Motocykl poleca:

Motocyklowa wyprawa do Moskwy, Sankt Petersburga i Pribałtyki

Poleć ten artykuł:

Ewelina, Darek, Błażej, Marcin i Mateusz postanowili na motocyklach odwiedzić naszych wschodnich sąsiadów. Oto relacja z wyjazdu podczas którego nawinęli na koła 4500 km.

Zobacz całą galerię

Ekipa: Ewelina na Yamasze Fazer 600, Darek na Suzuki VS 800 Intruder, Błażej na Suzuki GSF Bandit 1250 S, Marcin na Suzuki GSX 1250 F i ja, Mateusz, na Suzuki GSF Bandit 650. W pierwszy dzień ja, Błażej i Darek wyjeżdżamy z miejscowości Redło (pow. Świdwin) i kierujemy się na Terespol –miejsce pierwszego dnia i miejsce spotkania z pozostałą dwójką, czyli Marcinem i Eweliną, którzy wyruszają z Łodzi.

W Warszawie okazuje się, że Darek ma problemy z Intruzem: ładowanie padło. Godzina 16, szukamy serwisu. Tam diagnoza – akumulator. Marcin z Eweliną zajeżdżają do Larssona, gdzie kupują nowy. Słońce zachodzi, ale lecimy razem już w piątkę. Gdy dojeżdżamy do Terespola, jest ciemno, szukamy noclegu. Trafiamy pokoje z garażem za 30 zł – to był najtańszy nocleg całego wyjazdu.

Z rana drugiego dnia złote wymieniamy na dolary, bo dolar może wszystko. Granica z Białorusią. Długa kolejka, ciepło, słońce. Czekamy. Wypisywanie (niepotrzebnych) kwitów, dodatkowa opłata za wjazd. Średnio zrozumieliśmy, za co, ale zapłacone, pieczątki się zgadzają, jesteśmy na Białorusi. Kierunek: Moskwa. W Brześciu kontrola na „suszarkę”. Błażej ma jakieś 85, gdy wolno 50 km/h – 10 dolarów mandatu. W Mińsku spotykamy lokalnego motocyklistę, który nas obwozi po mieście. Miasto robi całkiem dobre wrażenie, mimo że w dużej części jest rozkopane i w jednym wielkim remoncie.

Granica białorusko-rosyjska praktycznie niezauważalna, więc wygląda trochę na wschodnie Schengen. Zjeżdżamy na Smoleńsk. Gdy dojeżdżamy do Katynia, zaczyna padać. Na cmentarzu chwila zadumy, spacer po miejscu zbrodni, po czym ruszamy w poszukiwaniu miejsca katastrofy w Smoleńsku. Lokalni mieszkańcy średnio potrafią wytłumaczyć, gdzie mamy jechać. Wreszcie znajdujemy znane z relacji TV garaże niedaleko miejsca wypadku. Przerywamy tam paru ludziom degustację trunku pytaniem o drogę. Jeden odpala skuter i prowadzi nas tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć. Oczywiście mówi, że był świadkiem zdarzenia…

Oglądamy, jak to wygląda. Szczerze: nie zrobiło to na nas większego wrażenia, ot, zwykłe miejsce pod rosyjskim miastem, jest kamień z tablicą pamiątkową, kilka wbitych polskich flag i tyle. Więcej tam bałaganu niż podniosłej atmosfery. Deszcz powoduje, że jest tam tym smutniej.

Z każdym kilometrem bliżej Moskwy w rowach i lasach leży coraz więcej śniegu. Jest jakieś 9 stopni na plusie, do tego deszcz. Rękawice mamy przesiąknięte wodą, w dłonie zimno jak cholera. Mimo to jedziemy non stop, średnia prędkość 120 km/h, lewy pas, bo prawy praktycznie ciągle zajęty przez tiry. Zmęczeni deszczem i jazdą po ciemku przerwę na nocleg zarządzamy w miejscowości Możajsk.

Następny dnia docieramy do Moskwy. Miasto zaczyna się jakieś 40 km do centrum. Droga dojazdowa wywiera na nas niesamowite wrażenie: cztery pasy w jedną stronę, cztery w drugą. Korek niesamowity. Godziny szczytu. Gdy dogania nas jakieś rządowe BMW z kogutem na dachu, przyklejamy się jego tyłu i tak dojeżdżamy prawie do samego centrum. Co chwilę widać jedną z siedmiu sióstr Stalina (rozsiane po Moskwie wieżowce bliźniaczo podobne do warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, tylko trochę mniejsze), pełno pomników, placów, wszystko oczywiście wielkich rozmiarów.

Marcin i Błażej próbują po nawigacji dojechać na plac Czerwony. Widząc zbłąkanych wędrowców z Polski, moskiewski motocyklista oferuje pomoc. Z papierosem w ustach prowadzi nas na plac Czerwony. Tam odstawiamy fury i idziemy na spacer. Foty i szczęście na twarzy, że jesteśmy u celu. Wyjazd z miasta jest równie pełny atrakcji: korki, ciasno, walka o każdy centymetr jezdni.

Kierunek Sankt Petersburg – pakujemy, ile wlezie, byle do zmroku. Błażejowi zaczyna kończyć się opona, w jednym miejscu widać druty. Nie jest dobrze, ale przecież mogłoby być gorzej. Dojeżdżamy do miejscowości Torżok i tutaj nocujemy. Miasto naprawdę z fajnym klimatem, stan dróg co prawda gorzej niż fatalny – krytyczny, ale miasto to wynagradza.

Najbliższe większe miasto po drodze do Sankt Petersburga to Nowgorod. Tutaj planujemy znaleźć oponę. Dzięki pomocy lokalnego bikera znajdujemy jedyny sklep w mieście. Oferuje Shinko za 6000 rubli (10 rubli = ok. 1 zł), ale co zrobić – trzeba brać. Właściciel jedzie po nią do magazynu pod miastem, na miejscu nie do dostania, czekamy godzinę, później jego kolega prowadzi nas pod miasto na szynomontaż – zmianę gumy. Opona zmieniona, wszyscy zadowoleni, chwilę gadamy z lokalnym motocyklistą – właścicielem serwisu, pijemy herbatę w miłej atmosferze i dalej w trasę. W ten dzień znów pada, na szczęście tym razem przelotnie. Kolejny nocleg znajdujemy w Kołpinie.

Następnego dnia w południe wjeżdżamy do Petersburga. Czuć chłodny nadmorski wiatr. Miasto się bawi, jest środa 1 maja – Święto Pracy. W centrum ludzie się bawią, śpiewają, robią sobie z nami zdjęcia, przypinają pomarańczowe wstążki do motocykli na znak święta. W ramach poznawania lokalnych atrakcji jedziemy do Peterhofu. Ten zespół pałacowo-parkowy cara Piotra I z mnóstwem złoceń i fontann robi wrażenie. Potem spacer do zatoki, tam chwila odpoczynku i jedziemy dalej, tym razem na Carskie Sioło. Tamtejszy pałac imponuje wielkością i utrzymaniem. Przerwa na śniadanio-obiad. Przejazd długim mostem przez morze (przy brzegach zamarznięte) kieruje nas na granicę z Estonią.

Tam długa kolejka. Próbujemy na wkręta – niestety, zostajemy cofnięci na koniec. Zbliża się wieczór, czas rozejrzeć się za noclegiem. Niestety, w miejscowości Narva po estońskiej stronie nie ma noclegu ze strzeżonym parkingiem. Dlatego po rosyjskiej znajdujemy robotniczy hotel z parkingiem za szlabanem, który bez zastanowienia bierzemy.

Z samego rana dnia następnego od razu na granicę. Po jakichś 2 godzinach wreszcie jesteśmy w Estonii, gdzie sterujemy na Tallinn. Tam fundujemy sobie objazdowe zwiedzanie, przejazd przez stare miasto, odwiedziny w porcie, po czym obieramy kierunek na Łotwę. W estońskiej miejscowości Parnu znajdujemy hotel z motocyklowym klimatem i pubem na miejscu. Degustacja lokalnych piwek w miłej atmosferze bardzo nam w tym momencie pasuje.

Plan na dzień następny – Ryga. Wyruszamy, po kilku godzinach jesteśmy już w łotewskiej stolicy. Tak jak wcześniej – objazdowe zwiedzanie miasta. Dojeżdżamy do centrum. Tutaj przerwa na obiad, po czym spacer po starówce. Miejsce docelowe na wieczór – litewska Kłajpeda. Jesteśmy tam pod wieczór. Nie możemy tam znaleźć nic wolnego, dopiero z jednych naprawdę fajnych hoteli trafiamy na miejsce + parking.

Z Kłajpedy mierzeją jedziemy do Obwodu Kaliningradzkiego. Tutaj, o dziwo, małe kolejki, więc wjeżdżamy tam po niecałej godzinie. Jesteśmy znów w Rosji. Plan mamy taki, żeby Mierzeją Wiślaną przejechać aż do Polski i kierować się do domu. Niestety, kolejny raz wychodzi prawda, że nie ma co planować, bo zazwyczaj plany legną w gruzach. I faktycznie przydarza mi się mała przygoda. Wskutek awaryjnego hamowania na kostce brukowej delikatnie wywróciłem się na bok. Pierwsza diagnoza nie za dobra: olej cieknie z lewego dekla. Urwane klamka sprzęgła, lusterko i kierunek to już detale. Całe zdarzenie widział pewien pan, który od razu podszedł, pomógł i dał informacje, gdzie jest sklep motocyklowy. Błażej i Marcin od razu tam się udali kupić, co się da. Wrócili po jakieś godzinie z zakupami. Jest klamka, jest superklej silikonowy do metalu na wysokie temperatury i jest litr oleju Motula. Kleimy, montujemy klamkę, w torbę biorę awaryjnie Motula i rura.

Gdy dojeżdżamy do Elbląga, powoli nadchodzi wieczór. Musimy tutaj nocować. W drodze do monopola miejscowi trzy razy zaczepiali nas, zapraszając do siebie, gdyby był jakiś problem. Pijemy pożegnalne piwko, śmiejemy (już) się z mojego upadku, podsumowujemy wyjazd. Na następny dzień rano w Malborku ostatnia fota pod zamkiem i tutaj się rozdzielamy. Już bez żadnych przygód w niedzielę 5 maja jesteśmy domu. W ponad tydzień 4570 km więcej do przebiegu.

Cel wyjazdu: Moskwa. Łącznie nawinęliśmy 4,5 tys. km. Było kilka przygód, na szczęście niegroźnych.

W skrócie:

  • Czas trwania 26.04. – 5.05.2013
  • długość trasy 4,5 tys. km
  • kasa ok. 2 tys. zł + wizy 500 zł
  • paliwo 3 zł/1 l Białoruś i Rosja
  • fajki 5,70 zł paczka Cameli niebieskich (1 osoba może przewieźć 2 paczki i flachę)
  • alkohol - na Białorusi ciut tańszy niż w Polsce, za to jedzenie sporo tańsze: w zajeździe za obiad (syty) zapłaciliśmy jakieś 6 zł; w Rosji alkohol i jedzenie troszkę drożej niż w Polsce
  • noclegi - spaliśmy w hotelach, motelach, gościńcach. Cenowo różnie - 40, 50, 80 zł, raz nawet 120 (ale to już w Estonii, na Łotwie i na Litwie). Mieliśmy namioty, ale pogoda nie pozwoliła ich rozbić.
  • Rosjanie i Białorusini – bardzo pozytywne wrażenie, gościnni i bez żadnej spiny podchodzili do nas. Chętnie służyli pomocą.

Podsumowując: było warto – przygoda życia + nawinięte kilometry.

Tagi: Rosja | Moskwa | Sankt Petersburga | Pribałtyka | Białoruś | Litwa | Łotwa | Estonia

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij