Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Lepsza jurta niż nocleg w hotelu

„Azja Centralna? Nie boicie się? A gdzie to w ogóle jest?”. Wyciągaliśmy mapę i pokazywaliśmy. Przekonywaliśmy też, że w Rosji i Kazachstanie na pewno nic nam się nie stanie. Mimo to znajomi pukali się w czoło. Decyzja jednak zapadła. Jedziemy!

Dlaczego Kirgistan i Tadżykistan? Bo to piękne kraje, bo mają siedmiotysięczne góry i turkusowe jeziora, kręte asfalty, szerokie szutry i ścieżki dla osłów... Bo inna jest kultura, inni ludzie, zwyczaje i jedzenie. Wystarczy?

Kirgistan i Tadżykistan przejechaliśmy w 10 motocykli – od dużych, takich jak BMW R 1200 GS, do starych sprzętów jak mój XT 600 czy XT 600 Ténéré „Kowala”. Trasę Polska – Kirgistan ja i „Kowal” pokonaliśmy samochodem z przyczepą, na której były motocykle, reszta samolotem przyleciała do Biszkeku.
A więc jesteśmy w stolicy Kirgistanu. Mamy 2 dni na aklimatyzację, relaks, lokalne żarcie i przygotowanie się do podróży. Gdy langman, manty i lokalne piwo znudziły nam się, ruszamy w drogę. Pierwszy cel to wielkie jezioro Issyk-kul, nad którym dominują ośnieżone szczyty. Nocleg rozbijamy nad samym brzegiem. Miejscowe dzieciaki, zaciekawione, wyskakują z krzaków. Na naszym obozowisku pasą się kozy, owce i cielaki. Wytypowana z grupy ekipa rusza do sklepu. Przywozi chleb, ryby w puszce, topione serki, wódkę i piwo w 1,5-litrowych, plastikowych butelkach. To będzie nasz żywieniowy standard do końca wyjazdu.
Kolejnego dnia ruszamy południową stroną Issyk-kul w stronę Karakul, po drodze zatrzymując się w zjawiskowo pięknym wąwozie z rudymi, popękanymi skałami i drobnym piaskiem. Zachwycamy się jego niesamowitym kontrastem z ośnieżonymi górami, chłodną wodą jeziora i otaczającą nas zielenią.
Następnego ranka ruszamy w stronę innego jeziora – Song-kul. Najpierw jedziemy pięknymi krętymi asfaltami, które po jakimś czasie zamieniają się w rudą, płynącą błotem drogę. Trwa jej remont. Widać, że i tutaj wszystko jest na potęgę asfaltowane. Po drodze zatrzymujemy się w lokalnej smażalni ryb. Zamiast bieżącej wody są tam baniaki, a rolę sanitariatów gra dziura w ziemi.
Jedziemy dalej. Zapierające dech w piersiach widoki, w stylu tych z trylogii Tolkiena, nie pozwalają skupić się na jeździe. Piękne szutry, brody i serpentyny ciągną się kilometrami. Wjeżdżamy coraz wyżej. Motocykle jeszcze jakoś dają radę, ale już kilka kroków na własnych nogach powoduje zadyszkę.

Jurta for everyone!
Turkusowy Song-kul, leżący na wysokości 3030 m n.p.m., jest otoczony ośnieżonymi szczytami, a przy jego brzegach przycupnęły białe jurty. W jednej z nich chcemy pomieszkać. Przeprawiając się przez rzeki, ślizgając się po błocie, ocierając szyby kasków z kropel deszczu, brniemy przed siebie. Trochę zmęczeni, zmoknięci i zmarznięci, szukamy konkretnej jurty, nieświadomi, że jurty raz stoją tu, innym razem zupełnie gdzie indziej.
Lojalność wśród Kirgizów jest wielka. Gdy pytamy o upatrzoną jurtę, odsyłają nas dalej, a gdy, zrezygnowani, chcemy zanocować u nich, podają taką cenę za nocleg, że nie daje się jej zaakceptować. W końcu tuż przed zmrokiem znajdujemy przytulną jurtę za normalne pieniądze. Zamierzamy pomieszkać w niej przez jakiś czas, a to z powodu ciągle padającego deszczu i kompletnie zachmurzonego nieba.

Po dwóch dniach odpoczynku w jurcie szutrowa droga wije się między wzgórzami z każdym zakrętem coraz niżej i niżej. Naszym celem jest miejscowość Baetowo, a konkretniej jakakolwiek po dojechaniu do asfaltu stacja benzynowa. Niektórzy jadą już na oparach, inni na dolewce z większych zbiorników kolegów. Stara, zdezelowana buda i jeden dystrybutor są jak oaza pośrodku pustyni, tak że pan lejący paliwo, mimo że na maksa oszukuje, jakoś nie denerwuje. Wziąwszy więcej paliwa niż teoretycznie mogły zmieścić nasze zbiorniki, ruszamy szukać paszy.
Jeszcze dziś chcemy dotrzeć na nocleg w okolice Tash Rabat, gdzie znajduje się karawanseraj (zajazd dla karawan) – jedna z budowli typowych dla krajów muzułmańskich. Karawanseraje powstawały wzdłuż szlaków komunikacyjnych w odstępach odpowiadających drodze, jaką można było przebyć przez jeden dzień.
Po drodze same atrakcje: świstaki (z tych, co to w sreberka zawijają), dudki z przepięknymi grzebieniami i koziorożce syberyjskie... Podobno widziano nawet jaki. Przed nami kilkaset kilometrów szutrów w stronę Kazarman i Osz. Widoki piękne, droga malownicza, szutry zdradliwe.

 

Góry trzech państw
Osz znajdujemy hotel, wkładamy cywilne ubrania i ruszamy w miasto. Bieżąca woda w hotelu, jedyna w ciągu tych 2 tygodni, i kolacja w cywilizowanej knajpie poprawiają nam humory. Naładowani energią ruszamy w stronę Pamiru. Przed nami dziesiątki serpentyn i przełęcz na wysokości 3500 m n.p.m. Część motocykli nie chce jechać: i im, i ludziom brakuje powietrza. Za przełęczą wreszcie wyłania się Pamir – pasmo górskie położone na terytorium Tadżykistanu, Afganistanu i Chin.

Na początek chcemy nasycić oczy widokiem Piku Lenina (7134 m n.p.m.) – szczytu położonego na granicy Kirgistanu z Tadżykistanem. By być bliżej niego, wdrapujemy się na 3800 m n.p.m., tam, gdzie znajduje się główna baza wypadowa na Pik Lenina. Brakuje powietrza, kilka kroków sprawia, że kręci nam się w głowach... Pik Lenina to druga co do wysokości góra Pamiru. Jest piękna, majestatyczna, ośnieżona, dominująca nad innymi. Jedziemy polną drogą, przecinającą koryta rzek i strumyków. Słońce powoli chowa się za horyzont, robi się chłodno, w dodatku część motocykli dławi się i kaszle. Jednak widok, jaki rozpościera się przed nami, wynagradza wszystko. Magii dodaje zachodzące słońce, rzucające ostatnie promienie na ośnieżone szczyty.
Następnego ranka budzą nas zaduch i słońce. Mimo że jest wcześnie, upał daje się we znaki. Fajna odmiana po mroźnej nocy. Część z nas łapie opaleniznę, inni sprawdzają, czy na Pik Lenina da się wjechać motocyklem, pozostali zachwycają się przyrodą. Nikomu nie chce się opuszczać tak cudownego miejsca, jednak głód kolejnych przygód,widoków i spotkań goni nas dalej. Przekraczamy granicę z Tadżykistanem. Im bardziej wjeżdżamy w tadżyckie góry, tym bardziej upewniam się, że to spotkanie będzie miało ciąg dalszy.
Pamir Highway. Kiedyś była to droga asfaltowa, ale od 35 lat coraz bardziej pochłania ją natura. Otaczają nas suche góry i hulający między nimi silny wiatr. Jest przepięknie! Kosmiczny, brązowy krajobraz omamia i fascynuje. Niespiesznie jedziemy resztkami pamirskiej autostrady, chcąc dotrzeć do wioski Karakul. Potem ruszamy w stronę Murgabu, a następnie Aliczur, by tam odbić w kierunku upatrzonego na nocleg jeziora. Takie miejscówki dają poczucie, jakby było się samemu na świecie.
Po wyjeździe z Aliczur wbijamy się w ścieżkę prowadzącą tuż przy granicy z Afganistanem. Od teraz jedziemy wzdłuż rzeki Pandż. Krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Smaczku trasie dodaje fakt, że jesteśmy bardzo blisko Korytarza Wachańskiego.

 

Śnieg w sierpniu
Pod wieczór kierujemy się w stronę Iszkaszim. Chcemy tam przenocować, a następnego dnia ruszyć do Chorogu. Goni nas czas – oficjalne dokumenty pozwalają nam spędzić w Tadżykistanie tylko kilka dni. Z Chorogu główną drogą docieramy do Aliczur. W tym miejscu zamykamy pętlę. Teraz czeka nas tylko powrotna droga przez Karakul do Kirgistanu. Na pożegnanie spada śnieg, a temperatura obniża się do kilku stopni powyżej zera. Ostatnie dwa dni w Tadżykistanie pokonujemy ubrani we wszystko, co tylko mamy, co nie powstrzymuje nas przed tarzaniem się w śniegu. Nie każdy ma okazję to robić w sierpniu.
Nieubłaganie nadchodzi koniec naszej podróży. Opóźniamy powrót do Biszkeku, zatrzymując się co chwilę. W ostatnich przed Biszkekiem górach ostatni raz rozbijamy namioty. Przed nami jeszcze 100 km i przełęcz Tör-Ashuu (3600 m n.p.m.). Na szczycie mamy do przejechania naj-
dłuższy, bo prawie 3-kilometrowy tunel w Kirgistanie. To coś jak wjazd przez bramę do innego świata.

Kirgistan to niewielki kraj, dzięki czemu łatwiej go poznać, zajrzeć w wiele ciekawych miejsc i spotkać niesamowitych ludzi. Tadżykistan to dla nas wielka zagadka. Część z nas wróciła stamtąd zauroczona, inni czuli jakiś dziwny niepokój. Dla mnie dni tam spędzone wystarczyły, bym postanowiła tam wrócić.

To warto wiedzieć
Granice. Do Kirgistanu Polacy nie potrzebują wiz, natomiast do Tadżyki-
stanu już tak. Wizę tadżycką załatwialiśmy w Biszkeku, bo tylko tam mogliśmy uzyskać pozwolenia na wjazd w konkretne regiony. Koszt wizy to ok. 85 dolarów.
Paliwo. Uśredniony koszt paliwa to około 3 zł/1 l. (2014)
Języki. W Kirgistanie i Tadżykistanie dogadywaliśmy się po rosyjsku. Tylko w dużych miastach można trafić na osoby, które mówią po angielsku.
Noclegi. W każdym odwiedzonym państwie spaliśmy na dziko i nie było z tym najmniejszego problemu. Hotele, a raczej domy gościnne, można znaleźć w większych miastach lub rejonach turystycznych.
Jedzenie. W Kirgistanie nawet w przydrożnej budce można smacznie zjeść. W Tadżykistanie, w rejonie, w którym byliśmy, kuchnia jest bardzo uboga, a podstawa to makaron i ziemniaki.
Pogoda. W obu krajach byliśmy w sierpniu. Większość czasu temperatury oscylowały w okolicy +20O. W Tadżykistanie mieliśmy 2 dni z temperaturą +5O i opadem topniejącego śniegu.
Drogi. Po Kirgistanie bez trudu znajdziesz szlak omijający najbardziej terenowe odcinki. Wjazd do Tadżykistanu oznacza przymusową rezygnację z asfaltów i płaskich powierzchni.

 koszt wyprawy: 7000 zł/osoba

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij