Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ

1

OCEŃ
4.4

MOTO TRIP 2013 - Alpy i Chorwacja

Po ubiegłorocznej wyprawie do Rumuni wszyscy zgodnie stwierdziliśmy że za rok też jedziemy. Plany się jednak zmieniły.

Z biegiem czasu nasze plany się rozeszły. Marcin z Łukaszem zdecydowali się na Alpy, ja tym razem z żoną na Chorwację i Czarnogórę. Ostatecznie po rezygnacji Łukasza (brak urlopu) połączyliśmy trasy i tak powstał MotoTrip2013- Alpy i Chorwacja!

DZIEŃ PIERWSZY-   16.06.2013

Wyruszamy zgodnie z planem o 6.00. Pogoda idealna ciepło na niebie słońce i brak prognoz o deszczu.

Jedziemy w składzie:

Marcin-RaDaR- Honda CB 1300

Lutas -ja:) i Marzena -Triumph Rocket III-Roadster

Założenie na dziś bardzo ambitne ok.1160km do Zell Am See w Austrii. Trasa zaplanowana autostradami począwszy od Gniezna- Poznań- Świecko- Leipzig- Monachium- Zell Am See.

Do tej pory najdłuższym przejechanym odcinkiem było dwukrotnie w zeszłym roku 660 km podczas wyprawy do Rumuni. Jazda autostradami o czym nie trzeba nikogo przekonywać to wyjątkowa nuda. Jedyne pocieszenie że kilometry szybko mijały. Przed wyjazdem byłem pewien że spokojnie damy radę, po ok 700km miałem wątpliwości a po dotarciu na miejsce mógłbym śmiało jechać dalej.

W Niemczech jedyne co było godne uwagi to stadion Bayernu Monachium- Alianz Arena.W Austrii po zjechaniu z autostrady już zupełnie inaczej. Spokojne wiejskie miejscowości, piękne góry i mnóstwo motocyklistów wracających z Grossglockner. Nie polecam nikomu wybierać się tam w niedzielę  bo musi być naprawdę tłoczno. Miasteczko Zell Am See położne wokół sporego jeziora u samego startu trasy GG nastawione typowo na turystykę. Kwatery są praktycznie w każdym domu. My swoją znaleźliśmy w samym centrum tuż przy jeziorze za 25 E ze śniadaniem. Szybki prysznic i idziemy na miasto. I tu pełen szok- tylu muzułmanów w życiu nie widzieliśmy! Mają tu swoje restauracje sklepy, karty w barach są w ichniejszym języku podobnie jak reklamy restauracji. W "naszej" restauracji na ok.25 osób tylko nasza trójka była "normalna" !!! Samo miasto bardzo piękne, wszystko w ozdobnym kamieniu i drewnie. Sporo hoteli na najwyższym poziomie.

DZIEŃ DRUGI - 17.06.2013

Rano śniadanie w formie szwedzkiego stołu, szynki, sery, słodkości i dużo kawy. Jemy do syta i ruszamy na pierwszą atrakcję tego wyjazdu- Przełęcz Grossglockner. Pogoda piękna od samego rana świeci słońce. Na bramkach po uiszczeniu opłaty dostajemy mapę i pamiątkową naklejkę. Po kilku kilometrach pierwszy postój i od razu pamiątkowe foty i pierwsze zachwyty widokami a to dopiero początek. Łuki są łagodne, asfalt równy i szeroki- można się wyszaleć. Na samej górze rewelacja motocykliści i narciarze w jednym miejscu. Spotykamy sporo Polaków z różnych zakątków kraju. Wszyscy zadowoleni że nam się poszczęściło z pogodą bo jeszcze tydzień wcześniej padał tu śnieg! Później kierujemy się na Lienz i dalej już we Włoszech na Merano Meran.

Jeszcze w Lienz obiad w McDonald i szybkie zrzucenie tekstyli i zamiana na buzery. We Włoszech lecimy autostradami (niezwykle zatłoczonymi) z ogromną ilością tuneli. Nocleg znajdujemy kilka kilometrów za Merano Meran. Tuż obok nasi gospodarze mają pizzerię. Jemy do syta a na deser swojskie wino- wytrawne z sokiem jabłkowym. Smakuje nawet bardzo więc zamawiamy drugą karafkę. Jeszcze kilka piwek ze sklepu obok i można w spokoju na tarasie pooglądać fotki z dzisiejszej trasy.

DZIEŃ TRZECI - 18.06.2013

Dziś śniadanie również wliczone w cenę noclegu i podane w formie szwedzkiego stołu. Gdyby właściciele znali moje i Marcina możliwości nie oferowali by śniadania w cenie.

Kolejna atrakcja to Alp- Passo Di Stelvio. W hotelu niemiecki motocyklista pokazuje nam fajną górską trasę Passo Di Domini, jako że po naszej trasie chętnie skorzystamy. My sami znajdujemy kolejny skrót pomiędzy Grosio a Etolo- później nazywamy ją Drogą Drwala.

O ile Grossglockner nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Transfogarska czy Transalpina o tyle Slelvio już zdecydowanie TAK. Rewelacyjna trasa i rewelacyjne widoki. Na górze oczywiście mnóstwo zdjęć i wymiana wrażeń z wjazdu na 2760metr n.p.m. Zjazd w stronę Bormio znacznie łagodniejszy, mnóstwo zakrętów ale już nie tak ostrych jak po drugiej stronie góry.

Dalej jedziemy do Grosio gdzie mamy skrótem przejechać do Edolo. Nie znajdujemy właściwego wjazdu ale nawigacja znajduje nowy- i się zaczyna. Półtorametrowa droga w lesie w górach, zakręty jak te ze Stelvio w kulminacyjnym punkcie. Na szczęście wszystko zostało nagrane bo ciężko to opisać. Zresztą najlepszym komentarzem niech będzie mój głos na filmie "kurwa jestem już cały mokry!". Krótko przed szczytem wbijamy się we właściwą drogę.  Jest znacznie szerzej i równiej. W najgorszych momentach powtarzałem sobie "wieczorem będziemy się z tego śmiali".

Nam pozostała jeszcze trasa wskazana przez niemieckiego motocyklistę, również wąska na 1,5m ale tym razem nie w lesie a po górach. Fajna malownicza trasa ale Drogi Drwala nic nie przebije. Trzy górskie trasy bez tankowania sprawiły że bardziej niż na widokach skupiłem się na ekonomicznej jeździe. Na stacji okazało się że zostało mi 1,5L benzyny. I to tylko dlatego że spalanie spadło poniżej 6L/100km.

No dobra w końcu trzeci dzień a ja ani słowa o moim pasażerze. Marzena radzi sobie nad zwyczaj dobrze. Po 1160 km nudnej autostrady dalej wędrowała z nami po mieście. Po Grossglockner podobnie jak i Stelvio zachwycona widokami. Dodatkowo na górskich trasach robiła za pilota abym mógł Rocketem spokojnie wyrobić się w ciasnych zakrętach.

W ambitnych planach przed wyjazdem mieliśmy jeszcze dzisiaj objechać dookoła jeziora Garda. Góry zweryfikowały nasze plany (zresztą dwie górskie trasy doszły niespodziewanie) Zgodnie stwierdziliśmy że zostajemy w Anfo. Znajdujemy Camping Pilu gdzie dostajemy domek i basen na terenie ośrodka w komplecie. Szybki prysznic i idziemy na pizze. Niestety pizze robią od 18 (jest krótko po 17) bo Włosi mają siestę! Szybko jemy bo sklep do 19! (siesta) Basen też do 19 ale na nasze baaaardzo niezadowolone miny pozwalają nam wejść. To było to świetny relaks po górskich trasach. Później już na spokojnie piwko na tarasie i ... zrobiło mi się żal zakurzonego Triumpha. No to dawaj wiadro, szmata, woda, piwko i jazda. To był ciężki dzień po kilku piwkach padamy jak muchy.

DZIEŃ CZWARTY- 19.06.2013

Dziś śniadania w cenie noclegu brak więc pozostają kanapki. Za to swojska kawka smakuje wyśmienicie. Dzisiaj na spokojnie mamy do objechania Largo Di Garda a dalej banami do Chorwacji. Cała droga wokół jeziora usłana jest kempingami i hotelami. Plaże są małe kameralne ale za to co 200-300 metrów. Jest gorąco, lecimy w buzerach i z każdą plażą nabieramy ochoty na kąpiel. Wszystko ładnie pięknie, mała plaża, krystalicznie czysta woda i szok zimna jak lód! Nawet po przepłynięciu kilku metrów nie robi się cieplej.

Na zewnątrz jest tak gorąco że nie potrzebujemy ręczników, wysychamy w kilka minut. Na Włoskiej banie 42 stopnie i zero wiatru. Nawet przy 160-180 km/h nie czuć chłodu! Robi się słabo stajemy na stacji, redbull, woda i pół godziny odpoczynku. Dalej im bliżej morza czuć lekki chłodny wiaterek. Do Rovaniji docieramy po 16. Znajdujemy dwupokojowy apartament 100m od morza. Najpierw zakupy na wieczór i obowiązkowo Rakija, oraz prowiant na śniadanie. Później kolacja w miejscowym barze. Marzena z Marcinem zamawiają niby tradycyjne w Chorwacji ryby, ja wiem że jedyną tradycyjną potrawą jest golonka z piwek więc sobie nie odmawiam. W domu na tarasie delektujemy się rakiją a o 22 dołącza do nas gospodarz. Zaskakująco dobrze się dogadujemy, najpierw sądzimy że to za sprawą trunku ale później okazuję się że jego żona jest Polką i pochodzi z Poznania. Czas szybko mija zwijamy się coś ok 2.00 ale tego nikt już dokładnie nie pamięta.

DZIEŃ PIĄTY, SZÓSTY , SIÓDMY - 20-22.06.2013

Rana mocna parzona kawa i pyszne śniadanie stawiają nas na nogi. Zwiedzamy Rovinj, pstrykamy foty w starym porcie i uciekamy do Puli. W największym mieście Istrii zwiedzamy Amfiteatr w stylu rzymskiego koloseum.  Zbudowany został przez cesarza rzymskiego Wespazjana, mógł pomieścić 23 tyś.ludzi a na jego terenie walczyli gladiatorzy i dzikie zwierzęta. Nabrzeżem przez Rijekę jedziemy na wyspę PAG. Po drodze straszny upał szczególnie dotkliwy w zakorkowanym mieście. Do przystani docieramy po 17, godzinę czekamy na prom i pół godziny aż wypłynie. Na Pag-u interesuje nas przede wszystkim plaża Zrce, niestety jest to typowe miejsce rozrywki bez miejsc noclegowych. Nocleg znajdujemy w Novaliji. Z racji tego że jest późno i nikomu za bardzo nie chce się chodzić i szukać bierzemy apartament z dwoma pokojami i dużym tarasem za 25E. (choć początkowo wołali 40!)

Zostajemy tu na trzy noce naładować akumulatory po wyczerpujących górach. Novalija traktowana jest przez młodych jako baza wypadowa na Zrce. Znajduje się tam największa plaża, trzy dyskoteki z barami w wodzie, i innymi atrakcjami. Na wodzie można korzystać z wszelkich ustrojstw m.in.skutery, narty wodne,banan, bandżi itp. Pierwszy dzień luzu spędzamy na praniu i zwiedzaniu miasta. Nie odmawiamy sobie też kąpieli w Adriatyku. Drugiego dnia zwiedzamy wyspę. Jedziemy do polecanej przez znajomą miejscowości Metajan. Spokojna cicha idealna dla rodzin z dziećmi i do tego najcieplejsza woda w całej Chorwacji. Następnie udajemy się na Zrce. Tu średnia wieku zdecydowanie spada. Niema tu jeszcze tłumów może dlatego że do wakacji jeszcze kilka dni. Ostatniego wieczoru znajdujemy fajną knajpę z dobrymi cenami. Za ok.35PLN zjadam wielki mix grill z frytkami i surówką.

DZIEŃ ÓSMY - 23.06.2013

W trakcie pobytu na Pag-u nasze plany musiały zostać poddane gruntownej przebudowie. Mieliśmy odwiedzić jeszcze Czarnogórę i wrócić do domu  przez Serbię. Niestety Marcin Zapomniał zabrać paszportu i z planów nici. Zapadła decyzja że jedziemy do Baśka Voda i traktujemy ją jako bazę do wypadów do Dubrownika i na górę Św. Jerzego. po drodze do Baśki zwiedzamy Wodospady Krk. Do wodospadów można dostać się na dwa sposoby. Z jednej strony statkami z drugiej autokarem. Wszystko w cenie biletu wstępu 95 Kun (ok 50 PLN).

Spędzamy tu kilka godzin na spacerze specjalną trasą wokół parku i kąpiąc się pod wodospadem. W Baśce Marcin urlopował się dwa lata temu więc teren i bary miał opanowane. Za dwa pokoje z łazienką, klimą i tarasem zaledwie 100m od plaży płacimy 20E. Baśka Voda to rodzinna miejscowość turystyczna. Jedynym miejscem rozrywki jest pływająca łajba o o trafnej nazwie BIBA. Plaża  kamienista z sosnami rosnącymi na skraju ulicy i dającymi upragniony cień. Za ok 15PLN można wynająć leżak na cały dzień. Woda lazurowa i ciepła. Wieczór tradycyjnie na balkoniku.

DZIEŃ DZIEWIĄTY - 24.06.2013

Dziś zwiedzanie  Dubrownika. Jedziemy jedyną słuszną drogą czyli Magistralą Adriatycką. Mijamy mnóstwo kempingów i miejscowości turystycznych. Na wjeździe do Dubrownika znajduje się taras widokowy na port z wycieczkowymi statkami. Zwiedzamy starówkę od studni do studni szukając ochłody. Stare miasto z bardzo wąskimi uliczkami i mnóstwem schodów.

Ok 4 km za miastem w miejscowości Kupari znajduje się opuszczony wojskowy ośrodek wypoczynkowy. Inne popularne nazwy tego kurortu to "Chorwackie miasto duchów", "Zatoka umarłych hoteli". Ośrodek został wybudowany dla Jugosłowiańskiej Armii Ludowej za 2mld dolarów. Na początku lat 90-tych został ostrzelany a następnie opanowany przez Serbów. Kurort został doszczętnie zniszczony i splądrowany, mimo to wciąż przyciąga odważnych turystów. Do hotelu wracamy tą samą nadmorską drogą. Na miejscu przy piwku okazuje się że mamy dobry czas i możemy tu zostać jeszcze jeden dzień - nie narzekamy.

DZIEŃ DZIESIĄTY - 25.06.2013

Dziś się rozdzielamy, ja z Marzeną idziemy utrwalać opaleniznę a Marcin atakuje Górę Św. Jerzego. W krótkim czasie z nadmorskich upałów bawi się śniegiem na szczycie góry. Na ostatnią Chorwacką kolację zamawiamy talerz rybnych specjałów.

DZIEŃ JEDENASTY - 26.06.2013

Z samego rana pakujemy toboły i ruszamy w drogę do Budapesztu. Przed nami ok.800 km chorwackich i węgierskich autostrad. Na pierwszej stacji przy okazji tankowania pijemy poranną kawkę i zjadamy kanapki. Szkoda że na zachód nie dotarła jeszcze moda na hot-dogi z pewnością lepsze niż te kanapeczki. Chorwacja usilnie broniła się przed naszym wyjazdem. Najpierw zaatakowała nas silnym wiatrem a tuż przed węgierską granicą nasłała rój os. Po kilku kilometrach nie dało rady jechać bez mycia kasków i szyb motocykli. Na Węgrzech pogoda wcale się nie poprawia, wieje i chmurzy się do samego Budapesztu. Marcin nie wytrzymuje i przed hotelem pucuje swoją cebulę ze zwłok i miodu. Ja zostawiam to naturze i jak się jutro okaże już kilka kilometrów za stolicą po miodku nie zostanie śladu. Zostawiamy kufry i lecimy na miasto. Jednym z celów jest najstarszy most miasta. Zwiedzamy go z każdej strony tylko na niego samego nie udaje nam się trafić! Ogólnie miasto jest w gigantycznej przebudowie.

Odnawiają fasady budynków, remontują drogi budują nowe ronda i wiadukty. To wszystko sprawia że stoimy w gigantycznych korkach. W końcu tracimy cierpliwość a powoli i paliwo więc wciskamy się gdzie się da. Raz z lewej raz z prawej, nawet poboczem i chodnikiem ale trafiamy z korka w korek. W końcu udaje nam się dotrzeć na zamek. Piękny widok na cały Budapeszt. Na tradycyjną Węgierską kolację wybieramy McDonalds. Na bardziej wyszukane dania brak nam czasu i sił. Miasto oprócz korków pełne jest brudu i ubogich, bidnych ludzi. Do hotelu zabieram butelkę węgierskiego wina, będzie grzane i podane w metalowych kubkach. Pełen romantyzm :)

DZIEŃ DWUNASTY - 27.06.2013

Na dziś zaplanowaliśmy jedynie 300 km i rewelacyjne baseny termalne Tatralandia. Na śniadanie i poranną kawę zatrzymujemy się w KFC. Najpierw niestety ponownie przeciskamy się przez Budapeszt. Mieliśmy plan zatrzymać się gdzieś w trasie ale już na wylocie z miasta do postoju zmusza nas deszcz. I tym oto sposobem po raz pierwszy przywdziewamy nasze dziewicze kombinezony przeciwdeszczowe.

Deszczówki spisują się znakomicie, niestety poskąpione pieniądze na ochraniacze butów mszczą się już po kilku kilometrach. Woda dosłownie się przelewa. Przestaje padać dopiero kilka km przed hotelem na Słowacji. Po zimnej i deszczowej drodze baseny z wodą o temp. 34 stopni C czynią cuda. Rewelacyjny relaks przed ostatnim etapem podróży. Na kolację uroczyste danie na zakończenie wyprawy - Golonka! Porcja dla prawdziwego motocyklisty 1,3kg. Po pół godzinie ledwo łapałem oddech - golonka mnie pokonała!

DZIEŃ TRZYNASTY - 28.06.2013

Do domu pozostało ok 660 km. Nauczeni ubiegłoroczną wyprawą wiemy że Tatry rankiem nie są idealną propozycją dla motocyklistów. Mgła,rosa i zimno przekonują nas do dłuższego wylegiwania. Niedoschnięte buty wspomagam suszarką. Niestety po pół godzinie ponownie są mokre. Na śniadanie i kawę wybieramy już Polski bar. Jajecznica na boczku i parzona kawa poprawiają deszczowe humory. Niestety na krótko bo deszcz nie odpuszcza do Częstochowy. W gwoli ciekawości pomiędzy Częstochową a Łodzią jest tylko jedna stacja do tego czasy świetności ma już dawno za sobą. Dalej już spokojnie bez deszczówek lecimy w stronę domu. Jeszcze 20 km przed celem mijamy dwa wypadki które dosadnie działają na manetkę gazu. W domu meldujemy się ok 20-tej. Łącznie pokonaliśmy 4911 km przez osiem państw. Radość dzieci z naszego powrotu - bezcenna.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij