Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Mongolia: Na Naadam przez Syberię

Marta: Mój dziadek urodził się w Irkucku. Zawsze chciałam tam pojechać, aby stwierdzić, skąd wziął się jego hart ducha i ciała. Nigdy jednak nie przypuszczałam, że dojadę tam na kołach, do tego tylko dwóch.  

Tomek: Marta nie musiała nas długo przekonywać. Gdy pół pokoju zajęła mapa Eurazji, uznaliśmy, że wprawdzie odległość Warszawa – Irkuck jest dość pokaźna, za to dystans między Irkuckiem a granicą rosyjsko-mongolską to już małe piwo. Dlatego zmienił się cel wyprawy: Mongolia i Naadam – narodowe święto tradycyjnych dyscyplin sportowych.

Wraz z Rafałem na dwie beemki R 1100 GS pakujemy namioty, karimaty, kuchenkę, zapasowe opony, ciuchy przeciwdeszczowe, moskitiery i całą masę innych rzeczy. Część podróży mamy pokonać wraz z Pawłem (KTM LC8) i Sławkiem (KTM LC4). Na początek Ukraina. Lokalni milicjanci dbają, abyśmy nie zmieścili się w budżecie. A na wszystko patrzą pożółkłe od nieużywania bloczki mandatowe.

W Kijowie porzucamy pomysł noclegu pod namiotami w parku. Stawiamy na wielki postkomunistyczny hotel. Skoro przeżyliśmy podróż hotelową windą, wiemy, że to, co najtrudniejsze, już za nami.  

Wielkie serca Rosjan

Rano zwiedzamy prawosławny kompleks klasztorny – Ławrę Pieczerską, a na pożegnanie mrugamy okiem do monumentalnego pomnika Matki Ojczyzny. Po wjeździe do Rosji podróż wśród rzeki tirów urozmaicają takie atrakcje, jak ruch wahadłowy na moście w pobliżu miejscowości Asza. Dwa koła pozwalają ominąć ponad 20-godzinny korek. Musimy tylko głęboko wciągnąć powietrze... i boczne kufry.

Potem już tylko lasy: sosny i brzozy, brzozy i sosny. I to nieodparte wrażenie niekończącej się przestrzeni. Drogowskazy informują: Irkuck 1960, 2050, 1640 km (właśnie w takiej kolejności). Co jakiś czas przejeżdżamy przez niewielkie wioski, których drewniane domy mają okna z kolorowymi okiennicami i koronkowymi zdobieniami. To sposób na szarzyznę codzienności. Drogi są głównie asfaltowe, ale momentami nawierzchnia nagle atakuje piaskiem, żwirem i kamieniami, by za kilkaset metrów znów się wyrównać.

Przygoda jest tutaj na wyciągnięcie ręki. Cokolwiek by się jednak działo, miejscowi zawsze przychodzą nam z pomocą. Z każdym kilometrem na wschód od Moskwy ich twarze są coraz trudniejsze do odgadnięcia, serca jednak mają wielkie jak cała Rosja.

Nad Bajkałem

Zgubiona nakrętka tylnego koła w KTM-ie sprowadza nas do siedziby klubu motocyklowego w Samarze. Średnica gwintu 25 mm na tych szerokościach geografi cznych nie występuje, chyba że ktoś podaruje ci ją, odkręciwszy z praktycznie nowej Hayabusy. Wielkie dzięki, Misza! W pakiecie dostajemy zaproszenie na nocleg. Niech ci przez myśl nie przejdzie próba odwdzięczenia się za to lub – o zgrozo! – zapłacenia.

Gdy wjeżdżamy do Irkucka, drogę zajeżdża nam wielki SUV z przyciemnionymi szybami. Kierowca pyta, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, czy nie potrzebujemy pomocy. Wydawało nam się, że nie potrzebujemy, a jednak… Nasz pomysł przejechania przez centrum miasta o tej porze jest zupełnie nierealny. Ale oto mamy już przewodnika – Aleksieja. Omijamy, podążając za nim, wszelkie korki, roboty drogowe... Jedzie wprawdzie w zupełnie innym kierunku, ale co z tego?

Wjeżdżamy w góry. Widok Bajkału nocą ma nam wynagrodzić slalom między dziurami. Chcemy już tam być, marzy nam się nocleg na dziko. Miejscowi studenci znają tajemną ścieżkę prowadzącą nad samą wodę. Polsko-rosyjska zupa na pożywnej konserwie topi wszelkie lody. Rozmowy trwają długo w noc.

Czas na Ułan Bator i Naadam. Na przejściu granicznym meldujemy się chwilę po godz. 22. Jest zamknięte. Żeby zająć dobre miejsce w ustawionej już kolejce, namioty rozbijamy pod samą bramą. Wartownik ma na nas oko przez całą noc.

W jedynym w Ułan Bator warsztacie motocyklowym wymieniamy, korzystając z miejscowych narzędzi, zużyte uszczelniacze w goleniach przedniego zawiasu. Olej do zawieszeń z butelki po wodzie mineralnej jest lepszy niż ten rekomendowany przez producenta. Na koniec załoga odśpiewuje na naszą cześć motyw przewodni z „Czterech pancernych”. Ten serial i „Zmiennicy” są tutaj dalej hitami polskiej kinematografii.

Dni w stolicy Mongolii to festiwal Naadam. Najważniejsze są w nim trzy dyscypliny. Bardzo spektakularny jest wielokilometrowy wyścig konny, który może wygrać nawet sam rumak, jeżeli zdarzy mu się zgubić jeźdźca. Zapasy, odbywające się na stadionie narodowym, są okraszone poprzedzającym je tradycyjnym tańcem zapaśników. No i łucznictwo – jedyna dyscyplina, do której są dopuszczone kobiety.

Koleiny na pół metra

Nasyciwszy się sportem i folklorem, ruszamy w głąb Mongolii. Zaraz za Karakorum kończy się asfalt, gdzieniegdzie widać za to jurty. Urządzamy wyścigi z biegającymi luzem tabunami koni, mijamy pasące się jaki i wpatrujemy się w horyzont sięgający chyba dalej niż wyobraźnia. Niesamowicie przejrzyste powietrze oraz zupełny brak drzew i innych punktów odniesienia uniemożliwiają szacowanie odległości. Np. mały staw leżący o rzut beretem okazuje się wielkim jeziorem oddalonym o 50 km. Nocą na nasze namioty spoglądają miliony gwiazd, a światła samochodu jadącego przez step kilkanaście kilometrów dalej przecinają mrok niczym wiązka lasera.

Mongolskie drogi to stepowe autostrady. Czasami widać kilkanaście wyjeżdżonych „pasów”. Jak powstają? Otóż auta, uciekając z rozjeżdżonej drogi, tworzą ślad, po czym przychodzi deszcz i po rozmokłej trasie przejeżdża przeładowany Kamaz, pozostawiając nawet półmetrowej głębokości koleiny. Nikt o zdrowych zmysłach już tędy nie pojedzie. Za to obok nie brakuje miejsca do wytyczenia kolejnej i kolejnej nitki.

Naszym rekordowym przebiegiem dziennym w Mongolii było 111 km (przejechaliśmy je w ulewnym deszczu). Motocykl zakopaliśmy tylko raz, za to aż po kufry. Cóż, wiedzieliśmy, w co się pakujemy – lipiec i sierpień to w Mongolii 90% rocznych opadów deszczu. W nagrodę, gdy wieczorem gasiliśmy silniki,  mogliśmy oddychać powietrzem najczystszym z możliwych. Moje urodziny świętujemy nad Wielkim Jeziorem Białym, które choć może wielkie, białe w ogóle nie jest. Tam na moment zmieniamy nasze stalowe rumaki na te niegardzące owsem. Jedno jest pewne: drewniane siodła nie ułatwiają tego sposobu podróżowania.

Czaj na tłusto

Próbujemy miejscowej herbaty z mlekiem jaka, solą i rozpuszczonym tłuszczem. Drugi tradycyjny napój to kumys – kilkuprocentowy alkohol ze sfermentowanego mleka klaczy. Nie przekonuje nas do niego nawet to, że ponoć częściowo zastępuje autochtonom warzywa i owoce, do tego poprawia metabolizm, zabija bakterie, oczyszcza z toksyn... Dobrze, że mamy kuchenkę i butelkę czegoś mniej orientalnego na rozgrzewkę. Ta druga przydaje się, bo doskwiera nam różnica temperatur między nocą  a dniem, wynosząca o tej porze roku nawet ponad 30 stopni.

Pora wracać

Rzucamy pożegnalny kamyk na owoo (kamienny kurhan) i ruszamy w stronę Rosji. W Irkucku odnajdujemy miejsce, w którym urodził się dziadek Marty. Nasze 30-dniowe wizy za chwilę tracą ważność. Nie zdążymy wyjechać z Rosji. Podejmujemy trudną decyzję wysłania motocykli pociągiem do Moskwy. Na stacji cargo Kolei Transsyberyjskiej mówimy do pani w okienku, że pradziadek Marty pracował tu na kolei. – O, to nasz kolega! – odpowiada i piękną grażdanką wypełnia za nas druczki. My do Moskwy lecimy. Gdy odzyskujemy sprzęty, widzimy, że jak twarz wojownika zdobią blizny, tak na lakierze Rafałowego GS-a widnieją ślady podróży koleją.

Pożegnanie z Rosją

Z Moskwy ruszamy do Tweru, Miednoje i Ostaszkowa, które są związane z dziadkiem: był tam więziony i zginął w 1940 r. To ostatnie, paradoksalnie, miejsce leży nad urzekającym jeziorem Seliger. Rosjanie, którzy tam biwakują, prawie walczą o możliwość ugoszczenia nas. To ostatnia noc w Rosji. Po pięciu tygodniach i kilkunastu tysiącach kilometrów wieszamy kluczyki.

 

CO WARTO WIEDZIEĆ

Pieniądze czy karta? Im bardziej na wschód, tym bardziej muszą być papierowe. Euro w tych stronach zdecydowanie nie budzi przekonania. Co innego USD lub lokalna waluta.

Ciuchy. Porządny oddychający tex + przeciwdeszczówka w odwodzie. A na upały – przewiewne wdzianko z ochraniaczami. Plus obowiązkowa moskitiera na syberyjskich biwakach!

Opony. Rosja – wystarczą zwykłe szosowe. Mongolia – zdecydowanie kostki!

Bagaż. Kufry boczne alu – dużo łatwiejsze do wyklepania niż plastik do poklejenia.

Noclegi. Hotel/motel lub na dziko – z dala od cywilizacji albo w towarzystwie zapoznanych ludzi.

Drogi. Rosja: asfalt + odcinki dróg w budowie/ remoncie. Mongolia: sporadycznie asfalt, utwardzone drogi pokryte „tarką” lub off-road na całego.

Paliwo. Rosja: bez problemu. Maksymalnie 250 km od stacji do stacji. Mongolia: pełen bak + 10 l w zapasie zdecydowanie poprawia samopoczucie.

Motocykle. Jakie by nie były, po każdym dniu w Mongolii trzeba podokręcać śruby i nakrętki.   

zobacz galerię

Zobacz również:
Jego żywioł to pełne samochodów ulice, ale i poza wielkomiejska dżunglą dobrze sobie radzi. Jest ładny, szybki, zwinny i nowoczesny. Poznajcie nowy skuter klasy premium - BMW C 400 X
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij