Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Jedwabny Szlak 2011

Jedwabiu nie było, ale było zajedwabiście! Jazda motocyklem po pustyniach, górach i miastach Wielkiego Jedwabnego Szlaku to marzenie niejednego. Zacisnęliśmy więc zęby i zrobiliśmy wszystko, by udało się je spełnić.

Czasem podczas zwykłej biesiady piwnej może wpaść do łba pomysł, który tak mocno się człowieka uczepi, że na drugi dzień (i w kolejnych dniach) wydaje się godny realizacji. Tak było i tym razem. Dysputa zaczęła się od motocykli, a skończyła na podchmielonym pomyśle podróży motocyklowej. 8 miesięcy później ruszamy z placu Solnego we Wrocku. Jedzie nas czwórka: PGR, Wawel, Pipcyk i Zet na, odpowiednio, LC4 Adventure 640, dwu TTR-kach 600 oraz beemce F 650. Sprzęty ani nowe, ani drogie. Mają za zadanie obwieźć ekipę po trasie mającej, jak się później okazało, ponad 18 tys. km.

Takich dwóch jak tych czterech nie ma ani jednego! Każdy ma swój świat,jednak łączą ich motocykle i podróże.

30 godzin w porcie
Na drugi dzień, gdy opuszczamy Polskę, leje jak z cebra. Taka aura z krótkimi przerwami towarzyszy nam aż do Morza Kaspijskiego. Pierwsza awaria (regulator napięcia w beemce), dzięki „porządnemu” przygotowaniu maszyn, dopadła nas już na Słowacji. Uznaliśmy, że bezpieczniej będzie przyjąć to za dobrą wróżbę: co naprawisz teraz, nie będzie się psuło później! Jednak nic bardziej mylnego… W Turcji rozsypuje się silnik jednej z TTR-ek. Powód? Klin na wałku wyrównoważającym. Losy wyprawy zawisają na włosku. Z pomocą policjantów na motocyklu (dwóch na jednym) docieramy do mechanika motocyklowego (to wielka rzadkość w tym kraju). Ale to nie koniec szczęścia w nieszczęściu. Wśród zagracających warsztat chińskich skuterów stoi rozebrana XT 660 Z Ténéré. Wałek z jej pieca pasuje do TTR-ki. Czego chcieć więcej? Postój kosztował nas dwa dni.

Lecimy dalej, mocno spinając pośladki. Wiza turkmeńska niebawem się zacznie, a my dopiero w Gruzji. Legendarna gruzińska gościnność kolejny raz się potwierdza. Trudno odmawiać kolejnych stakanów podczas rozmów z tubylcami przy tankowaniu. Niestety, nie możemy zabawić tu dłużej.


Azerbejdżan. Kurs walut ten sam we wszystkich kantorach. Rejs promem z Baku do Turkmenbaszy, w zależności od pogody, ruchu w porcie lub jego braku itp., może trwać od 1 do nawet 7 dni. W Warszawie wyrobiliśmy wizy turystyczne (ok. 30 USD/ osoba), które z powodu środków transportu i tak były traktowane jako tranzytowe (motocyklistom dają tylko 3-dniową wizę tranzytową). Paliwo ok. 2,5 zł/l.
Turkmenistan. Walutę najlepiej wymieniać w bankach. Obowiązek zadeklarowania trasy już podczas wyrabiania wizy (w Berlinie). Możliwa wyłącznie wiza tranzytowa na maks. 5 dni. Opłaty na granicy w granicach 110 USD od osoby i ok. 6 godzin formalności. Paliwo ok. 0,50 zł/l.
Uzbekistan. Wymiana waluty tylko na ulicy: dużo lepszy kurs niż w banku. Brak opłat podczas przekraczania granicy. Jest za to obowiązek rejestracji co 3 dni w hotelu lub na policji. W deklarację celną trzeba wpisać wszystkie wartościowe rzeczy. Wiza turystyczna w Warszawie. Problemy z dostępnością paliwa. Cena wachy 2-4,50 zł/l.
Tadżykistan. Najlepszy kurs waluty w kantorach. Wiza turystyczna – w Berlinie. Osobne zezwolenie na wjazd do GBAO. Na granicy opłaty ok. 10 USD. Najdroższe paliwo na trasie: w górach nawet 6 zł/l.
Kirgistan. Zero opłat na granicy. Paliwo ok. 3 zł/l. Wiza turystyczna – w Berlinie lub Mińsku.
Kazachstan. Warto zarejestrować się na policji. Paliwo ok. 2 zł/l. Zero opłat na granicach. Wjeżdża się tu na teren unii celnej z Rosją. Wymagana przez Rosjan deklaracja celna przy wyjeździe.
Waluta, którą można wymienić w każdym z tych krajów, to dolar USA. Trzeba mieć nowe, niezniszczone banknoty.  

Azerbejdżan wita nas oschle. Za to kawałek za przejściem jemy pysznego baraniego szaszłyka. Postanawiamy wypić do tego bardzo mocną kawę i gnać przez całą noc do Baku. Nie chcemy spóźnić się na prom. Bez przerwy leje, a tiry świecą wszystkim, co mają, prosto w gały. O świcie, wykończeni, docieramy do stolicy. Wieje nadmorski huragan i trudno utrzymać maszynę na pasie. Przynajmniej przestaje padać. Prom odpłynął dwie godziny temu. Następny? „Jak przypłynie, to będzie” – więcej nie jesteśmy w stanie się dowiedzieć. Nikt nic nie wie. Czekamy w porcie 30 godzin. Poznajemy ukraińskich tirowców i dwóch kolesi (Anglika i Szwajcara), jadących mopedami do Mongolii. Ostra imprezka sama się organizuje.

Piekło na ziemi
Na brzeg w Turkmenistanie zjeżdżamy po kolejnych 30 godzinach. Z 5-dniowej wizy zostają nam 3 dni na przejechanie 1500 km. A przecież chcemy jeszcze pozwiedzać! Jest upalnie. Piekło na ziemi to nie przesada. Termometr pokazuje 53 stopnie w cieniu. Woda jest tu droższa od benzyny. Nie dziwi nas to choćby ze względu na to, że pić się chce cały czas. Wszędzie, gdzie się pojawimy, wzbudzamy spore poruszenie. Turyści w tym kraju nie są czymś zwyczajnym. Zwłaszcza ci na motocyklach.

Dojeżdżamy do stolicy – Aszchabadu. Miasto jest owiane wieloma tajemniczymi opowieściami. Głównie za sprawą byłego dyktatora – Saparmyrata Nyýazowa, prezydenta, premiera i szefa parlamentu w jednej osobie. Postanawiamy chociaż częściowo sprawdzić, o co w tym mieście kaman. To prawdziwa oaza pośrodku rozgrzanej jak piec pustyni. Pełno tu fontann i innych wodotrysków, parków i pomników. Te ostatnie zgodnie przedstawiają tę samą osobę – opętanego chorą manią wielkości władcę. Oprócz tego marmurowe gmachy teatrów i uniwersytetów, szpitale, muzea... – wszystko nosi jego imię.



Na Jedwabnym Szlaku nie brak miast i grodów warownych. Wiele z nich nadal dumnie pręży mury i budowle obronne.
Udało się! Dotarliśmy! Pamir stoi przed nami otworem! Dla tych widoków i przestrzeniwarto było jechać przez pół świata.

Lecimy dalej. Tym razem na północ, by zajrzeć diabłu za próg. Obok osady Derweze udaje nam się znaleźć Wrota do Piekieł. Tak miejscowi nazywają krater, który powstał 40 lat temu podczas prac badawczych (duże zdjęcie na dole str. 134-135). Złoże podpalono, bo miało wypalić się w tydzień. Pali się nieprzerwanie do dziś. W tym miejscu mój licznik dziennego przebiegu wskazał 666 km. Przypadek? Może, ale na wszelki wypadek polaliśmy jednego dla Lucka.

Motocyklowe zabawy na plażach Morza Czarnego w połączeniu z kopnym piachem pustyni Kara-Kum szybko odbijają się na łożyskach: LC4 traci jedno przy tylnym kole. Za pomocą młotka i smaru wymieszanego z wszechobecnym piaskiem robimy prowizoryczny serwis i gnamy do granicy. Kończy nam się wiza. Do Uzbekistanu wjeżdżamy na godzinę przed zamknięciem przejścia. Jak się później okazuje, lądujemy w Autonomicznej Republice Karakałpackiej. Ludzie są tu bardzo gościnni, dlatego przerwa na obiad przeradza się w dwudniowy postój. W tym czasie, z pomocą tubylców, dokonujemy wszystkich niezbędnych napraw w każdej z maszyn.



Zapach Orientu

Od tej pory jesteśmy na terenach, gdzie pachnie Orientem. Miasta takie jak Chiva, Buchara czy Samarkanda to prawdziwe perełki pod względem kulturowym i architektonicznym. Drogi i pustynne trakty nie pozwalają na utratę koncentracji. Podczas przejazdu przez jeden z posterunków drogowych w TTR-ce Pipcyka szlag trafi a kickstarter. Przy odpalaniu rozlatuje się ogranicznik kopki i ta wybija dziurę w deklu sprzęgła. Sytuację ratuje „Magnum- -Stal”, ale odpalanie może od teraz odbywać się jedynie na pych.

 
W Samarkandzie – jednym z najstarszych  ośrodków cywilizacji – trafiliśmy na  międzynarodowy festiwal muzyczny.
„Po haczyku, dla zdrowotności”: na wysokościach powyżej 4500 m n.p.m. trzeba dużo pić.

Musimy lecieć, bo kolejna wiza upomina się o opuszczenie terenu, na którym obowiązuje. Na przejście z Tadżykistanem wpadamy dosłownie 5 minut przed zamknięciem. Dzięki temu formalności załatwiamy bardzo sprawnie. Po tadżyckiej stronie luz-blues. Celnicy siedzą przy stole na zewnątrz i raczą się lokalnymi przysmakami. Zapraszają do siebie. Tak poznajemy Sorbona – celnika z zacięciem artysty. Mieszka pod Duszanbe, do którego to miasta właśnie zmierzamy. Wymieniamy się numerami telefonów i lecimy szukać noclegu. W Duszanbe jesteśmy już po zmroku i po niemałych poszukiwaniach wbijamy się do „turbazy” (bazy turystycznej).

Tu robimy przeglądy. KTM potrzebuje wymiany dźwigienek zaworowych. Tym razem oszczędności przed wyjazdem nie popłaciły. Mamy jednak swoich ludzi i nawet z tym sobie poradzimy. Już po tygodniu przylatuje Moorzyn z ekipą – znajomi z Polski, którzy wybierają się na trekking w Pamir. Przywożą nam niezbędne części i polską wódkę. Znów wracamy do gry! Przy okazji prowizorycznie remontujemy szwankujący rozrusznik w beemce.



 Kazachskie wielbłądy noszą tablice rejestracyjnei naszyjniki. Gościnność Pamirców przechodzi wszelkie
wyobrażenia. Oni po prostu tak mają.

Pamirski hajłej
Opuszczamy niezbyt ciekawe Duszanbe. Pierwsza noc w górach Pamir, celu naszej wyprawy, była jedyną, którą spędziliśmy w namiocie. Później ludzie nie pozwalali na to. Codziennie lądowaliśmy w czyimś domu lub jurcie. Mimo biedy, był to najbardziej gościnny kraj na całej trasie. Jedzenie proste, bezmięsne, ale bardzo smaczne i pożywne. Herbata mocna jak koniak.

M41 – główna droga przez Pamir, zwana Pamir Highway – to niezła przeprawa off-roadowa. W wyższych partiach nie ma mowy o asfalcie, a i tam, gdzie jest, trzeba bardzo uważać. Nam jednak nie wystarcza jazda po hajłeju. Za miasteczkiem Ruszan skręcamy w lewo. Od tej pory dróżka wiedzie stromym zboczem. Po jednej stronie góry, po drugiej przepaść z rzeką Bartang. Robi się wąsko, a zakręty często wcinają się pod skały. W pamirskich przepaściach wraki samochodów nie należą do rzadkości.

100 km wertepów odciska piętno na maszynach. W końcu stelaż w beemce mówi dość. Trzeba część gratów zostawić i powiązać żelastwo do kupy. Pipcyk zalicza rów melioracyjny, a mnie, na obsuniętym piargu, przygniata maszyna. Pomaga mi ją podnieść ktoś, kto pojawia się znikąd i zaraz znika. Podobno to duch gór pamirskich.

Przez te przygody do dzisiejszego celu – wsi Bardara – docieramy po zmroku. Ostatni odcinek, najbardziej wymagający, jedziemy po ciemku. Słychać tylko warkot silnika, strzelające spod kół kamienie i wartki nurt rzeki gdzieś na dnie przepaści. Po pokonaniu tego odcinka jesteśmy mocno spoceni. Sprzęgła na stromych podjazdach o luźnej nawierzchni z pewnością się poprzypalały.

Wręczona nam przez kogoś kartka z namiarami na jednego z lokalesów staje się nieprzydatna już po spotkaniu pierwszych mieszkańców. Cała Europa i reszta „cywilizowanego” świata powinna uczyć się gościnności od tych ludzi. Nazajutrz, odkarmieni i wypoczęci, podziwiamy cudowne widoki i uroki prostego życia w tej samowystarczalnej, liczącej około 500 mieszkańców osadzie. Tutejsze życie, opierające się na darach natury, robi na nas ogromne wrażenie.

Zostawiamy gospodarzom podarki i wracamy. Po dotarciu na M41 zmierzamy w stronę Chorogu – stolicy GBAO (Gorno-Badachszanskaja Awtonomnaja Obłast’ – Autonomiczny Okręg Górnego Badachszanu). Tu spotykamy ekipę polskich piechurów. Właśnie zeszli z gór i wracają do Polski. Spora ich część jest z Wrocławia. Wieczorem wynika taka impreza, że ktoś ze złości przewraca nam motocykle. KTM traci drugie lusterko (pierwsze odpadło w górach od wibracji).

Górska kąpiel
Nazajutrz, uciekając przed deszczem, zjeżdżamy z M41 i uderzamy na południe, by pomoczyć się w gorących źródłach Garm- Chaszma. Iście królewski relaks. W strugach deszczu docieramy do Korytarza Wachańskiego. Tu nocujemy w jednej z wiosek i rozkoszujemy się bajkowymi pejzażami. Przez przełęcz Chargusz Pass (4344 m n.p.m.) docieramy do wioski Bulunkul.



 Tuż po kąpieli w rzece, nocleg w tej jurcieuratował nam skóry. Za litr benzyny tadżycki wartownik dał pobawić się swoimkałachem.

Dalej, przez góry, uderzamy do Alichur. Kilka kilometrów za przełęczą Neizatasz skręcamy na południe. Od teraz drogą są przecinające się ślady terenówek, którymi myśliwi zapuszczają się w ostępy. W terenie poruszamy się dzięki sprzęgnięciu GPS-a, mapy i kompasu. Mimo to gubimy się, bo drogi biegną zależnie pory roku.

Tuż przed zmrokiem docieramy do kilku jurt górskich pasterzy. W tym miejscu przeprawiamy się przez rzekę. Tubylcy pokazują, w którym miejscu jest bród. Nic jednak nie mówią, że dzień wcześniej w górach porządnie lało. Moja TTR-ka i beemka Zeta dają nura pod wodę.

Zaraz po zachodzie słońca robi się zimno, a w nocy temperatura spada do -10O. My na szczęście mamy jurtę ogrzewaną wysuszonym łajnem. TTR-ka zaciąga wodę. Rozkręcamy ją w półmroku i biegamy z gratem dookoła jurty, by przedmuchać garnek. Po jednym okrążeniu motocykl leży pod jurtą, a my na kamieniach umieramy z braku tlenu.

Następnego dnia docieramy na dziką przełęcz, gdzie na wysokości ponad 4500 m n.p.m. konsumujemy niedzielny obiad. Szybka zupka zagryzana lepioszką i kozim serem, które dostaliśmy od pasterzy, smakuje prawie jak domowy rosół.

Docieramy do pogranicza chińsko-afgańskiego. Dalej na wschód i południe już się nie da. Teren przygraniczny jest strzeżony, mimo że rozległe pustkowia sprawiają, iż granice są tutaj mocno umowne. Paliwo uzupełniamy po powrocie na szlak w jednej z wiosek. Kierowca ciężarówki zlewa nam po kilka litrów ze służbowego Kraza. Dalej kierujemy się na północ. Mocno osłabione motocykle ledwie wdrapują się na najwyższą na naszej trasie przełęcz Ak-Baital (Białej Klaczy). Tablica mówi, że jesteśmy na 4655 m n.p.m. PGR podchodzi 50 metrów wyżej, robi zdjęcia i wraca ledwo żywy. Na tych wysokościach trudno o każdy łyk tlenu.

to nam się sprawdziło
Rowerowe sakwy Crosso Expert Big, po prostym zabiegu wzmocnienia mocowań, idealnie nadają się do przewożenia nawet ciężkiego bagażu. Są wytrzymałe, wodoodporne i zmieszczą sporo gratów.Wejdź na www.crosso.pl.
Przetestowaliśmy  również nakładkę z koralikami na kanapę. To proste rozwiązanie daje radę. Pomaga walczyć z odparzeniami, masuje i pozwala spływać  gromadzącej się wodzie. Do wykonania u znajomego
szewca lub tapicera
Podczas takiej eskapady konieczna jest  porządna i  wykonana z odpowiednich  materiałów bielizna.
Bokserki, koszulki  termoaktywne i skarpety od  Brubecka dają radę: są wytrzymałe i szybko schną. Takich atutów nie sposób przecenić. Sprawdziły się w 100%
(www.brubeck.pl).
Timex Expedition WS4 to zegarek, który umie o wiele więcej:pokaże wysokość, ciśnienie, temperaturę
i przepowie pogodę na następne 5 godzin.  Oprócz tego ma  wbudowany
kompas z deklinacją i całą masę innych  funkcji. Przy  odpowiedniej kalibracji okazuje się naprawdę dokładny. Więcej: www.timex.pl .

     

Pamir zdobyty!
Zaczynamy powrót do Polski. Kirgistan okazuje się kolejnym wysokogórskim krajem. Średnia wysokość to 2750 m n.p.m. Góry bardziej zielone niż Pamir, a zbocza miejscami wyglądają jak namalowane. Jadąc na skróty szutrami, docieramy do przepięknego jeziora Issyk-Kul. Stamtąd do Kazachstanu i Ałmaty, byłej stolicy, gdzie mamy 10 dni odpoczynku u Walerego – kumpla, który studiował razem z Zetem we Wrocku. Imprezujemy, mieszkamy w daczy w górach nad miastem, remontujemy maszyny i zahaczamy o Czaryń – drugi co do wielkości kanion na świecie.

Teraz kierujemy się już prosto w stronę Polski. Kilka tysięcy kilometrów przez stepy po kiepskich drogach, gdzie często musimy poruszać się po tzw. piaskowym asfalcie, daje się wszystkim we znaki. Po drodze rozsypują się łożyska w TTR-kach i beemce. W tej ostatniej o tyle pechowo, że niszczy łańcuch napędowy. Trzeba wymienić na nowy. Tylko skąd tu wziąć zamiennik? Na szczęście pasuje od radzieckiego Iża. Szkoda tylko, że jest jak z gumy i co chwilę pęka. Zapinki schodzą jak woda. Tak samo przednia zębatka.

Skok przez Rosję prawie cały w deszczu i chłodzie. Na Ukrainie czujemy się już jak w domu. Oby tylko Zet dociągnął do Polski. Na szczęście się udało i w Andrychowie na pokład sprzęta Zeta wraca zmieniony przed wyjazdem zestaw napędowy. Udało się! Dojeżdżamy na kołach i o własnych siłach do Wrocławia. Było jedwabiście!

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Jedwabiu nie było, ale było zajedwabiście! Jazda motocyklem po pustyniach, górach i miastach Wielkiego Jedwabnego Szlaku to marzenie niejednego. Zacisnęliśmy więc zęby i zrobiliśmy wszystko, by udało się je spełnić.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:19:00