Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Kaukaz południowy: Dwa kółka i spółka

Ekipa: pięciu facetów w średnim wieku i ja: dwukrotnie od nich młodsza. Miało być lekko i przyjemnie, z domieszką przygód. Były góry, przełęcze i wąwozy, słońce i deszcz, upał i zimno, brak dróg, błoto, łzy, słabość i radość….

Armenia to przede wszystkim zabytki, ale także popadające w ruinęzakłady przemysłowe, pustostany i rozpadające się blokowiska oraz wszechobecne sterczące rury i kawały blachy.

Część z facetów, w których towarzystwie męczyłam moją beemkę F 800 GS, poznałam dopiero podczas przedwyjazdowego piwa, pozostałych nie znałam aż do samego wyjazdu.

Przelot przez Gruzję (z Batumi do Vardzii) był mocnym uderzeniem. Po pierwsze za sprawą sposobu jazdy Gruzinów, po drugie ze względu na góry. Krótki asfaltowy odcinek zaraz po wyjeździe z Batu mi nauczył nas, że nie ma reguł, że samochody wyprzedzają na trzeciego albo, jeśli jest miejsce, z prawej, że za zakrętem może być wszystko: pies, człowiek, krowa, bus, którego pasażerka właśnie wymiotuje na poboczu, ktoś na koniu... Koniec asfaltu oznaczał początek jeszcze większej zabawy: błoto, kamienie, strumyki, urwiska, koleiny – wszystko to na górskiej drodze z mnóstwem zakrętów. Do tego mgła tak gęsta, że przechodząca w mżawkę. Dotarcie do Vardzii (niecałe 200 km) trwało cały dzień!

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wjeździe do Armenii, to ogromne przestrzenie i całkowity brak drzew. Znalezienie kawałka cienia graniczyło z cudem. Drugie – nawierzchnie pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Szczególnie w miastach były jak ser szwajcarski.

Państwo muzeum

Armenia to przede wszystkim zabytki – monastery, świątynie, twierdze... Jest ich tyle i są tak stare, że tych z XII wieku oraz nieco nowszych często nie ma na mapach, bo to prawie „sztuka nowoczesna”. Krajobrazy zapierały dech w piersiach – piękne doliny i wąwozy z niesamowitymi formacjami skalnymi. Mieliśmy małą przygodę z dojazdem do Garni: GPS wyznaczył trasę, ale spotkany po drodze kierowca powiedział, że droga jest zła i polecił inną, „bardzo dobrą”. Okazała się fatalna. Jak więc wyglądała ta zła?

Bodaj jedyną rzeczą, która mi w Armenii doskwierała, były świadectwa minionej epoki – zrujnowane lub popadające w ruinę zakłady przemysłowe, pustostany i rozpadające się blokowiska oraz wszechobecne sterczące rury, kawały blachy itp.

Oddech wojny

Górski Karabach to przede wszystkim piękne krajobrazy – tak jak w Armenii górskie, ale zupełnie odmienne, a także drogi o skrajnie różnej jakości: te bliżej granicy z Armenią znakomite, natomiast w głębi kraju w większości niestety fatalne.

Zwiedziliśmy w tym kraju m.in. monaster Gandzasar, kolejny na naszej trasie położony w miejscu spowitym mgłą i chmurami, co przypominało scenerię z komputerowej gry fantasy. W wiosce u podnóża wzgórza zatrzymaliśmy się na nocleg w hotelu, którego stylistyka była tak kiczowata, że aż wzbudzała podziw – morskie miasteczko z syrenkami, nimfami i Arką Noego wciśnięte w górski krajobraz.

Postanowiliśmy nieco zaryzykować, napompować się adrenaliną, więc pojechaliśmy w okolice Agdamu – miasta duchów, całkowicie zrujnowanego przez tlący się konflikt zbrojny między Ormianami z Karabachu a Azerbejdżanem. Okoliczne obrócone w kupki gruzu miasteczka, ze śladami ostrzału na stojących jeszcze ścianach budynków, zrobiły na nas przygnębiające wrażenie. Na poboczach dróg i na polach stały wraki pojazdów wojskowych, a znaki drogowe ostrzegały o przejeżdżających czołgach.

Wizyta w tym rejonie skończyła się zatrzymaniem naszej grupy przez policję i postraszeniem wizytą na komisariacie, a także skasowaniu kilkunastu zdjęć „obiektów o strategicznym znaczeniu” z jednego aparatu fotograficznego. Na szczęście, gdy policjanci zorientowali się, że musieliby przejrzeć wszystkie aparaty fotograficzne naszej grupy, zrezygnowali z tego pomysłu i puścili nas wolno.

Gruzja – perełka

Najtrudniejszą, ale i najciekawszą część Kaukazu Południowego zostawiliśmy sobie na sam koniec. Gruzińskie monastery, takie jak te w Alaverdi, Mcchecie czy Gelati, choć piękne, nie zrobiły na nas większego wrażenia po tych, które widzieliśmy w Armenii. Natomiast tego, co zgotowała nam Gruzja pod względem radości z jazdy i krajobrazów, nie można nazwać inaczej niż prawdziwą perełką naszej wyprawy.

Pierwszy poważniejszy kryzys dopadł mnie w Gruzji w drodze (a raczej na bezdrożach) prowadzącej do monasterów Dawid Garedża. Podczas jednego z kamienistych podjazdów wywróciłam się. Wściekłam się na siebie i mój brak umiejętności. Na szczęście dalsza droga była trochę łatwiejsza, a widoki w dużej części odpędziły zły humor. Przynajmniej do czasu przeprawy przez rzekę, której, uczciwie mówiąc, nawet nie spróbowałam sforsować. Dobrze, że kolega z grupy przeprowadził mojego GS-a na drugi brzeg.

Oczywiście nie mogliśmy nie skorzystać z okazji przejazdu Gruzińską Drogą Wojenną, która – oprócz zachwytu nad krajobrazami – dostarczyła nam wrażeń związanych z utrudnieniami remontowymi i z zabawą z lokalnymi kierowcami. Ale i tym razem piękno naprawdę wysokich szczytów Kaukazu było warte całego wysiłku.

Dodatkową atrakcją był podjazd pod klasztor Cminda Sameba: najpierw kamienistą, wąską dróżką przez wieś, później przez serpentyny z głębokimi szczelinami wzdłuż drogi, błotnisty odcinek prowadzący przez las, a na koniec przez wspaniałą wyżynę z uroczym kościółkiem i wspaniałym spektaklem chmur.

120 km podjazdu

Zdecydowanie najtrudniejszym, ale i najpiękniejszym momentem tego wyjazdu był przejazd z okolic Kutaisi przez Uszguli do Mestii – 120 km terenowego podjazdu po drodze trudnej do wypatrzenia na mapie, którą chodzą osły i jeżdżą nieliczne terenówki oraz garstka zapalonych motocyklistów, bo większość wybiera asfaltowy podjazd od zachodniej strony. Było po deszczu, więc gliniasta droga często zamieniała się w rozległe kałuże i błotne koleiny. Na przełęczy (ponad 2600 m n.p.m.) temperatura spadła do +6O. Widoki były za to nieziemskie.

Dojechaliśmy do Uszguli – miejscowości z charakterystycznymi średniowiecznymi wieżami kamiennymi. Dalsza droga, wbrew zapowiedziom mieszkańców wioski, nie była o wiele łatwiejsza, choć równie malownicza. Po ośmiu godzinach dojechaliśmy do Mestii: zmęczeni, brudni, ale od ucha do ucha uśmiechnięci.

Gdy jechaliśmy z Mestii w kierunku Batumi, mieliśmy fajną przygodę z policją. Patrol postanowił, że nam pomoże, kawałek nas pilotując. Jeszcze nigdy w tak krótkim czasie nie złamałam tylu przepisów: wyprzedzanie w miejscu niedozwolonym, przekroczenie prędkości i co tam jeszcze. A wszystko na wyraźne polecenie policji „Follow us”.

Przygodę zakończyliśmy w Bułgarii jednym dniem odpoczynku nad Morzem Czarnym. Przez niemal trzy tygodnie przejechaliśmy ponad 6500 km, odwiedzając cztery kraje – Bułgarię, Turcję, Gruzję i Armenię – oraz jedną samozwańczą republikę: wydzielony z Azerbejdżanu Górski Karabach. Co ważne, wiedziałam, że zawsze mogę liczyć na grupę. I wreszcie wiem, o czym gadają faceci przy piwie!

My zawróciliśmy...

Podczas tego mojego (na razie) wyjazdu życia było wszystko: piękne krajobrazy, każdy rodzaj nawierzchni i terenu, różne warunki pogodowe. Były radość i złość, śmiech i łzy. Spuchłam z dumy, gdy od pewnego bikera usłyszałam: „Szacun za przejazd do Uszguli. My zawróciliśmy…”.  

 

przyjazny południowy Kaukaz

Armenia przy granicy z Górskim Karabachem.

Gruzja, Armenia i Górski Karabach to kraje przyjazne dla podróżnych, zwłaszcza dla nas, Polaków. Najczęściej porozumiewaliśmy się po rosyjsku. Angielski – mało przydatny.

Z noclegami nie mieliśmy problemów, choć tu i ówdzie nie mieliśmy wyboru. Relacja jakości do ceny – całkowicie dowolna. Mniej więcej tyle samo kosztowały noclegi w willi z basenem oraz pełnym wyżywieniem, w zrujnowanym hotelu grożącym zawaleniem i w upadłym sanatorium.

Tamtejsze warzywa i owoce, jak również dania z tamtejszych wybieganych zwierząt to niebo w gębie. Dla mnie absolutnym hitem były szaszłyki, pomidory i sery. W Gruzji koniecznie należy spróbować win (czerwonego, nawet czarnego), a w Armenii – koniaku.

Ceny paliwa: około 1 euro/litr. Paliwo jest dobrej jakości, a sieć stacji bezynowych pozwala swobodnie podróżować – niewielkie zapasy w kanistrach nie przydały się.

Standard dróg pozostawia wiele do życzenia, więc warto jeździć ostrożnie. Nawet jeśli wytyczysz trasę tak, żeby omijała drogi gruntowe, i tak około połowy dystansu przejedziesz poza asfaltem.   

 

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Ekipa: pięciu facetów w średnim wieku i ja: dwukrotnie od nich młodsza. Miało być lekko i przyjemnie, z domieszką przygód. Były góry, przełęcze i wąwozy, słońce i deszcz, upał i zimno, brak dróg, błoto, łzy, słabość i radość….
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2014-10-06 14:40:49
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij