Motocykl poleca:

Motocyklem do Kaukazu: Mission Impossible

Poleć ten artykuł:

Jak się okazało, łatwiej wymyślić wyprawę i zaplanować trasę niż ją zrealizować. Mieliśmy objechać Kaukaz, tymczasem zajęli nas Kurdowie, irańskie autobusy i wulkaniczne szczyty.  

Podróż na Kaukaz Zobacz całą galerię

Z początku wszystko idzie zgodnie z planem. No, prawie zgodnie. Z powodu kłopotów z wizami mamy 4-dniowe opóźnienie. W końcu jednak startujemy: Ernest na Yamasze XT 660 R i ja na Hondzie XL 600 V Transalp. Naszym pierwszym celem jest Turcja.

Ale zanim dotarliśmy do tego kraju, jesteśmy w Bułgarii, gdzie niedaleko Sofi i przed godz. 2 w nocy rozbijamy obóz na polu niedaleko drogi. Kopny piasek, na którym śpimy, zapala we łbie Ernestowi lampkę „Dakar”. Znaczy ja mam ten „Dakar” zrobić, a on to nagra. Efekt: zbieramy mojego Transalpa z gleby i potem szukamy mechanika. Na szczęście w pobliskiej wsi znajdujemy przyjaźnie nastawiony agroserwis. Turcja wita nas gładką dwupasmówką. Inaczej sprawa wygląda w Stambule: pasów jest więcej, ale to, co się na nich dzieje, przyprawia o palpitacje serca: pojazdów jest mnóstwo, prędkość znikoma. Walczymy o każdy metr, przeciskamy się, mijając inne pojazdy na milimetry. Wielokrotnie rozdzielamy się i odnajdujemy. Po tych przygodach nocujemy na parkingu przy autostradzie.

Coś nas budzi. Po chwili wiemy, że z motocykla Ernesta zginęła torba z jedzeniem, brakuje też multifuela, polaru i elektrycznych ciuchów. Na szczęście dalej jest lepiej: Turcja okazuje się pięknym, życzliwym krajem ze znakomitymi drogami i mnóstwem miejsc, gdzie można bezpiecznie przenocować.

Docieramy do Kapadocji, kręcimy się trochę po off-roadowych ścieżkach i organizujemy rozrywkę na kolejny ranek. Dlatego następnego dnia wstajemy przed 4 rano. W chłodzie poranka przejeżdżamy kilkanaście kilometrów pod firmę organizującą loty balonowe. Bus zawozi nas na plac, nad którym powoli pną się w górę kolejne wielkie balonowe czasze. Zawieszeni w powietrzu, w ciszy przerywanej jedynie hukiem potężnego palnika do podgrzewania powietrza, podziwiamy wschód słońca. Blisko godzina ogromnej, wręcz metafizycznej przyjemności.

Kolejny punkt na tureckiej trasie to wznoszący się nad brzegiem jeziora Van wulkaniczny masyw Suphan Dagi. Tu nasz plan zaczyna się sypać. A może to my przestajemy się nim przejmować? Odbijamy na północ do Trabzonu, bo dostajemy cynk, że tam załatwimy wizę do Iranu. Nie planowaliśmy wjazdu do tego kraju, ale co tam! Pierwszego dnia odbijamy się od drzwi. Trzeba gdzieś przenocować, więc wyjeżdżamy w góry. Miejsce mamy piękne i – wydawałoby się – odludne. Suleyman pojawia się znikąd. Na szczęście okazuje się świetnym człowiekiem: znika i po półgodzinie wraca z kolacją.

Następnego dnia mamy wizy. Ruszamy na południe. Wybieramy taką drogę (na mapie wyglądała normalnie), że po 60 km – wykończeni jazdą po ciemku na krawędzi przepaści – rozbijamy obóz obok biednej wiejskiej chatki. Gospodyni kiwa zza okna głową w niemej akceptacji dla naszego pobytu. Rano widzimy to, po czym jechaliśmy nocą: drogę wijącą się piękną wstęgą zboczem potężnej doliny. Wow! A gospodyni, nieśmiało uśmiechnięta, już niesie skromny poczęstunek. Lubimy Turcję mimo wpadki na początku.

Obóz na 3500 m
Ruszamy dalej. Suniemy górskimi serpentynami, mijając przełęcz na ponad 2600 m n.p.m. Za miastem Erzurum dopada nas nawałnica. Trwa kilkadziesiąt sekund, mimo to wychodzimy z niej całkowicie przemoczeni i ze szwankującą elektroniką.

Wreszcie docieramy pod Suphan Dagi. Jesteśmy w malutkiej kurdyjskiej osadzie pasterskiej, leżącej na wysokości 2500 m n.p.m. Litry herbaty wypijamy z Nesimem (nazywamy go Szefem), który nas gości i pod którego opieką pozostawiamy sprzęty. Wreszcie zaczynamy realizować wspinaczkowy etap naszej przygody. Mozolnie wyszukujemy najlepszą drogę na szczyt Suphan Dagi. Do wieczora pogoda nam sprzyja. Obóz rozbijamy na wysokości 3500 m n.p.m.

Nocą wieje tak, że namiot leży nam na głowach. Ranek wita nas zimą i porywistym wiatrem. Próbujemy wspinać się, ale gdy zaczyna błyskać i grzmieć, a śnieżyca ogranicza widoczność niemal do zera, rezygnujemy. W wiosce znowu zostajemy fantastycznie przyjęci. Tym razem gościmy u Selima. Gdy Nesim wraca do wioski, odbiera nas Selimowi i zabiera do siebie. Ponownie siedzimy przy herbacie i dopiero po jej wypiciu możemy iść spać. Nasz pierwszy górski etap nie był udany. Niestety, nie mamy czasu, żeby czekać, aż chmury odkryją wierzchołek Suphan. Czeka na nas Iran.

Tagi: motocykle | podróże na motocyklu | podróże | turystyka | turystyka na motocyklu

Oceń artykuł:

4.7

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij