1 sierpnia 2013 roku wyjeżdżam z Cieszyna. Mnie i moją Yamahę XT 600 żegnają Andrzej Rduch – mój wieloletni mechanik – i kilku bliskich znajomych. Lecę na Zawoję, następnie w Tatry. Koło południa, wyposażony w kilka litrów wody, kotlety od mamusi i snickersy, idę nad Morskie Oko.

Jestem tam koło godz. 14, a jakieś 2 godz. i 40 min później oglądam świat z Rysów. Gorzej mi idzie ze schodzeniem, bo w tej kwestii to ja więcej ciapa jestem. Na parking docieram po ciemku. Nie chce mi się szukać noclegu, na szczęście pozwalają mi przespać się przy motocyklu. Następnego ranka lecę w Bieszczady. Jest gorąco, spora część trasy na Komańczę w remoncie, więc w sumie wątpliwa przyjemność.

Nóż na granicy

Polsko-ukraińska granica w Krościenku. Gdzie te czasy, gdy granica ukraińska siała grozę? [Czyżby właśnie wracały? – red.]. Teraz jest miło i kulturalnie. Pytają, czy mam przy sobie nóż. Ano mam. Nawet dwa. Kazali pokazać, pokazałem i pojechałem. Przejazd przez Lwów to masakra – miasto rozkopane na amen. Plan mam taki, by jak najszybciej przelecieć przez Ukrainę na Krym i dołem wjechać do Rosji. Dlatego zatrzymuję się tylko w Odessie. Nie znoszę dużych miast, natomiast Odessę uwielbiam, więc zawsze chętnie tu zaglądam.

Dalej jadę na wschód do mieścinki o nazwie Kercz. Startuje stamtąd prom do Rosji. Dlaczego lecę tędy, a nie krótszą drogą? Po to, by kolejny raz przejechać przez Kaukaz – to moje ulubione góry. Ta Rosja to w ogóle fajny kraj. Porządne drogi, tanie paliwo (nawet 3 zł/l), przyjaźni ludzie. Czeczeńskie miasto Grozny wcale nie jest takie groźne, nawet mimo że przed wjazdem biorą ode mnie odciski palców. W mieście spokojnie. Wszędzie bardzo dużo policji i wojska. Czasem śpię przy posterunku policji – zawsze się zgadzają, no i jest bezpiecznie.

Z Czeczenii śmigam przez Republikę Kałmucką i Dagestan, gdzie nagle wpadam w stepowe krajobrazy. I tam spotykam fajnych ludzi – mieszkańców Republiki Kałmuckiej. Są potomkami Czyngis Chana, żyją w Rosji już ze 400 lat. Przed Astrachaniem spotykam dwójkę Tajwańczyków jadących rowerami do Europy. Niesamowite! Granicę z Kazachstanem przekraczam w nocy. Mam w tym kraju sporo do przejechania, by dotrzeć do Kirgistanu.

Pierwsze wrażenia? Drogi to jakiś kosmos: jadę ciągle na pierwszym lub drugim biegu. Za to przyjemnie się tankuje, bo litr paliwa kosztuje jakieś 2,20 zł. Na szczęście później drogi uległy poprawie, więc, mijając po drodze wiele wielbłądów, lecę do Atyrau. Stamtąd planuję jechać na Aktobe, ale spotykani ludzie z Europy radzą, żebym z tego zrezygnował – dziury mają ponad metr głębokości, piach, rzadko uczęszczana trasa. Każdy, kto tam był, zniszczył samochód, rower lub motocykl. Czyli trzeba jechać przez Uralsk, tzn. nadłożyć kilkaset kilometrów.