Motocykl poleca:

Na przełęczach to jest życie! Motocyklem przez Szwajcarię.

Poleć ten artykuł:

Z jednej strony Szwajcaria to z przepiękne i fascynujące alpejskie przełęcze, a z drugiej zaporowe ceny na dosłownie wszystko.         

Zobacz całą galerię

Ustaliliśmy, że o momencie startu zdecydują warunki atmosferyczne panujące na szwajcarskich przełęczach, dlatego czekaliśmy na okno pogodowe. Tomek sprawdzał na bieżąco kamerki na przełęczach, Damian śledził prognozy, a ja miałam na głowie całą logistykę. Ponadto wymyślałam najczarniejsze scenariusze, które mogły przytrafić się nam w trasie. Pewnej środy Tomek oznajmił, że na przełęczach jest czysto i że po drodze może wprawdzie popadać, ale tylko przelotnie i tylko w Niemczech.

Wystartowaliśmy o godz. 5 rano. Było nas troje: Asia (czyli ja) i Tomek Przyłuccy na Hondzie VFR 800 oraz Damian Orzeł na Yamasze FZ6. Damian stawił się na miejsce zbiórki z nowym nabytkiem: bocznymi sakwami opakowanymi w wodoodporne worki. Uprzejmie pochwaliliśmy zakup, po czym ruszyliśmy.

Brzeg – Alpnach 1091 km

Pierwszy postój zrobiliśmy w pobliżu Zgorzelca, przed granicą. Damian zameldował, że gdy wjeżdżaliśmy na stację benzynową, wszyscy oglądali się za nim jak za dziwolągiem. Po chwili wiedzieliśmy, dlaczego: worki na sakwach zmieniły się w dwa wielkie pióropusze w indiańskim stylu. Bez zastanowienia wyrzuciliśmy je do śmieci.

W Niemczech zaczęło popadywać. Tomek spokojnie stwierdził, że to ten przelotny opad, jednak czarne chmury mówiły o czymś innym. Gdy dotarliśmy w pobliże Drezna, przelotny deszczyk zamienił się w ulewę. Gdy zatrzymaliśmy się, żeby włożyć ortalionowe wdzianka w stylu Pi i Sigmy, zobaczyliśmy, że Damianowe sakwy prują się w najlepsze i że Tomek ma mokro w butach z powodu dosyć dużych wywietrzników z przodu. Wybawieniem okazała się taśma klejąca, którą zamknęliśmy wywietrzniki. Pojawił się pomysł, żeby taśmą opasać też sakwy, porzuciliśmy go jednak na rzecz trytek.

Zadowoleni ze swojej pomysłowości i wytrzymałości na trudne warunki pogodowe ruszyliśmy w dalszą drogę. Ulewa do tego stopnia przybrała na sile, że ledwo widzieliśmy jadącego przed nami Damiana. W okolicach Norymbergi zrobiliśmy postój. Lało, wiało i musieliśmy przyznać, że sytuacja jest kryzysowa. Nasz główny meteorolog Tomek przyznał, że trochę podkoloryzował prognozy, że rzeczywiście miało mocno padać, nie przewidział jednak, że w takich warunkach przejedziemy 600 kilometrów.

Okazało się, że Tomkowi w butach teraz już chlupie. Dwie reklamówki okazały się najlepszym patentem. Wyżymając rękawice, zadaliśmy sobie pytanie, które w podróży przytrafia się prędzej czy później każdemu – co robimy? Zważając jednak na to, że byliśmy w połowie drogi – do domu daleko, do celu wydaje się jeszcze dalej – stwierdziliśmy, że przejedziemy 100 kilometrów i jeśli nadal będzie padać, zjedziemy z trasy i przenocujemy. Po około 80 kilometrach zaczęło się przejaśniać, co przyniosło nadzieję, że damy radę dojechać do celu.

O godzinie 17 wjechaliśmy do Szwajcarii. W kraju tym obowiązują winiety roczne ważne od 1 grudnia do 31 stycznia roku następnego, tj. 14 miesięcy. Kosztują 40 franków szwajcarskich, czyli 150 zł za motocykl. Jechaliśmy w kierunku przełęczy, które były celem naszego wyjazdu, i o godz. 21 stanęliśmy w Alpnach na nocleg.

Okolice Meiringen w Prealpach Szwajcarskich

 

Szwajcaria – na przełęcze!

W Alpnach jedyną możliwością był hotel Rossli, wyglądający jak z epoki króla Ćwieczka. Wymęczeni i głodni, postanowiliśmy tu zostać. Gdy pani podała nam ceny za pokoje, zrozumieliśmy, że jesteśmy w Szwajcarii. To był nasz najdroższy nocleg – Tomek i ja w przeliczeniu zapłaciliśmy 750 zł, Damian schudł o 650 zł. Za taką kasę człowiek spodziewałby się choć odrobiny luksusu, okazało się jednak, że pokoiki są małe i zatęchłe, obiad dziko drogi, okoliczne sklepy nieczynne, a hotel o godz. 22.30 zamykają na noc. Z pustymi żołądkami poszliśmy więc spać. W łazience wentylator chodził tak głośno, że Tomek postanowił go wyłączyć. Gdy to zrobił, rozległo się „pstryk” i prąd wysiadł na całym piętrze. Rano prądu nadal nie było, więc Tomek poszedł to zgłosić, nie przyznając się do grzebania przy wentylatorze.

Po kiepskim śniadaniu – z poczuciem, że z tym szwajcarskim powietrzem to jakaś ściema – ruszyliśmy tam, gdzie nas ciągnęło: na przełęcze.

Na trasie między Nufenenpass a Furkapass

 

Krowy jak z Milki i świstaki

Mieliśmy piękną pogodę, zaczęliśmy więc doceniać widoki i szwajcarskie mijane miasteczka. Dojechaliśmy do miejscowości Brienz leżącej nad pięknym jeziorem Brienzer. Znaleźliśmy apartament za jedyne 240 zł za dobę. Pokoje były akademikowe, śniadania podłe, ale bezpośredni dostęp do jeziora rekompensował wszystko.

Ponieważ Sustenpass jest uznawana za najpiękniejszą przełęcz w Alpach, nie mogliśmy jej pominąć. Nie zawiedliśmy się! Po Sustenpass ruszyliśmy na Nufenenpass. Po drodze mijaliśmy urokliwe miasteczka, na każdym kroku witały nas szyldy „Biker willkommen”, krowy jak z reklam czekolady Milka pasły się, wykazując stoicki spokój. Co jakiś czas na postojach słyszeliśmy gwizdanie – to świstaki informowały siebie wzajemnie przed niebezpieczeństwem.

Wjeżdżając na Nufenenpass, wiedzieliśmy, że jest to najwyższa przełęcz Szwajcarii (2500 m n.p.m.). Mocno tam wiało i było chłodno. Następną, a zarazem ostatnią przełęczą dla nas był Grimselpass – jedna z 10 najważniejszych dla motocyklistów przełęczy szwajcarskich. Kolejne winkle odsłaniały przepiękne widoki na jeziora. Po osiągnięciu szczytu (2165 m n.p.m.) ruszyliśmy w dół do Grimsel Hochspitz – tamy na jeziorze Grimselsee.

Ostatni dzień w Szwajcarii postanowiliśmy poświęcić na Interlaken. Miejscowość okazała się typowo turystyczna. Minęliśmy Hotel Grand, w którym 3 dni kosztują 21 tys. zł, pospacerowaliśmy po ulicach pełnych sklepów z zegarkami i czekoladą, po czym przy kawie  (ok. 17 zł) podsumowaliśmy wyjazd. Na ostatni obiad w Brienzu wybraliśmy się na kebab. Myśleliśmy, że będzie taniej niż reszta, ale okazało się, że zjedliśmy najdroższy kebab w życiu – 40 zł za osobę. Wieczorem, siedząc na ławeczce, zadowoleni z wyprawy i zrealizowanego planu, który chodził nam po głowie od dwóch lat, powdychaliśmy jeszcze to cenne powietrze, po czym zaczęliśmy planować powrót.

Brienz – Brzeg: 1131 km

Przez cały powrót towarzyszyła nam piękna pogoda. Do domu dotarliśmy wieczorem z poczuciem, że wyprawa była wspaniała, mimo to powtórki nie będzie. Przed nami inne kierunki i przygody...            

 

Tagi: Szwajcaria | turystyka na motocyklu

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij