Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.0

Na podbój Dolnego Śląska

Rok temu grupa z Kwidzyna podbijała Bieszczady, w tym roku decyzja padła na Wrocław i okolice.

       Z doświadczenia lat ubiegłych spotkaliśmy się dwa tygodnie przed wyjazdem na omówieniu szczegółów wyprawy. Chętnych jak co roku przybywa i tak było i tym razem. Ekipa składała się z 13 motocykli i 20 uczestników. Plan prosty zwiedzić południowo zachodnią część polski. Tym razem nocleg był w jednym miejscu, a nie jak w latach  poprzednich codziennie gdzie indziej. Po omówieniu szczegółów i zebraniu funduszy na wyjazd pozostało nam jedynie czekać na dzień wyjazdu.
    I stała się światłość, środa 25 czerwca 2016 r. Przed nami ok. 550 km do ośrodka wypoczynkowego w miejscowości Sulistrowice. Wszyscy przybyli punktualnie więc po zrobieniu wspólnej fotki możemy ruszać o godzina 9:00 zgodnie z planem. Jak do tej pory unikaliśmy autostrad tak i tym razem nie złamaliśmy tej zasady. Celem wyjazdów była nie tylko sama jazda ale też zwiedzanie ciekawych miejsc. Jedziemy w kierunku Bydgoszczy by przed samą stolicą Kujaw zrobić sobie 15 minutowy postój. Zajeżdżamy do stylizowanego na amerykańskie miasteczko zajazdu "Dakota". Na wjeździe wita nas właściciel i wyskakując z samochodu zabrania wjazdu na parking tłumacząc brakiem zgody nadzoru budowlanego. Tłumaczymy, że nie będziemy wchodzić do środka i chcemy się zatrzymać na parkingu na 10 minut ale to nie przemawia do człowieka i zamyka bramę wjazdową. Zbieramy się i lecimy dalej. Bydgoszcz to jedno z największe miast na naszej trasie więc żeby je ominąć, a możliwości nie ma jedziemy drogami tranzytowymi. Lecimy krajową 5 do Gniezna gdzie na Orlenie mamy postój na tankowanie. Zgodnie z wcześniejszymi założeniami dzwonię do lokalu gdzie składam zamówienie na obiad. Przy takiej ilości osób to dobre rozwiązanie. Zakładamy przyłbice i gnamy do Kurnika gdzie mamy zwiedzanie zamku i wspomniany posiłek w Tawernie pod Żaglami. Ze względu na brak aktualnych map w GPS-e i pomyleniu dróg nie mamy już czasu na zwiedzanie zamku, oglądamy go jedynie z pozycji naszych rumaków. Jedziemy na drugą stronę tutejszego jeziora do tawerny na obiad. Tu wszystko jest zgodnie z "fifa-uefa". Jest 15:00 a przed nami jeszcze połowa drogi. Ubieramy się i kierujemy dalej drogą 434 na Śrem, Gostyń. Za Rawiczem wpadamy znowu na krajową 5 w kierunku na Wrocław by w Żmigrodzie zjechać na światłach w lewo prosto do ruin pałacu Hatzweldów. Oznaczenie dobre, ale my i tak się lekko zakręciliśmy. Kilka fotek i dalej na Wrocław bo czas nas goni. Przed samą stolicą dolnego śląska skręcamy na drogę S8 - obwodnicą Wrocławia z najdłuższym przęsłem (256 m) i pylonem (122 m) moście Rędzińskim. Trzypasmowa jezdnia w obu kierunkach i potęga budowli robi wrażenie jadąc na motocyklu. Po zjeździe z obwodnicy trzymając się drogi krajowej nr 8 azymutem na Kudowa Słone. Zaczynają się pierwsze problemy. Jednemu z naszych kończy się paliwo i staje na poboczu 3 km przed CPN-em. Gdy ja mu dowożę wachę na stacji paliwowej nieuważny kierowca cofając busa rozwala błotnik naszemu koledze. To nas trochę spowalnia a jeszcze musimy zrobić zakupy bo jutro Boże ciało i wszystko pozamykany. Około 20:00 wpadamy do sklepu i pakujemy po czubek cały kosz (20 gardeł do wyżywienia), czym robimy niemałe zdziwienie tubylców i ekspedientek. Teraz przydaje się nasz samochód techniczny, który jedzie z nami cały czas. W miejscowości Jordanów Śląski skręcamy w prawo i jedziemy do naszej miejscówy. Zaczyna się ściemniać ale nikt nie myśli o spaniu. Wszyscy są zadowoleni, że nikomu nic się nie stało. Jemy kolację, pijemy browary i małymi grupkami udajemy się do domków spać.
    Rankiem 26 czerwca wstajemy czyścimy łańcuchy i jemy śniadanie. To nie tylko Boże Ciało to też Dzień Matki. Z uwagi na to, że w naszej grupie jeżdżą dwa pokolenia motocyklistów mamy też dwie Mamuśki. Specjalnie na tą okoliczność zrobiliśmy im koszulki jakich nikt inny nie ma. Obowiązkowo zakładają je na wyjazd. Palimy maszyny i przed ósmą lecimy na zaplanowaną trasę. Dziś w planie jedynie 250 km, ale sporo zwiedzania. Pierwszym miejscem to XIII w. zamek Bolków, swego czasu największy na Śląsku. Parkujemy pod samym zamkiem. Jak wszędzie w naszych górskich miejscowościach wszystkie parkingi są płatne. Zwiedzamy robimy zdjęcia i na koń, dalej do kolorowych jeziorek w Wieściszowicach. 5 jeziorek o różnych kolorach a najładniejsze na koniec, ale trochę trzeba się wspiąć pod górę. Po udokumentowaniu obrazów wracamy na parking płacimy i ruszamy do Karpacza do XIII w. świątyni Wang przywiezionej z Norwegii. W środku za robienie zdjęć tak jak za parkingi trzeba płacić. Pan przewodnik co chwila powtarza, że trzeba płacić gdy dostaje fleszem po oczach. Zbieramy się i pędzimy drogą 366 do zamku Chojnik koło Jeleniej Góry. Na pierwszym oznakowanym parkingu chcą nas okraść. Pani parkingowa żąda od każdego motocykla 10,00 zł. Opuszczamy to magiczne miejsce i 50 metrów dale przy smażalni ryb parkujemy za free. Chciała nas oskubać na 130,00 zł a nie dostała nic, tak się robi interesy w Polskich górach. Na zamek idziemy, ale nie wszyscy. Część z nas zostaje na rybce. Ruszamy żółtym szlakiem nie wiedząc co nas czeka. My ludzie Pomorza nie jesteśmy przyzwyczajeni do skakania po skałach a tym bardziej, że przyjechaliśmy tu jeździć a nie wspinać się. Widok z wieży zamkowej rekompensuje drogę na zamek. Wejście zajęło nam 50 minut teraz trzeba jeszcze zejść. Na dole pozostali czekają z utęsknieniem (pewno zjedli wszystkie ryby w smażalni). Lecimy kawałek dalej do Szklarskiej Poręby do największego wodospadu - Kamieńczyka. Tu znowu wspinaczka ale trochę lżejsza. Stąd do kolejnego zaplanowanego punktu "zakrętu śmierci" to tzw. "rzut beretem". Robimy fotki i wracamy na tankowanie do Szklarskiej. Jest już późno, na dzisiaj to wszystko, pozostał powrót do ośrodka. Przed wyjazdem z Szklarskiej Poręby zjeżdżamy miejscową drogą nazwaną przez nas "zjazdem śmierci". To tylko 100-200 metrowy odcinek wyłożony "jumbami" ale o nachyleniu chyba ze 45 stopni. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Lecimy krajową 3 przez Jelenią Górę do Bolkowa i dalej do Świebodzic i Świdnicy. W Świdnicy jeszcze raz dolewamy paliwa i pakujemy się na ośrodek. Szkoda, że zalew jest opróżniony z powodu remontu tamy. Na ośrodku zarezerwowane mamy 5 drewnianych domków z dwoma sypialniami. Na górę jednak trzeba wspinać się po drabinie umieszczonej w rogu korytarza. Przed domkami drewniany stół i ławki. Jak dla nas jest to jednak miejsce tylko do noclegów. Obsługa ośrodka bez zastrzeżeń.

Dzień 3 piątek. Ruszamy jak co dzień po śniadaniu o 8:00 krajową 8 do Ząbkowic Śląskich. Tu przy starym rynku znajduje się krzywa wieża a tuż obok ruiny zamku. Zamek miał być otwarty od 9:00 ale nikt nie przyszedł więc ruszamy dalej. Kolejny cel to kopalnia złota w Złotym Stoku. Po drodze przejeżdżamy przez Kamień Ząbkowicki gdzie znajduje się piękny pałac Marianny Orańskiej. Oglądamy czy warto wrócić te parę kilometrów czy lecieć dalej. Większość chce wejść do środka a, że otwarcie dopiero od 10:00 jedziemy do kopalni. Tu całość zajmuje nam ok 2 godziny. Na parkingu widzimy motocykle innej grupy motocyklistów, pewno są w środku bo przy maszynach nikogo nie było. Fajne miejsce i ciekawi ludzie, interesująco i wesoło przedstawiający historię tego miejsca. Czas leci a przed nami sporo atrakcji, wracamy do Kamienia Ząbkowickiego. Tu małe zamieszanie cześć zostawia maszyny na parkingu pod pałacem a część jedzie na górę pod bramę. To nie podoba się "kierownikowi" parkingowemu i nie chcą sprzedać nam biletów. Przestawiamy maszyny i po sprawie. Pałac robi wrażenie, Jest tak duży, że prosimy przewodniczkę żeby nas wypuściła na zewnątrz bo nie mamy tyle czasu. Po zejściu do maszyn większości burczą już brzuchy. Decyzja jednoznaczna lecimy do Kłodzka na obiad. Wbijamy się do centrum i na pierwszym napotkanym postoju pytam taksówkarza gdzie można zjeść; dobrze tanio i szybko (ale nie w MC'Domalds). Podejrzewałem, że odpowie: mówisz o trzech różnych miejscach ale wskazał nam miejsce idealne. Bar u Ani na ul; Jedności 1 okazał się rewelacją. Wszystkie te trzy rzeczy się sprawdziły. Złota prawda - pytaj taksówkarza on zna najlepiej miasto. Najedzeni ruszamy do Kudowy Zdrój do kaplicy czaszek. Po odstaniu swojego w kolejce wchodzimy. Seans trwa 10-15 minut, tu też nie wolno robić zdjęć (a przynajmniej trzeba za to płacić). Przed nami jeszcze jedna pozycja dnia Szczeliniec Wielki. Pniemy się drogą nr 387 tzw. stu zakrętów. Na nasze nieszczęście przed nami jedzie cysterna prędkość spada od 5 do 25 km/h. Dobrze, że to niedaleko od Kudowy. Zajeżdżamy na parking od strony Pasterki i wchodzimy kolejny raz pod górę. Przejście trasą wśród skał jest niesamowite a widok na samej górze jeszcze lepszy. Zbliża się wieczór a nam zostało jeszcze 80 km. Zjeżdżamy z drogi stu zakrętów i teraz zaczyna się jazda. Prawie na samym dole przed miejscowością Bielawa koledze zagotowały się hamulce. Większość z nim została, a ci z przodu polecieli dalej. Dojechaliśmy do Bielawy a tu kolejna niespodzianka, następnemu z nas zabrakło paliwa. Mówię, żeby tu poczekał to mu dowiozę i ruszam dale ale i ja za 200 m staję i nie mogę odpalić maszyny (jak się później okazało spadł mi wąż podciśnienia z gaźnika). Powstaje totalny chaos. Jest późno trzeba zrobić zakupy bo w lodówkach już nic nie ma. Kierowcy jadą po paliwo dla siebie, kumpla i przy okazji dla mnie, a dziewczyny idą w między czasie do sklepu. Zbieramy się wszyscy na stacji i ruszamy do obozowiska. Robi się szaro. Przejeżdżamy Dzierżoniów i lecimy do domków. Gdy wjeżdżamy na ośrodek jest już ciemno. Dzisiaj mieliśmy być o 20:00 a jesteśmy dwie godziny później. W planie ma być tzw. zielona noc na której możemy pozwolić sobie na co nie co. I tak też się dzieje. Zabawę ostatni kończą po 4:00 jest już jasno.
    Sobota 28 maja dzień przedostatni. Plany był taki, że po "zielonej nocy" wyjedziemy po śniadaniu o 10:00. Taki był tylko plan. Jak się okazało niektórzy jak wstali to stwierdzili, że dzisiaj nigdzie nie jadą a inni musieli czekać, czekać i jeszcze raz czekać. Około 13:00 część osób (ci co mogli) ruszyła w przedostatnią drogę, na podbój Wrocławia. Pogoda zapowiadała się fenomenalnie. Ruszyliśmy krajową 8 by przed stolicą województwa odbić do centrum. Pierwszym punktem była hala stulecia, pobliska fontanna i iglica. Niestety gorączka i ogromne korki spowodowały zagotowanie maszyn. Jednemu z naszych tak "spuchł" silnik, że nie mógł odpalić. Zostawiamy maszynę na poboczu i po drobnej przerwie jedziemy na parking pod halę stulecia. Zwiedzamy, robimy foty, pod iglicą coś tam jemy i lecimy dalej. Po drodze zabieramy ostudzoną już maszynę i wpadamy na rynek. Parkujemy koło rzeźby największego krzesła w Polsce (9 m). Na rynku kilka osób ma już dość ciepła i postanawia wracać do ośrodka. Ale ci najwytrwalsi nie rezygnują z planów zwiedzania i udają się droga 94 do Wojnowic pod Wrocławiem. Na miejscu czeka na nas zamek na wodzie. W rzeczywistości stoi na dębowych palach i glinie. Niestety z powodu uroczystości komunijnych nie możemy zobaczyć co jest w środku. Kontynuujemy dalszą podróż dalej drogą 94 do miejscowości Lubiąż. Tu znajduje się zespół klasztorny drugi co do wielkości największy obiekt sakralny opactwo Cystersów. Faktycznie robi wrażenie. Niestety jest już po 17:00 i obiekt jest nieczynny. Ale kolega zaczepia przechodzącego człowieka który okazuje się pilnować tego miejsca i ten postanawia pokazać go nam. Można powiedzieć mamy indywidualną audiencję. Warto tu było przyjechać, opactwo jest ogromne. Zbliża się wieczór i pora wracać do reszty. Po drodze robimy zakupy po 21:00 jesteśmy na ośrodku. Dzisiejszego wieczora nie ma już takiego entuzjazmu jak wczoraj.
    Jak tradycja każe wracamy zawsze inną trasą żeby nie wiało nudą, Jak się wkrótce okaże nie trzeba było się tym przejmować. Po ruszeniu w drogę powrotną wpadamy na obwodnicę Wrocławia i przed mostem Rędzińskim mój motor znowu gaśnie. Kawalkada 13 motocykli zjeżdża na pas awaryjny i staje. Wtedy zapada decyzja dwa motocykle zostają ze mną, reszta jedzie dalej aż zjedzie z obwodnicy i stanie na CPN-e. Okazuje się, że grawitacyjnie spływające paliwo nie nadążało na zapotrzebowanie przy szybkiej jeździe. Dalszą trasę jadę z nożem na gardle z prędkością 80-90 km/h. Jak się okazuje nie tylko ja mam problem. Kumpel ma problem z łożyskiem (huczy i się grzeje). Po zjeździe z drogi S8 za Oleśnicą wpadamy na krajową 25, która prowadzi nas do samego Inowrocławia. W miejscowości Antonin spotykamy resztę grupy. Po tankowaniu gdy mamy ruszać zaczyna lać. Czekamy aż przestanie zakładamy deszczaki. Po paru minutach udajemy się kierunku Ostrowa Wielkopolskiego, Kalisza, Konina tu mała przerwa. Teren jest już całkiem płaski jak u nas, za Koninem muszę znowu dotankować. Koleją przerwa dopiero pod Toruniem na obiad. Po zajechaniu przed lokal okazuje się, że jest zamknięty. Ktoś rzuca hasło, że na wjeździe do Torunia jest jakiś bar. Ruszamy, po dojechaniu stwierdzam, że jest mały i 20 gardeł będzie długo obsługiwał, jadę dalej. Tu wychodzi brak solidarności. Tyły skręcają i zostają. Kolejne zamieszanie. Żeby nie kombinować na drodze jedziemy dalej na starówkę gdzie jest dużo gastronomi. Tak jak myślałem pomimo, że my jechaliśmy dalej to zjedliśmy szybciej. Czekamy na sygnał grupy z przed Torunia. Ruszają i mają na nas czekać za Toruniem. Niestety zmęczenie daje znać o sobie coraz bardziej i nie czekają. Do Kwidzyna dojeżdżamy około 17:00 podzieleni na dwie grupy. Na miejscu wspólna fota. Przeliczamy kasę i okazuje się, że zostało trochę "miedzi". Decyzja jest prosta zapraszamy wszystkich do nas na wieczór jak rok temu. Kończymy około północy.
    Tym razem przejechaliśmy około 1650 km. Więcej zdjęć i filmów można zobaczyć na naszej stronie www.fani2kol.za.pl lub na facebooku. W ten piękny sposób zaliczyliśmy cztery narożniki naszego kraju. Było warto. Pozdrawiamy wszystkich motocyklistów LwG.

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    <p>Rok temu grupa podbijała Bieszczady, w tym roku decyzja padła na Wrocław i okolice.</p><br /><br /><a href="/artykuly/Na-podboj-Dolnego-Slaska,10387,1">Zobacz artykuł</a>
    ~Motocykl Online, 2016-07-12 13:18:02
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij