Motocykl poleca:

Podróż dookoła świata 2002 (cz. 5)

Poleć ten artykuł:

Pustka po horyzont, potworny upał, bezkresne piachy. Dla rajdowców-maratończyków to normalka. Ale dla naszych niestrudzonych podróżników Michała Kubiaka i Joanny Kulickiej oraz ich luksusowego zaprzęgu to wręcz niewiarygodne wyzwanie.
Zobacz całą galerię

Sudan, kraj niestabilny, targany wojną domową. Walczy tam pięć niezależnych armii powstańczych. W dodatku jedna z nich kilka dni przed naszym przyjazdem zajęła na krótko miasto Kassala. Miasto, przez które będziemy musieli przejechać, by dotrzeć do Erytrei.

Pierwsze kroki stawiamy w mieście Wadi Halfa przy granicy w Egiptem. Na mapach ma wielkość Warszawy czy Wiedenia. Mieliśmy więc spore oczekiwania. Szybko przekonaliśmy się, że nie ma tu nawet metra asfaltowej drogi. Domki z suszonego mułu postawione bezpośrednio na piaskach. W niektórych nie ma nawet podłogi. Kolejny problem to droga przez Pustynię Nubijską. Na mapie jest zaznaczona piękna droga międzynarodowa, w rzeczywistości żadnej drogi tu nie ma! Nawet ścieżki dla wielbłądów. Pomiędzy miastami jest tylko i wyłącznie pustynia. No to wpakowaliśmy się w niezły pasztet. Nie muszę chyba nikogo specjalnie przekonywać, że nasza Yamaha nie została skonstruowana na rajd Paryż-Dakar, na dodatek 320-kilogramowa przyczepka. Jednak bez walki się nie poddamy. Na kolację próbujemy miejscowego przysmaku, który nazywa się ful. Jest to świeżo upieczona bułka z gotowanym bobem, rozgniatanym butelką po coca-coli. Do tego pół szklanki oleju. Brzmi niezbyt apetycznie, szczególnie ten olej, ale smakowało naprawdę nieźle.

[baner_1]


Obniżamy ciśnienie powietrza w kołach do 1 atm. i ruszamy. 710 kilometrów do asfaltowej nawierzchni. Nie wyjechaliśmy jeszcze z miasta, gdy zaliczyliśmy pierwszą figurę. Niezrażeni jedziemy dalej. Na obniżonym ciśnieniu, motocykl prowadzi się znacznie ciężej i wyjątkowo opornie reaguje na ruchy kierownicy, ale za to mniej zapada się w piasku. Musimy rozsądnie rozplanować zapasy jedzenia i wody. W przyczepie mamy 14 litrów picia i żywość na dwa tygodnie. Do tego 42 litry benzyny. Stawka jest wysoka. Gdy zabraknie nam paliwa na pustyni lub popsuje się motocykl, musimy wziąć zapasy w ręce i dojść do najbliższej stacji kolejowej. Kolej to nasza jedyna szansa przeżycia. Musimy tam przeczekać 5-6 dni do przyjazdu najbliższego pociągu. Początkowo jedziemy w pobliżu linii kolejowej, piasek jest tu bardzo grząski. Ale boimy się wjeżdżać w głąb pustyni. Nie trzeba długo czekać, wkrótce zakopujemy się na dobre. Pierwsze odczepianie przyczepki, saperka w dłoń i bawimy się w krety. Całość zaprzęgu to 820 kg, nie ma żartów. Z biegiem czasu zaczynamy się uczyć pustyni. Jak rozpoznawać miękki piach, a jak twardy. Których wydm należy unikać, a przez które bez trudu przejedziemy. Stopniowo zaczynamy coraz bardziej oddalać się od torów. A im dalej od kolei, tym piasek mniej rozjeżdżony. Możemy przyspieszyć. Miejscami przekraczamy nawet 25 km/h. Motocykl spisuje się znakomicie. Mimo że od kilku godzin bezustannie jedziemy na 1. lub 2. biegu, nie przegrzewa się i ciągnie bez zarzutu. Na horyzoncie pojawiają się fatamorgany.

Na noc zatrzymujemy się w pobliżu stacji nr 5 i pół. Ciekawa nazwa, prawda? Nikt tu nie mieszka, szczątkowe zabudowania robią wyjątkowo posępne wrażenie. Tego wieczoru i przez kilka kolejnych nie ma takich luksusów, jak mycie. Każda kropla wody może nam się przydać. Mimo początkowego stresu, noc w namiocie na pustyni minęła wyjątkowo spokojnie. Rano ruszamy dalej. Po godzinie dojeżdżamy do stacji nr 6. Mieszka tu chyba z 10 osób. Miejscowi zapraszają nas na posiłek. W jednej dużej misce podano bliżej nieokreśloną breję. Każdy po kolei wkłada rękę do miski, wybiera to, co lubi, ugniata w kulkę i hop do buzi. Asia aż się skrzywiła, ale ja zajadałem ze smakiem. Nie zostajemy długo, ruszamy dalej. Znów tylko pustynia z każdej strony. Minęło południe i temperatura doszła do 30°C. My w kurtkach, rękawicach i długich butach. Gorąco jak diabli.


Wioska na południe od Chartumu – wiele plemion do dzisiaj mieszka w takich trzcinowych chatkach. 

Kolejnego dnia krajobraz się zmienia. Podłoże jest teraz znacznie twardsze i równiejsze, można jechać szybciej, rekord to 70 km/h. Zatrzymujemy się na środku idealnie gładkiej i idealnie białej równiny. Po horyzont dosłownie NIC. Kompletna pustka. Bez kompasu można by wpaść w panikę. Kompletnie żadnego punktu odniesienia, niewiarygodne. Codziennie zakopujemy się ok. 10 razy, w tym 3-4 to bardzo ciężkie sytuacje. Godzina albo lepiej, saperka, odczepianie przyczepy itd. Kolejnego dnia widzimy pierwsze zwierzęta na pustyni. Dwa zdechłe i wysuszone wielbłądy.

W końcu po 380 kilometrach pustyni dojeżdżamy do pierwszego miasta – Abu Hamed. Wszyscy gapią się na nas jakbyśmy przyjechali z innej galaktyki. Obiad w podrzędnej knajpie i w dalszą drogę. W tym mieście kończy się jazda przez dziewiczą pustynię, teraz będziemy przedzierać się piaszczystymi szlakami wzdłuż Nilu. Przeprawiamy się promem na drugą stronę. Potworny upał, a my już nie mamy wody. Pijemy przegotowaną wodę z rzeki. Kolor i konsystencja przypomina słabą herbatę. Jest brązowawa i pływają w niej różne farfocle. Dziwne, ale się nie rozchorowaliśmy. Pas zieleni przy rzece ma 50-150 metrów i jest tylko jedna piaszczysta droga, trudno zabłądzić. Na noc zaprasza nas jakiś miejscowy, częstuje wspaniałą herbatą z mlekiem i świeżymi daktylami.

Wydawałoby się, że jazda nawet najgorszą drogą będzie lepsze niż jazda pustynią. Niestety nie. Piaszczysty trakt pocięty koleinami dochodzącymi do 40 cm głębokości to istny koszmar. Momentami motocykl zawieszał się kuframi w koleinach, tak że koło nie dosięgało gruntu. Co kilkanaście km półgodzinna przerwa. Niemal całe dni na pierwszym biegu. Tu pobiliśmy niechlubny rekord naszej wyprawy. Przez 12 godzin potwornego wysiłku pokonaliśmy zaledwie 20 kilometrów. Dni niewiele różniły się od siebie – gorąco, piach ima- ło przejechanych kilometrów.

     
Po dwóch tygodniach przekopywania się przez piaski każda zieleń zadziwia, jakby się ją widziało pierwszy raz w życiu. 
Również w Sudanie, tak jak w Egipcie widzieliśmy piramidy. Były one jednak znacznie mniejsze. 
Gdyby nie saperka, na pewno nie bylibyśmy w stanie przejechać pustyni. 

Gdy w końcu droga stała się twardsza, zacz ęły się wzniesienia. Kiedy wyglądało, że przyspieszymy, najechaliśmy na ostrą skalę wystającą z drogi. Huk, oglądamy się za siebie, a na drodze gruba czarna strużka oleju. No to leżymy. Zbieramy resztki połamanej miski olejowej i siadamy bezradnie przy motocyklu. Na szczęście jesteśmy blisko Nilu. Zostawiamy motocykl w pobliskiej wiosce Zumama i jedziemy 80 km do najbliższego miasta. Znajdujemy tam starą spawarkę z 1954 roku i równie stare elektrody. Jakoś poskładaliśmy miskę do jednego kawałka. W liczne dziury nalaliśmy kleju. Dalekie to od doskonałości, ale trzyma zupełnie nieźle. Po dwóch dniach wracamy do motocykla. Wszystko czekało na nas w jak najlepszym porządku. Olej mieliśmy ze sobą, więc przynajmniej z tym nie było problemów.

Ponownie przekraczamy Nil i zbliżamy się do Atbara. W mieście jemy, robimy zakupy i ruszamy w kierunku stolicy. Po 710 km po pustynnych piaskach i bezdrożach wjeżdżamy w końcu na asfalt. Jedynka, dwójka, trójka, co za rozkosz. Gdy przekraczamy 50 km/h, Asia krzyczy, że za szybko. Nie ma się co dziwić, blisko dwa tygodnie jechaliśmy na jedynce i dwójce, a tu nagle takie prędkości. W Chartumie zatrzymujemy się u poznanej po drodze polsko-sudańskiej rodziny. Rejestracja na policji zajmuje nam jedyne 2,5 dnia. Zdobycie zezwolenia na przejazd do Erytrei kolejnych kilka. Pobyt w Chartumie to czysta sielanka. Wycieczki na ryby nad Nil, muzea i wypoczynek. W końcu ruszamy dalej, na południowy wschód. Droga nie najlepsza, ale porównując z pustynią to prawdziwa autostrada. Zbliżamy się do miasta Kassala, zajętego miesiąc temu przez partyzantkę i odbitego po krótkich bojach. Na rogatkach miasta wojsko. Długie rozmowy, skąd, dokąd jedziemy. Granica jest już zamknięta, musimy czekać do jutra. Po 15 km asfalt się kończy, kolejnych 10 pomiędzy chatkami z trzciny. Zatrzymujemy się przy budynku z wywieszoną flagą narodową. To tu. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi turystami, którzy dotarli tu własnym pojazdem. Oficjalnie wojna skończyła się półtora miesiąca temu. Żołnierze dopiero uczyli się procedur odprawy granicznej. Niemniej, już po 2 godzinach wjeżdżaliśmy do Erytrei.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij