Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.8

Motocyklem do Kaukazu: Mission Impossible

Jak się okazało, łatwiej wymyślić wyprawę i zaplanować trasę niż ją zrealizować. Mieliśmy objechać Kaukaz, tymczasem zajęli nas Kurdowie, irańskie autobusy i wulkaniczne szczyty.  

Z początku wszystko idzie zgodnie z planem. No, prawie zgodnie. Z powodu kłopotów z wizami mamy 4-dniowe opóźnienie. W końcu jednak startujemy: Ernest na Yamasze XT 660 R i ja na Hondzie XL 600 V Transalp. Naszym pierwszym celem jest Turcja.

Ale zanim dotarliśmy do tego kraju, jesteśmy w Bułgarii, gdzie niedaleko Sofi i przed godz. 2 w nocy rozbijamy obóz na polu niedaleko drogi. Kopny piasek, na którym śpimy, zapala we łbie Ernestowi lampkę „Dakar”. Znaczy ja mam ten „Dakar” zrobić, a on to nagra. Efekt: zbieramy mojego Transalpa z gleby i potem szukamy mechanika. Na szczęście w pobliskiej wsi znajdujemy przyjaźnie nastawiony agroserwis. Turcja wita nas gładką dwupasmówką. Inaczej sprawa wygląda w Stambule: pasów jest więcej, ale to, co się na nich dzieje, przyprawia o palpitacje serca: pojazdów jest mnóstwo, prędkość znikoma. Walczymy o każdy metr, przeciskamy się, mijając inne pojazdy na milimetry. Wielokrotnie rozdzielamy się i odnajdujemy. Po tych przygodach nocujemy na parkingu przy autostradzie.

Coś nas budzi. Po chwili wiemy, że z motocykla Ernesta zginęła torba z jedzeniem, brakuje też multifuela, polaru i elektrycznych ciuchów. Na szczęście dalej jest lepiej: Turcja okazuje się pięknym, życzliwym krajem ze znakomitymi drogami i mnóstwem miejsc, gdzie można bezpiecznie przenocować.

Docieramy do Kapadocji, kręcimy się trochę po off-roadowych ścieżkach i organizujemy rozrywkę na kolejny ranek. Dlatego następnego dnia wstajemy przed 4 rano. W chłodzie poranka przejeżdżamy kilkanaście kilometrów pod firmę organizującą loty balonowe. Bus zawozi nas na plac, nad którym powoli pną się w górę kolejne wielkie balonowe czasze. Zawieszeni w powietrzu, w ciszy przerywanej jedynie hukiem potężnego palnika do podgrzewania powietrza, podziwiamy wschód słońca. Blisko godzina ogromnej, wręcz metafizycznej przyjemności.

Kolejny punkt na tureckiej trasie to wznoszący się nad brzegiem jeziora Van wulkaniczny masyw Suphan Dagi. Tu nasz plan zaczyna się sypać. A może to my przestajemy się nim przejmować? Odbijamy na północ do Trabzonu, bo dostajemy cynk, że tam załatwimy wizę do Iranu. Nie planowaliśmy wjazdu do tego kraju, ale co tam! Pierwszego dnia odbijamy się od drzwi. Trzeba gdzieś przenocować, więc wyjeżdżamy w góry. Miejsce mamy piękne i – wydawałoby się – odludne. Suleyman pojawia się znikąd. Na szczęście okazuje się świetnym człowiekiem: znika i po półgodzinie wraca z kolacją.

Następnego dnia mamy wizy. Ruszamy na południe. Wybieramy taką drogę (na mapie wyglądała normalnie), że po 60 km – wykończeni jazdą po ciemku na krawędzi przepaści – rozbijamy obóz obok biednej wiejskiej chatki. Gospodyni kiwa zza okna głową w niemej akceptacji dla naszego pobytu. Rano widzimy to, po czym jechaliśmy nocą: drogę wijącą się piękną wstęgą zboczem potężnej doliny. Wow! A gospodyni, nieśmiało uśmiechnięta, już niesie skromny poczęstunek. Lubimy Turcję mimo wpadki na początku.

Obóz na 3500 m
Ruszamy dalej. Suniemy górskimi serpentynami, mijając przełęcz na ponad 2600 m n.p.m. Za miastem Erzurum dopada nas nawałnica. Trwa kilkadziesiąt sekund, mimo to wychodzimy z niej całkowicie przemoczeni i ze szwankującą elektroniką.

Wreszcie docieramy pod Suphan Dagi. Jesteśmy w malutkiej kurdyjskiej osadzie pasterskiej, leżącej na wysokości 2500 m n.p.m. Litry herbaty wypijamy z Nesimem (nazywamy go Szefem), który nas gości i pod którego opieką pozostawiamy sprzęty. Wreszcie zaczynamy realizować wspinaczkowy etap naszej przygody. Mozolnie wyszukujemy najlepszą drogę na szczyt Suphan Dagi. Do wieczora pogoda nam sprzyja. Obóz rozbijamy na wysokości 3500 m n.p.m.

Nocą wieje tak, że namiot leży nam na głowach. Ranek wita nas zimą i porywistym wiatrem. Próbujemy wspinać się, ale gdy zaczyna błyskać i grzmieć, a śnieżyca ogranicza widoczność niemal do zera, rezygnujemy. W wiosce znowu zostajemy fantastycznie przyjęci. Tym razem gościmy u Selima. Gdy Nesim wraca do wioski, odbiera nas Selimowi i zabiera do siebie. Ponownie siedzimy przy herbacie i dopiero po jej wypiciu możemy iść spać. Nasz pierwszy górski etap nie był udany. Niestety, nie mamy czasu, żeby czekać, aż chmury odkryją wierzchołek Suphan. Czeka na nas Iran.

Ponadplanowy Iran
Na granicy dowiadujemy się, że na motocyklach Iranu nie wjedziemy. Nie ma rady – sprzęty trafiają więc na parking celny, a my, objuczeni plecakami, ruszamy w nieznane. Iran jest ponadplanowy, stanowi największą egzotykę naszej wyprawy. Mamy dużo szczęścia, bo zatrzymuje się przy nas mała chińska ciężarówka, a kierowca, mówiący w miarę dobrze po angielsku, proponuje, że zabierze nas do Teheranu.

O 4 rano ruszamy. Pierwsze godziny nie są tragiczne, ale po 10, 15, a tym bardziej po 20 mamy serdecznie dość kanapy małej ciężarówki. Ostatecznie za namową kierowcy rezygnujemy z Teheranu i jedziemy z nim do Isfahanu (1200 km). Miasto tętni życiem, ludzie życzliwie wołają za nami: „Hello mister, how are you?” (chyba nie do końca rozumieją, co to znaczy, bo kiedy odpowiadamy tym samym, uciekają), a zabytki stoją niemal jeden przy drugim.

Z Isfahanu ruszamy autobusem klasy VIP do najdalej na południe wysuniętego punktu naszej wyprawy – do Szirazu. Irańskie autobusy to klasa: potężne, klimatyzowane europejskie maszyny z mnóstwem miejsca oraz posiłkiem i – co najważniejsze – za śmieszne pieniądze.

W Szirazie dopada nas pech: taksówkarze chcą zedrzeć kasę, kierowca autobusu wysadza nas nie tam, gdzie trzeba, więc musimy na nogach opuścić miasto i liczyć na uśmiech losu. Przychodzi w postaci trójki młodych Irańczyków – Rezy, Sary i Lale. Zabierają nas do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Persepolis i proponują, że rano po nas przyjadą, aby pokazać ich ukochany Sziraz. Starożytne ruiny dawnej stolicy Persów nie robią na nas szczególnego wrażenia. Wracamy do Szirazu i objeżdżamy niemal wszystko, co się da. Niestety, w Iranie za wszystkie atrakcje trzeba płacić, a jak się te kwoty zsumuje, to człowiek wychodzi goły.

Kolej na Teheran. Taksówką jedziemy pod Damawandu, najwyższą górę Iranu. Startujemy z 2500 m n.p.m. Po półgodzinnym marszu trafi a nam się terenówka, dzięki której zaliczamy piękny off-road: pełno dziur i kamieni, z jednej strony ściana, z drugiej przepaść, zakręty trzeba brać na trzy razy. Wyjeżdżamy aż na 3700 m n.p.m. Pod wieczór dochodzimy do schroniska na 4200 m n.p.m.

Atak na szczyt zaczynamy o 6 rano. Jest ciemno i zimno. Damawand nie jest trudny technicznie, natomiast kondycyjnie – owszem. Im wyżej, tym trudniej złapać oddech, powietrze jest rozrzedzone, wiatr zabiera tlen spod nosa. Po ponad 8 godzinach staję na szczycie – 5671 m n.p.m.! Ernest z polską flagą dociera prawie 1,5 godziny później. W namiocie jesteśmy już po zmroku.

Rano na biało
Zaczynamy odwrót z Iranu. W Tabrizie przesiadamy się do autobusu niskiej kategorii i jest to przykra zmiana – brak przestrzeni i upał. Pod koniec przysiada się do nas Morteza, młody przedsiębiorca jadący do Turcji. Bierzemy taksówkę do granicy. Tam nikt nie wie, co z nami zrobić. Na szczęście Morteza w kilka godzin załatwia co trzeba. Gość zapłacił za wszystko, a jak chcieliśmy mu oddać kasę, usłyszeliśmy, że jesteśmy jego gośćmi. Niestety, nie udało nam się przekonać pograniczników, żeby puścili nas tranzytem do Armenii. Albo inaczej – nie dali się przekonać do tego za rozsądne pieniądze. Znowu więc jedziemy przez Turcję, lejąc diabelnie drogie paliwo (ponad 8 zł/l). Za turecko- -gruzińską granicą tankowanie boli o połowę mniej. Około północy lądujemy w Tbilisi w hostelu Opera. Pierwszy na trasie alkohol przyjemnie szumi w głowie. Cały następny dzień zwiedzamy stolicę Gruzji.

Analiza pogody kieruje nas do Armenii. Faktycznie, do wieczora pogoda jest całkiem dobra. Za to rano budzimy się pod białą pierzyną. Z takimi warunkami dużo lepiej radzi sobie moja V-dwójka niż singiel Ernesta. Kończy się tym, że muszę go wypychać. Na szczęście przed Erewanem śnieg przechodzi w deszcz, który po jakimś czasie całkiem ustępuje. W Armenii zwiedzamy klasztory Chor Wirap i Noravank, potem wjeżdżamy na górskie ścieżki i znajdujemy spokój w opuszczonych klasztorach wysoko w górach. Jedziemy wzdłuż jeziora Sewan, ponownie przez stolicę, dalej przez Echmiadzyn ku gruzińskiej granicy.

Nasz czas dobiega końca, a przecież na Kaukazie jesteśmy ledwie kilka dni. Chcemy zobaczyć chociaż legendarną drogę do Omalo. Kierujemy się więc na północ, ku potężnemu łańcuchowi Kaukazu.

Droga jest niewyobrażalnie dziurawa, podmyta, pełna kamieni i odłamków skalnych, poprzecinana potokami. Pnie się serpentynami coraz wyżej. Z jednej strony pionowa skała, z drugiej potężna przepaść. Często mijamy pasterzy idących w dół ze stadami owiec. Wtedy albo stawaliśmy na środku i czekaliśmy, albo mijaliśmy zwierzaki przy krawędzi wąwozu. Brak czasu uniemożliwia nam dojechanie do Omalo, zatrzymujemy się w najwyższym punkcie drogi – na przełęczy Abano, na wysokości prawie 3000 metrów n.p.m. Z Gruzji wyjeżdżamy słynną Drogą Wojenną. Wiza daje nam dwa dni na przejechanie przez Rosję. Kolejną noc spędzamy na Ukrainie, a następną… we własnych łóżkach. Ostatni etap – drobne... 1800 km.

Przygód w bród
Prawda – w porównaniu z tym, co planowaliśmy, mało było Kaukazu w tej wyprawie na Kaukaz. Za to niemało było przygód. Mój prawie 20-letni Transalp ani razu nie zawiódł, XT-ek Ernesta również. W podróży byliśmy 36 dni, nawinęliśmy 10 tys. km na koła, w Iranie pokonaliśmy 3 tys. km. Mamy co wspominać!

To warto wiedzieć
Wizy. 15-dniowa rosyjska, załatwiana przez biuro wizowe, to koszt ok. 450 zł (warto wybrać jako miejsce docelowe takie, którego Rosjanie nie uznają za teren o podwyższonym ryzyku, bo to wydłuża czas otrzymania wizy).

Irańska – z tamtejszego MSZ trzeba dostać kod referencyjny: polecamy Key2Persia (30 GBP), następnie wniosek w konsulacie + 50 euro. Wizę otrzymaliśmy na 90 dni. W przypadku podróżowania pojazdem konieczny carnet du passage.

Turecka – na granicy: ok. 100 zł.

Koszty wyprawy - ok. 5-6 tys. zł

Transport. Ceny paliw w Europie podobne do naszych lub nieco wyższe. Najdrożej jest w Turcji (8 zł/l). W Iranie ropa kosztuje ok. 20 groszy/litr, benzyna zapewne podobnie. Tamtejsze taksówki to pole dla siły perswazji: można stracić dużo kasy, można też sporo zaoszczędzić. Autobusy wysokiej klasy bardzo tanie – ok. 30 zł za 800 km. Gruzja i Armenia to paliwo na poziomie 4-4,5 zł/l. Rosja – ok. 3,5 zł/l. Ukraina – ok. 4 zł/l.

Jedzenie. Mieliśmy spory zapas jedzenia z Polski. W Turcji smaczny obiad to wydatek 12-15 zł. Owoce warto kupować u lokalnych sprzedawców. W Iranie ceny obiadów podobne jak w Turcji. Ceny w Tbilisi podobne do polskich. W Armenii jest nieco taniej.

Pogoda. We wrześniu zachodnia Turcja jest ciepła i rzadko pada. Na wschodzie było ok. 10-12O i bardzo deszczowo. Iran suchy i gorący. Październik w Gruzji i Armenii był słoneczny, z wyjątkiem ataku zimy w tej drugiej. Bywają lekkie przymrozki.

Noclegi. Generalnie namiot. Kilka razy gościnnie w Turcji. Motel w Isfahanie kosztował nas ok. 60 zł/2 os. W Tbilisi nocleg w hostelu ok. 40 zł/os.

Uwaga na irańskich taksówkarzy! Pierwszą ofertę trzeba zlekceważyć, a potem do upadłego targować się. Napisy w ich alfabecie to problem, szczególnie na dworcach. Publiczne toalety w Turcji to dramat!

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole: