierwszy motocross w życiu – nie wiedział nawet, co to jest crossowa startmaszyna i kiedy należy ruszyć do biegu... Ale już po czterech latach – w 1993 roku – Marek zdobył tytuł drużynowego mistrza świata w Sześciodniówce FIM. Szybko poszło.



Początków nie miał łatwych. Kończyły się właśnie lata dotacji i stosunkowo dostępnego, ale lichego sprzętu. Zdążył jeszcze przetrenować różne CZ-ty i Jawy. Gdy z drużyną zdobywał mistrzowski tytuł, był to jednocześnie ostatni tej miary sukces polskiego Enduro. Teraz rozpoczynała się równia pochyła, która trwa do dziś. Kiedy przed Jackiem otworzyła się możliwość stworzenia teamu w Orlenie, jego wybór od razu padł na wychowanka. Jacek twierdził: „Marek będzie jechał tak jak mu powiem. Powiem, żeby wygrał – wygra”. I wychowanek teraz jest w największej formie, która u zawodnika tej miary trwa nawet kilka lat.

„Na jednym z afrykańskich rajdów w nocy miałem sen – opowiadał mi kiedyś Marek. – Jechałem przed wszystkimi, przed całą tą fabryczną zgrają. Rano pomyślałem sobie – o czym ty chłopie marzysz? I wyobraź sobie już w następnym etapie to się spełniło!” Gdyby wreszcie kiedyś dosiadł motocykla fabrycznego, najprawdopodobniej Dakar padłby jego łupem.

Cały ten sport nie zamieszał w ich życiu osobistym. Jacek ma wspaniałą żonę Martę, 4-letniego synka Kubę i 9-miesięczną córeczkę Helenkę, Marek zaś wyrozumiałą narzeczoną Karinę i 3,5-letniego synka Konrada.

Gdy pewnego razu nasi maratończycy zastanawiali się nad trasą jednego z rajdów afrykańskich, ich rozmowa przebiegała mniej więcej tak: „Pamiętasz, to będzie gdzieś tam, jak te wielkie kamienie z lewej, a po prawej masz takie duże wydmy”. „Aha, już pamiętam, potem jest taka droga z głębokimi dziurami”. Całkiem jakby omawiali ścieżki w przydomowym ogródku...

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij