Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
2.8

Podróż motocyklem do Azji Centralnej: Afganistan trip

To była moja już dziesiąta wyprawa. Mimo to i tym razem miałem tak jak poprzednio – nerwówka do ostatniej chwili, po tysiąckroć sprawdzanie wszystkiego, decydowanie, co trzeba wziąć koniecznie, a co jest zbędne.

Afganistan podróż motocyklem Przełęcz Ak Bajtał. Nigdy w życiu nie byłem tak wysoko, a do tego jeszcze motocyklem!

1 sierpnia 2013 roku wyjeżdżam z Cieszyna. Mnie i moją Yamahę XT 600 żegnają Andrzej Rduch – mój wieloletni mechanik – i kilku bliskich znajomych. Lecę na Zawoję, następnie w Tatry. Koło południa, wyposażony w kilka litrów wody, kotlety od mamusi i snickersy, idę nad Morskie Oko.

Jestem tam koło godz. 14, a jakieś 2 godz. i 40 min później oglądam świat z Rysów. Gorzej mi idzie ze schodzeniem, bo w tej kwestii to ja więcej ciapa jestem. Na parking docieram po ciemku. Nie chce mi się szukać noclegu, na szczęście pozwalają mi przespać się przy motocyklu. Następnego ranka lecę w Bieszczady. Jest gorąco, spora część trasy na Komańczę w remoncie, więc w sumie wątpliwa przyjemność.

Nóż na granicy

Polsko-ukraińska granica w Krościenku. Gdzie te czasy, gdy granica ukraińska siała grozę? [Czyżby właśnie wracały? – red.]. Teraz jest miło i kulturalnie. Pytają, czy mam przy sobie nóż. Ano mam. Nawet dwa. Kazali pokazać, pokazałem i pojechałem. Przejazd przez Lwów to masakra – miasto rozkopane na amen. Plan mam taki, by jak najszybciej przelecieć przez Ukrainę na Krym i dołem wjechać do Rosji. Dlatego zatrzymuję się tylko w Odessie. Nie znoszę dużych miast, natomiast Odessę uwielbiam, więc zawsze chętnie tu zaglądam.

Dalej jadę na wschód do mieścinki o nazwie Kercz. Startuje stamtąd prom do Rosji. Dlaczego lecę tędy, a nie krótszą drogą? Po to, by kolejny raz przejechać przez Kaukaz – to moje ulubione góry. Ta Rosja to w ogóle fajny kraj. Porządne drogi, tanie paliwo (nawet 3 zł/l), przyjaźni ludzie. Czeczeńskie miasto Grozny wcale nie jest takie groźne, nawet mimo że przed wjazdem biorą ode mnie odciski palców. W mieście spokojnie. Wszędzie bardzo dużo policji i wojska. Czasem śpię przy posterunku policji – zawsze się zgadzają, no i jest bezpiecznie.

Z Czeczenii śmigam przez Republikę Kałmucką i Dagestan, gdzie nagle wpadam w stepowe krajobrazy. I tam spotykam fajnych ludzi – mieszkańców Republiki Kałmuckiej. Są potomkami Czyngis Chana, żyją w Rosji już ze 400 lat. Przed Astrachaniem spotykam dwójkę Tajwańczyków jadących rowerami do Europy. Niesamowite! Granicę z Kazachstanem przekraczam w nocy. Mam w tym kraju sporo do przejechania, by dotrzeć do Kirgistanu.

Pierwsze wrażenia? Drogi to jakiś kosmos: jadę ciągle na pierwszym lub drugim biegu. Za to przyjemnie się tankuje, bo litr paliwa kosztuje jakieś 2,20 zł. Na szczęście później drogi uległy poprawie, więc, mijając po drodze wiele wielbłądów, lecę do Atyrau. Stamtąd planuję jechać na Aktobe, ale spotykani ludzie z Europy radzą, żebym z tego zrezygnował – dziury mają ponad metr głębokości, piach, rzadko uczęszczana trasa. Każdy, kto tam był, zniszczył samochód, rower lub motocykl. Czyli trzeba jechać przez Uralsk, tzn. nadłożyć kilkaset kilometrów.

Tylko 35 na plusie

Fajna sprawa w Kazachstanie jest taka, że szukanie miejsca na nocleg trwa na ogół kilka sekund. Zjeżdżam 10 metrów z drogi, rozkładam namiot i dobranoc. Co do temperatur – któregoś wieczora bardzo się ochłodziło: termometr na jakiejś stacji benzynowej pokazuje +35°C. Miasta są co kilkaset kilometrów, więc muszę pilnować, by mieć wystarczająco dużo paliwa i wody. Odcinek na Kyzylordę to 400 km męczarni: ciągle jakieś objazdy, jazda w piachu, do tego bardzo mocny wiatr i ciężarówki wyprzedzające tak, że włosy stawały mi dęba.

Pod koniec Kazachstanu skończyła mi się kasa i musiałem nieco pogłówkować, żeby jechać dalej. Wyruszyłem z Cieszyna, mając w kieszeni ledwie jakieś 1500 zł. No, ale inaczej bym nigdy nie wyjechał... Błyskawiczna internetowa ściepa motocyklistów uratowała mi skórę. Kieruję się na Taras, stamtąd już niedaleko do granicy z Kirgizją. Na granicy panowie pogranicznicy mówią, że powinienem był zarejestrować się na policji w Kazachstanie, ponieważ byłem w tym kraju ponad 5 dni.

Normalnie brak rejestracji oznacza sporą karę, na szczęście tylko odsyłają mnie do najbliższego miasta, bym zdobył stempelek i wrócił na granicę. Po chwili panowie rozumieją, że nie pojadę, bo jest to dla mnie całkowita głupota, więc mnie puszczają. Kirgizja to od razu coś innego. Pojawiają się górki i nieco inne widoki.

Zatrzymuję się w Talasie, by kupić lokalną walutę – som – i mnóstwo jedzenia. Drugi raz od startu jem tu mięso. Pierwsze było w Odessie – kebab. W Talasie zjadłem jedną z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek miałem w ustach – coś jak jagodzianka, ale z nadzieniem ze smażonych ziemniaków i kawałków mięsa.

W Kirgizji raz przekraczam prędkość (jadę 87 km/h, gdzie wolno jechać 60) i przyszło płacić. Ile? Niebotycznych 12 zł. Lecę na przełęcz Otmok. Ledwo ponad 3000 m n.p.m., ale paskudnie zimno. Jadę na ogół głównymi drogami na Osz i Sary Tasz. Jest bardzo widokowo. Kręcą mnie ichniejsze cmentarze, niezły klimat. Spotykam czasem motocyklistów z Europy. Na ogół na terenowych sprzętach, chociaż zdarzył się napaleniec na Ducati!

15 km ziemi niczyjej

W Sary Tasz tankuję pod korek, bo wiem, że później przez ponad 200 km nie będzie żadnej stacji. Granica Kirgizji z Tadżykistanem znajduje się na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Między punktami kontroli granicznej jest jakieś 15 km ziemi niczyjej. Do Tadżykistanu wjeżdżam w nocy.

Od teraz przezkolejnych kilkaset kilometrów droga biegnie zawsze powyżej 3000 m n.p.m. Niektóre przełęcze wspinają się sporo ponad 4000 m n.p.m. W ciągu dnia temperatury są znośne, a jak trafi się ciepły dzień, to nawet na ponad 4000 m można sobie pozwolić na krótkie rękawki. Jadę Pamir Highway na Murgab.

Pojawia się przełęcz Ak Bajtał – ponad 4600 m. Kurczę, nigdy nie byłem tak wysoko! Inny mój pierwszy raz to możliwość oglądania na własne oczy jaka, a nawet całe ich stado. Afganistan? Nie teraz W Khorogu (Tadżykistan) idę do ambasady Afganistanu. Okazuje się, że wizę do tego kraju mogę otrzymać bez większych kłopotów, tyle że wcale nie daje ona gwarancji, że wjadę do tego państwa.

Niektórym mimo wizy nie udaje się wjechać. Innym się udaje, ale za dodatkowych parę zielonych. W dodatku w Afganistanie podobno panuje epidemia cholery. Przemyślałem sprawę i stwierdziłem, że odpuszczam. Słabo stoję z kasą, w dodatku źle sobie ustawiłem terminy z wizami i z racji goniącej mnie krótkiej wizy do Kazachstanu mógłbym spędzić w Afganistanie ze 2-3 dni. A to mnie nie urządza.

Zamiast więc wizyty w Afganistanie jedynie przejeżdżam kawałek na południe wzdłuż granicy tadżycko-afgańskiej. Zaczynam powrót. Powoli się ochładza, choć na razie tragedii nie ma. Przede mną Rosja i Ukraina, a tam może być gorzej. Znów jadę przez Pamir Highway. Ja to w sumie terenowa ciapa jestem, więc nie zapuszczam się w dziki teren. Ponownie przejeżdżam przez przełęcz Ak Bajtał.

Po kilkuset kilometrach jestem w Kirgizji, gdzie jest nieco cieplej, o ile nie pokonuję jakiejś przełęczy. Fajny jest odcinek z Sary Tasz do Osz – mogę trochę odpocząć. Nocą w górach jest już zimno, nawet bardzo. 

Kazachstan w 5 dni

Wjazd do Kazachstanu oznacza, że kilka kolejnych dni będzie ciepłych. O dziwo, znaczna część remontowanej ostatnio drogi już jest naprawiona. Ależ się z tym uwinęli! Tym razem próbuję przejechać przez cały Kazachstan w mniej niż 5 dni, by nie musieć się rejestrować. W sumie tragedii nie ma, bo to tylko ponad 2000 km, ale obijać się nie mogę. Tym bardziej że ja generalnie lubię wolno jeździć.

Po drodze gubię karimatę, więc kupuję jakiś kocyk. Raz zapominam zatankować, więc potem zatrzymuję samochody i proszę, żeby mi trochę wlali. Kilometry przyjemnie uciekają. Pod koniec mam trochę nerwówki, ale zdążam. Na granicy melduję się o godz. 23:35, czyli na 25 minut przed chwilą, która mogła dla mnie oznaczać kłopoty. W Rosji zdziwienie – nie chcą mi wymienić tenge (waluta Kazachstanu) na ruble. Dlaczego? Bo nie, i już. Nie, bo nie.

Na szczęście przypadkiem trafiam na sklep gościa, który handluje z Kazachstanem. Facet bez problemu wymienia mi kazachską kasę na ruble po dobrym kursie. Teraz powrót do domu to już raczej formalność. Wracam nie przez Kaukaz – objeżdżam go od północy. Generalnie chłodno się robi. Jesień idzie. W Saratowie w końcu (pierwszy raz podczas tej podróży!) wymieniam olej.

Trafiam tam na migdałowe snickersy, których w Polszy nie znamy. Ukraina wita mnie deszczem i ten stan nie ulega zmianie przez kilkaset kilometrów. Później robi się nieco lepiej, ale w Polszy znów ulewa jak cholera.

16 430 kilometów

Zanim docieram do mety wyprawy, na trzy dni zatrzymuję się u brata w Krakowie. Potem ruszam do Cieszyna. Podczas ostatniego dnia podróży licznik pokazał 150 000 km. Całość mojej wyprawy to 7,5 tygodnia i 16 430 km.

to Warto Wiedzieć:

Wizy
Wszystkie wyrobiłem w Pradze, bo tam z mojego Cieszyna najbliżej. Najdroższa była ta do Tadżykistanu, bo mój paszport powędrował do Berlina. Lepiej załatwić to w Biszkeku.
Ile to kosztowało
Motocykl (opony, napęd, olej, gaźnik, zawory, oszprychowanie tylnego koła, filtry i dużo innych) to ok. 2000 zł, wizy – ok. 1700 zł, bezpośrednie koszty wyprawy (czyli benzyna i jedzenie) – ok. 3000 zł. Na czym można oszczędzić? Spałem tylko pod namiotem lub pod gołym niebem, no i z jedzeniem nie szalałem. Wiza tadżycka w Biszkeku = parę stówek mniej. Na motocyklu bym nie oszczędzał, natomiast z innych kosztów udałoby mi się jeszcze trochę zejść.
Transport
Były drogi i lepsze, i gorsze, niemniej cała trasa jest do przejechania nawet chopperem.
Jedzenie 
Generalnie: tanio i smacznie. Niemniej bywały odcinki po ponad 300 km, gdzie nie było dosłownie nic. Słabszym żołądkom grożą lekkie biegunki. Pogoda
Na stepach skwar, nocą w górach mróz.
Noclegi
Najtańsze i najlepsze: pod namiotem lub gołym niebem! Z powodu braku kasy ani jednej nocy nie spędziłem pod dachem.
Uwaga na zwierzęta!
Nieraz widziałem rozjechaną krowę, a wielbłądy lubią wejść w nocy na drogę i jeszcze głupio patrzeć na ciebie!
W Kirgizji łapówkarstwo jest nieopisane. Goście w mundurach naprawdę nie mają wstydu. Ludzie są bardzo przyjaźni i otwarci. Nigdy nie miałem żadnego kłopotu pod względem bezpieczeństwa.
Znalezienie serwisu czy sklepu z częściami bywa trudne. Słabo znoszę wysokie temperatury, więc Kazachstan był dla mnie niezłym wyzwaniem.

Koszt wyprawy: ok. 6700 zł

Motocykl

Tekst i zdjęcia Piotr Cienciała

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij