Motocykl poleca:

Motocyklistka doskonała na drodze do mistrzostwa – artykuł czytelniczki.

Poleć ten artykuł:

Nasza czytelniczka uczestniczyła w trzech szkoleniach doskonalących technikę jazdy. Postanowiła, że będzie jeździć bezpieczniej, pewniej i przede wszystkim zgrabniej. Czy jej się udało? Przekonajcie się czytając tekst.
Lokalnie, woj. lodzkie.jpg Zobacz całą galerię

Od tych słów, po krótkim zapoznaniu z pozostałymi uczestnikami szkolenia, zaczynało się każde z trzech szkoleń. Pierwsze, dziewicze było niezwykłe także dlatego, że od miejsca szkolenia, czyli wspomnianych w Listopadowym numerze Motocykla Bednar, dzieli mnie 300 km. Musiałam więc pierwszej lipcowej soboty rozruszać siebie i Suzi nieco przed wschodem słońca po to, by przeturlać się przez Łódź, pobzyczeć na nieprzyzwoicie doskonałej, przez co nudnej A2, by w gęstwinie wielkopolskich drzew odnaleźć wjazd do szkoły rozkoszy ponad męczarnią, czyli Test & Training w Bednarach. W przybytku doskonalenia techniki jazdy oczekiwał na mnie i Suzi cierpliwy, wyrozumiały, będący ostoją spokoju i skarbnicą talentu metodycznego Pan Piotr, kryjący za swoimi plecami ogromne przestrzenie doskonale przygotowanego „safety centre”. Miejsca dla wszystkich mnóstwo. Pachołków na slalomach brak, bo ich miejsce zajęły specjalne słupki samowstajki. Trening stopnia pierwszego pozwolił uczestnikom poznać w teorii i wyćwiczyć w praktyce style jazdy w zakręcie, technikę obserwacji, metody hamowania. Szkolenie przebiegało w świadomie zaplanowany sposób, było spójne i dawało uzasadnienie z codziennej jazdy dla każdego, wykonywanego ćwiczenia. Żar lał się z nieba, krople potu przyklejały strój do ciała, podczas gdy na odsłoniętej płycie dawnego lotniska uparcie walczyłam nie tylko ze złymi przyzwyczajeniami, z upartym amortyzatorem skrętu, ale też z własnym strachem przed nadmiernym pochyleniem motocykla i przed narobieniem sobie wstydu w męskim gronie motocyklistów. Walczyłam o swoją pozycję w rankingu motocyklistów, których styl jazdy imponuje i nieustannie zachwyca. Wywalczyłam lekkość, elastyczność i pewność pokonywania zakrętów, technikę bezpiecznego hamowania i lepszą pozycję na moim seksownie sportowym i sportowo seksownym motocyklu. Powrotne gładko przejechane zakręty, chłód lipcowego wieczoru, mrówki w lewej dłoni i rozkoszne mruczenie rozpalonej z emocji i zmęczenia Suzi złożyły się na lepszą mnie.

I tak nastał wieczór i poranek, trening drugi. Częstochowa, teren lokalnego Ośrodka WORD, udostępniony na czas szkolenia trenerom szkoły jazdy Suzuki. Teorię niczym z karabinu maszynowego wyrzucił doskonały trener, w barwach Suzuki, z wyrytym na twarzy doświadczeniem w jeżdżeniu, w nauczaniu, w podnoszeniu na duchu ospałych, wywrotnych, mniej skorych do doskonałości motocyklistów i ich analogicznie nacechowanych rumaków. Teorię spijałam z ust trenera, skrupulatnie zajeżdżając już kolejny wkład długopisu. Ze zrozumieniem przytakiwałam głową na wysyłane sygnały: uda zaciskamy do baku, stopy układamy na śródstopiu, obserwujemy, przewidujemy, reagujemy, płynnie balansujemy motocyklem, w slalom wchodzimy barkiem i biodrem, przy hamowaniu lekko odchylamy się do tyłu, żeby zrobić z siebie tzw. szmatkę, czyli„żagiel”, a potem przyszło brutalne zderzenie bułki z masłem matki teorii z siostrą - twardym orzechem do zgryzienia - praktyką. Krótka rozgrzewka, przysiady, krążenie bioder, rozciąganie, kilka par pękniętych, znów poza moimi, wyłącznie męskich par spodni motocyklowych i na koń. Ósemka. Banalne. Nie raz lambadę ćwiczyłam i na placu na kursie, i na parkiecie, i na parkingu pod marketem.
Jednak w tej mojej autorskiej ósemce zabrakło miejsca, luzu i muzyki. Pierwsze dwie próby zrobiłam z trzęsawicą wewnętrzną i w pozycji na motocyklistkę, która połknęła kij. Dobrze, że powiedzenie mówi: do trzech razy sztuka, bo musiałabym odejść w złej sławie, z podkulonym wydechem. Próba numer trzy. Lepiej, miękko, płynnie. Ulga, znów czuję się na miejscu, w tym świecie zionącym testosteronem. Kolejne ćwiczenia. Slalom, tunel prędkości minimalnej, hamowanie awaryjne, jazda po okręgu, pokonywanie zakrętów, hamowanie awaryjne w zakrętach. Niebo zaciągnięte chmurami, w powietrzu wilgoć, hamowanie w zakręcie ćwiczone już na lekko mokrej nawierzchni. Wszystko pod kontrolą, nawet techniczną. Dostałam zakaz dalszej jazdy na mokrym w zakrętach, gdy trener odkrył, że mam za słabo skręcone zawieszenie do mojej wagi musiej, mysiej, czyli niewielkiej. Trening wyeksploatował mnie psychicznie i fizycznie, ale wracając w deszczu kropli – igieł czułam się na motocyklu stabilniej, pewniej i wygodniej. Uwrażliwiona na konieczność dostosowania pozycji do typu motocykla z rozkoszą przesuwam pupę do tyłu i przyklejam pierś do baku, wspominając słowa trenera „taki motocykl sobie wybrałaś, sportowo masz nim jeździć i sportowo na nim wyglądać”.

I tak nastał wieczór i poranek, trening trzeci. Miasto powiatowe, niedaleko którego mieszkam, teren miejskiej targowicy udostępniony renomowanej szkole nauki jazdy, organizatorowi trzeciego szkolenia, w którym brałam udział. Grono uczestników doborowe, poza instruktorami lokalnych szkół jazdy, dołączyli do niego także moi znajomi motocykliści i dodająca uroku temu męskiemu światkowi na dwóch kołach, koleżanka motocyklistka. Sobotni poranek, 9 października, temperatura łaskawa na poziomie dwóch stopni powyżej zera, słonecznie. Trening prowadzony w myśl hasła: „bezpieczeństwo aktywne”. Teoria ubrana w konkrety z życia prowadzącego szkolenie, wieloletniego instruktora, doświadczonego egzaminatora i motocyklisty, który nie kładzie motocykla w zakręcie, bo zakręty kładą się przed nim samym. Słoik teorii łączący tradycyjne komponenty: technikę jazdy w zakręcie, technikę obserwacji i hamowanie awaryjne, został dopełniony kipiącymi od rzeczowych uwag komentarzami i dramatycznie prawdziwymi filmikami, pokazującymi między innymi, jak jeździć i hamować nie należy. Profesjonalnie, świeżo i konkretnie. Plac, choć przestrzenny nie miał wyznaczonych żadnych linii, pachołki ustawiały się spontanicznie w poszczególne ćwiczenia. Slalom, ósemka, cyrkiel, przeklęta koniczynka, ściana do ominięcia w hamowaniu awaryjnym. Manewry, które znałam z poprzednich szkoleń, na tym szkoleniu sprawiły mi najwięcej trudności. Pachołki były jakoś tak ciasno ustawione, motocykl bujał mi się samowolnie jakby tańczył lambadę poziomą, a trener raz za razem kręcił głową, „nie tak, nie tak”. Mea culpa, mea roztargnienie, mea radość, gdy w końcu zaczęło wychodzić. Było trudno, było ciężko, było warto. Osoba trenera to niespełna 1.80 m charyzmy człowieka, który w średniej szkole zajeżdżał Jawy, WSKi także przy okrutnych temperaturach lutego i patrząc wstecz nie żałuje, że do późnej wiosny musiał chodzić w szaliku, bo zimowe szaleństwa wychodziły mu nosem. Teraz jeździ modelowo, jak na motocyklistę doskonałego przystało, nie ma w jego stylu jazdy błędów, nie zaobserwuje się pomyłek, nie ma niepotrzebnych decyzji, ale jest uśmiech, który konsekwentnie dodaje prądu aurze doskonałości.

Tagi: Test & Training

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij