Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
1.0

Motocyklowa wyprawa do Maroka

Trochę wahaliśmy się z podjęciem decyzji o podróży do Maroka. Po zamachach w Tunezji (wiosna tego roku) biura podróży ograniczyły marokańską ofertę, a nasz rząd ostrzegał przed Afryką. Relacje z pierwszej ręki były jednak bardzo optymistyczne – jedźcie, to bardzo przyjazny kraj. No to pojechaliśmy.

Do Gibraltaru mamy 3,5 tys. km. Michał i Kuba samolotem dolatują do Malagi, dokąd Ania i ja dowozimy na przyczepie cztery nasze motocykle: dwa Suzuki V-Strom 650, Hondę Transalp i Kawasaki KLE 500. Na miejscu dołącza do nas Janusz na BMW GS 1200 Adventure.

Z Malagi jedziemy około 150 km do gibraltarskiego Algeciras. Stamtąd mamy prom do Afryki. Pada i jest tylko 13 stopni na plusie,  choć to koniec maja. Po godzinie rejsu zjeżdżamy z promu. Nasz pierwszy cel to odległe o 150 km Chewchaouene, znane jako Niebieskie Miasto.

Gdy tylko parkujemy w jakimś mocno śmierdzącym zaułku, typ w dresach pyta, czy chcemy kupić haszysz. Wrażenie robią na mnie pomalowane na niebiesko ściany starych kamienic, nawet chodniki są pociągnięte błękitem. W kontraście są czerwone dywany ulicznych sprzedawców, różnokolorowe kapcie, ozdobne piórami kapelusze Berberów oraz kosze przypraw i owoców. Ktoś rzuca po raz kolejny: „Hashish?”, ktoś inny na nasz widok krzyczy: „Poloń – good people!”.

Ifrane, wredna małpa robi rewizję w tankbagu

 

Hashish for you?

Rano jest tylko +6 stopni. W życiu nie widziałem takiej mgły, w jaką wjechaliśmy po drodze do Ketamy. Nie widzę motocykla jadącego 3-4 metry przede mną. W Ketamie po raz pierwszy smakujemy marokańską specjalność: mocną herbatę ziołową z miętą i masą cukru. Właściciel lokalu od herbatki od razu proponuje coś do zapalenia. Gdy wyjeżdżamy na górską drogę, wreszcie robi się ładna pogoda. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, rośnie marihuana, plantacjami są pokryte całe zbocza, każdy kawałek uprawnej ziemi rodzi to, za co gdzie indziej można na długie lata pójść za kratki, rolnicy uprawiają gandzię w każdym ogródku. Widzę stado owiec, które z wielkim apetytem wygryza młode krzaczki „marychy”.

Mała Ania i jej wielkie Kawasaki

 

Nasz kolejny cel to wydmy w okolicach Taouz na granicy z Algierią. Gdy wyjeżdżamy z Ifrane, zauważam małpę z oseskiem uczepionym jej brzucha. Zatrzymuję się, żeby zrobić jej zdjęcie. Zsiadam z motocykla, a ta myk!, i już siedzi za kierownicą. Dwie sekundy zajęło jej otwarcie suwaków tankbaga i przeszukanie jego zawartości. 

 

Rano jedziemy na pustynię do Taouz. Kobiety chodzą tu ubrane na czarno, na nasz widok zasłaniają twarze, odwracają się. Niemal wszyscy mężczyźni są ubrani w tradycyjne arabskie długie szaty. Niemniej zauważam też dziewczynę z odkrytymi włosami i w spodniach.

Handel uliczny w jednym z górskich miasteczek.

Na wylotówce z Taouz spotykamy Janusza, który na wydmy pojechał wcześniej: „Wielbłądy wyłażą tam na drogę, gorąco jak w piekle, pustynia i wydmy wielkie jak bloki”. Gdy Anka wjeżdża między te wielbłądy, nie robi to na nich żadnego wrażenia.

Robi się późno. Janusz znalazł nocleg około 200 km dalej – w Ouaouzagor niedaleko miasta Zagora. Po tankowaniu Anka z Kubą gdzieś znikają. Gnamy w kierunku noclegu i nie możemy ich dogonić. Po drodze unikamy nieoświetlonych trójkołowców, furmanek i samochodów. Gdy znajdujemy punkt noclegowy, jest naprawdę nerwowo, bo okazuje się, że ich tu nie ma. Wysyłamy SMS-y. Po jakimś czasie Kuba odpisuje, że nawigacja wyprowadziła ich w pustynię. Staję na skrzyżowaniu, bo ta miejscowość to raptem jedna chałupa i pusty stragan, więc łatwo ją przeoczyć. Czekam godzinę, półprzytomny ze zmęczenia, i wreszcie przyjeżdżają. Kamień z serca...

Widok z przełęczy Tizi-n-Tichka.

 

Mimo to nie mogę zasnąć. Pościel brudna i pełna włosów. Mam wrażenie, że robale zjadają mnie żywcem. Jest gorąco, mimo to zasypiam w ubraniu. Rano jemy arbuza i zaraz ruszamy. Janusz od tego momentu obiera kierunek powrotny. My zaś jedziemy do Ouarzazate, potem na przełęcz Tizi-n-Test (2092 m n.p.m.), która jest w mojej ocenie najpiękniejszą, jaką do tej pory w życiu widziałem. Do szczytu przełęczy da się dojechać nawet samochodem osobowym. Dalej droga jest dziurawa, miejscami nieutwardzona i tak wąska, że nie miną się na niej dwa auta.

Muezzini na dobranoc

Nocujemy w Ourigane w tonącej w kwiatach oberży Chez Momo. O godz. 22 muezzin zaczyna nawoływać do modlitwy. Po chwili dołącza do niego drugi, z innej górskiej wioski. Ten sam tekst, ale inna melodia. Potem trzeci i czwarty z innych wsi w górach. W ich głosach słychać ogromną ekspresję. To moje najsilniejsze wspomnienie z tego wyjazdu. Następnego dnia rano przebijamy się na drugą stronę pasma górskiego i zdobywamy przełęcz Tizi-n-Tichka (2260 m n.p.m.).

Każdy dzień zaczynamy od omleta lub słodkiego naleśnika z konfiturami. Do tego kawa i herbata miętowa. W drodze zatrzymywaliśmy się w jakimś miasteczku lub wsi na obiad w grillowniach przy ulicy. Duszone warzywa z mięsem lub bez niego to danie o nazwie tadżin, na które już po kilku dniach nie mogę patrzeć, ale wybór jest niewielki. Czasem trafisz na kuskus – michę duszonej kaszy z warzywami z... tadżina.

 

Wąwóz za wąwozem

Kolejny nasz punkt to miasto Teneghir, skąd pojedziemy do kanionów Todra i Dades. W hotelu pytam szefa, gdzie dostanę piwo. Okazuje się, że to tak skomplikowane logistycznie, iż rezygnuję. Wówczas facet wyciąga jakieś tabletki. Mówi, że są tak samo dobre jak piwo, bo namieszają mi w głowie i w oczach. Nie rozumie, że pić mi się chce. Dla niego najwyraźniej, jeśli ktoś chce się napić alkoholu to po to, żeby się odurzyć.

Rano po przejechaniu wąwozu Todra, który warto, wręcz trzeba zobaczyć, jedziemy skrótem na wąwóz Dades. Przy wlocie na skrót zatrzymujemy się, bo droga wygląda nieciekawie: kamienie i szuter. Siedzi tam człowiek, który mówi, że tylko pierwszych 20 km jest „very good” jak teraz, natomiast kolejne 27 km są „impossible” do przejechania. Mimo to ruszamy, najwyżej zawrócimy, a ja biorę go na stopa. Po 20 km mój pasażer wskazuje miejsce, gdzie jest zjazd do koryta rzeki: między głazami płynie mały strumyczek. Natomiast rzeka miejscami była szeroka jak Bug czy Narew.

Wjeżdżamy do kamienistego koryta. Anka, Kuba i Michał walczą, ja zostaję, żeby zrobić zdjęcia. Gdy po chwili odpalam V-Stroma, od razu wybieram złą linię przejazdu. Wpadam w jakieś dziury,  moto wywraca się na mnie. Trąbię, żeby ekipa wróciła mi pomóc, ale bezskutecznie. Pojawia się natomiast mój pasażer i pomaga mi wycofać maszynę. Znowu wieszam się na silniku. Mój nomada ulatnia się na dobre. Gdy wreszcie udaje mi się wyrwać moto z kamieni, wjeżdżam na brzeg drogi, z której kazał nam zjechać nomada. Wyżej jest w miarę równo, jadę więc tak ze 300 m, droga robi się coraz węższa, w pewnym momencie ma już tylko 50 cm szerokości, a dalej urywa się do rzeki. Tu motocykla nie obrócę.

% image id=191243 align=left x=0 y=350 %}

Wycofuję go po kamieniach, ryzykując upadek z 2-metrowej skarpy. W miejscu, gdzie jest ze 2,5 m szerokości, podkładam pod boczną stopkę płaski kamień i próbuję obrócić motocykl. Stopka zsuwa się z kamienia i moto znowu wywraca się na mnie. Wpadam w lekką panikę, że nie dam rady. Po 5 min odpoczynku stawiam moto na dużym płaskim kamieniu, tym razem na centralce. Udaje mi się go przekręcić i wracam do punktu wyjścia. W drugiej próbie wybieram lepszą linię i dojeżdżam do reszty ekipy. Po kolejnych kilku godzinach mordęgi wyjeżdżamy na szuter. Przy drodze leżą kości wielbłąda. Za kilkaset metrów kolejna padlina. Kurzy się niemiłosiernie. Nagle z ostrego podjazdu wypadamy prosto na łuk zakrętu asfaltowej drogi. Nareszcie!

27 stopni zimna na plusie

W zapadających ciemnościach walczymy na drodze R 307 z potężnym wiatrem. Lekki KLE jedzie nachylony pod takim kątem, że jeszcze trochę, a Anka zamknie opony, jadąc prosto. Do tego wszystkiego trafiamy na dziwne zjawisko – termometr pokazuje +27 stopni, a marznę jakby było z 5 na plusie. Jak to możliwe? Anka zatrzymuje motocykl i pokazuje mi zielono-fioletowe z zimna palce. Domyślamy się, że to wiatr funduje taką niespodziankę, że na szczytach pewnie nadal leży śnieg.

Następnego dnia oglądamy wodospad Ouzoud. Woda spada tu kaskadami ze 110 m. Schodzę pod wodospad, mijając obojętne na wszystko małpy i natrętnych handlarzy. Droga powrotna jest zabójcza, schodów jest chyba z 700. W upale, pancernych butach, z kaskiem przywiązanym do paska i tankbagiem na ramieniu ledwo gramolę się na górę.

Ruiny starożytnego rzymskiego Volubilis to ostatni punkt wyprawy. Tę największą archeologiczną atrakcję kraju odwiedzamy w promieniach zachodzącego słońca. Ostatni nocleg mamy w motelu Riff. Gdy po 9 dniach walki z Afryką faceci ściągają buty, Anka kapituluje i idzie spać na dworze. Po południu wsiadamy na prom do domu.   

 

TO WARTO WIEDZIEĆ

Granice.

Bez paszportu nie masz szans wjechać do Maroka. Jak oka w głowie pilnuj dokumentu o wwozie motocykla, który wyda ci marokański celnik. Bez niego maszyna nie wróci do Europy.

Paliwo.

Nieco tańsze niż w Polsce. W małych górskich miejscowościach trudno o stacje paliw, dlatego – mimo zatankowania do pełna (15 l) – Kawa Ani dwa razy dojeżdżała do celu na oparach.

Języki.

Najlepiej znać oczywiście arabski. Marokańczycy mówią też po francusku, większość z nich po angielsku i sporo po hiszpańsku. 

Noclegi.

Hotele i tańsze oberże są usytuowane przy głównych drogach w pobliżu miasteczek. Noclegu zaczynaliśmy szukać na jakieś 2 godziny przed zapadnięciem zmroku. Od 25 do 150 zł za noc – można dużo wynegocjować.

Posiłki.

Śniadania i kolacje, jeśli się dało, jedliśmy w miejscach noclegu. Obiady z miejscowymi przysmakami w miasteczkach w przydrożnych knajpkach z grillami – duszone warzywa, grillowane mięso, sałatki. Wspaniała gorąca herbata miętowa, woda tylko butelkowana. Ceny do wytargowania.

Pogoda.

Przełom maja i czerwca – skrajnie różna na odcinku kilku km czy kilkunastu minut. Od prawie mroźnej w górach do upałów, oprócz tego mgły, deszcz oraz porywisty wiatr na równinach między pasmami górskimi. W maju jeszcze mocno pada w górach, w lipcu wszędzie jest nieznośnie gorąco.

Drogi.

W większości doskonałe, niekiedy przechodzą w długie odcinki głębokiego żwiru, bywają przecinane strumieniami. W górach mogą zamienić się w krótkie etapy off-roadowe. Warszawa – Malaga – Warszawa to około 7000 km w 8 dni. W Maroku około 3500 km w 9 dni.

Koszt wyprawy: 5000 zł/osoba (z czego ponad połowa to koszt dotarcia do Afryki)

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    <p>Mimo obaw i ostrzeżeń, nasi czytelnicy ruszyli na wyprawę do Tunezji. Nie rozczarowali się i przywieźli niesamowite&nbsp; wspomnienia.</p><br /><br /><a href="/artykuly/Motocyklowa-wyprawa-do-Maroka,10517,1">Zobacz artykuł</a>
    ~Motocykl Online, 2016-08-23 15:30:14
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij