2009-11-02 Autor: Michał Kubiak i Joanna Kulicka, Zdjęcia: Michał Kubiak i Joanna Kulicka
Dodaj do:
W gigantycznej piaskownicy
Pustka po horyzont, potworny upał, bezkresne piachy. Dla
rajdowców-maratończyków to normalka. Ale dla naszych niestrudzonych
podróżników Michała Kubiaka i Joanny Kulickiej oraz ich luksusowego
zaprzęgu to wręcz niewiarygodne wyzwanie.
Sudan, kraj niestabilny, targany wojną domową. Walczy tam pięć
niezależnych armii powstańczych. W dodatku jedna z nich kilka dni przed
naszym przyjazdem zajęła na krótko miasto Kassala. Miasto, przez które
będziemy musieli przejechać, by dotrzeć do Erytrei.
Pierwsze kroki stawiamy w mieście Wadi Halfa przy granicy w Egiptem. Na
mapach ma wielkość Warszawy czy Wiedenia. Mieliśmy więc spore
oczekiwania. Szybko przekonaliśmy się, że nie ma tu nawet metra
asfaltowej drogi. Domki z suszonego mułu postawione bezpośrednio na
piaskach. W niektórych nie ma nawet podłogi. Kolejny problem to droga
przez Pustynię Nubijską. Na mapie jest zaznaczona piękna droga
międzynarodowa, w rzeczywistości żadnej drogi tu nie ma! Nawet ścieżki
dla wielbłądów. Pomiędzy miastami jest tylko i wyłącznie pustynia. No
to wpakowaliśmy się w niezły pasztet. Nie muszę chyba nikogo specjalnie
przekonywać, że nasza Yamaha nie została skonstruowana na rajd
Paryż-Dakar, na dodatek 320-kilogramowa przyczepka. Jednak bez walki
się nie poddamy. Na kolację próbujemy miejscowego przysmaku, który
nazywa się ful. Jest to świeżo upieczona bułka z gotowanym bobem,
rozgniatanym butelką po coca-coli. Do tego pół szklanki oleju. Brzmi
niezbyt apetycznie, szczególnie ten olej, ale smakowało naprawdę
nieźle.
[baner_1]
Obniżamy ciśnienie powietrza w kołach do 1 atm. i ruszamy. 710
kilometrów do asfaltowej nawierzchni. Nie wyjechaliśmy jeszcze z
miasta, gdy zaliczyliśmy pierwszą figurę. Niezrażeni jedziemy dalej. Na
obniżonym ciśnieniu, motocykl prowadzi się znacznie ciężej i wyjątkowo
opornie reaguje na ruchy kierownicy, ale za to mniej zapada się w
piasku. Musimy rozsądnie rozplanować zapasy jedzenia i wody. W
przyczepie mamy 14 litrów picia i żywość na dwa tygodnie. Do tego 42
litry benzyny. Stawka jest wysoka. Gdy zabraknie nam paliwa na pustyni
lub popsuje się motocykl, musimy wziąć zapasy w ręce i dojść do
najbliższej stacji kolejowej. Kolej to nasza jedyna szansa przeżycia.
Musimy tam przeczekać 5-6 dni do przyjazdu najbliższego pociągu.
Początkowo jedziemy w pobliżu linii kolejowej, piasek jest tu bardzo
grząski. Ale boimy się wjeżdżać w głąb pustyni. Nie trzeba długo
czekać, wkrótce zakopujemy się na dobre. Pierwsze odczepianie
przyczepki, saperka w dłoń i bawimy się w krety. Całość zaprzęgu to 820
kg, nie ma żartów. Z biegiem czasu zaczynamy się uczyć pustyni. Jak
rozpoznawać miękki piach, a jak twardy. Których wydm należy unikać, a
przez które bez trudu przejedziemy. Stopniowo zaczynamy coraz bardziej
oddalać się od torów. A im dalej od kolei, tym piasek mniej
rozjeżdżony. Możemy przyspieszyć. Miejscami przekraczamy nawet 25 km/h.
Motocykl spisuje się znakomicie. Mimo że od kilku godzin bezustannie
jedziemy na 1. lub 2. biegu, nie przegrzewa się i ciągnie bez zarzutu.
Na horyzoncie pojawiają się fatamorgany.
Na noc zatrzymujemy się w pobliżu stacji nr 5 i pół. Ciekawa nazwa,
prawda? Nikt tu nie mieszka, szczątkowe zabudowania robią wyjątkowo
posępne wrażenie. Tego wieczoru i przez kilka kolejnych nie ma takich
luksusów, jak mycie. Każda kropla wody może nam się przydać. Mimo
początkowego stresu, noc w namiocie na pustyni minęła wyjątkowo
spokojnie. Rano ruszamy dalej. Po godzinie dojeżdżamy do stacji nr 6.
Mieszka tu chyba z 10 osób. Miejscowi zapraszają nas na posiłek. W
jednej dużej misce podano bliżej nieokreśloną breję. Każdy po kolei
wkłada rękę do miski, wybiera to, co lubi, ugniata w kulkę i hop do
buzi. Asia aż się skrzywiła, ale ja zajadałem ze smakiem. Nie zostajemy
długo, ruszamy dalej. Znów tylko pustynia z każdej strony. Minęło
południe i temperatura doszła do 30°C. My w kurtkach, rękawicach i
długich butach. Gorąco jak diabli.
Wioska na południe od Chartumu – wiele plemion do dzisiaj mieszka w takich trzcinowych chatkach.
Kolejnego dnia krajobraz się zmienia. Podłoże jest teraz znacznie
twardsze i równiejsze, można jechać szybciej, rekord to 70 km/h.
Zatrzymujemy się na środku idealnie gładkiej i idealnie białej równiny.
Po horyzont dosłownie NIC. Kompletna pustka. Bez kompasu można by wpaść
w panikę. Kompletnie żadnego punktu odniesienia, niewiarygodne.
Codziennie zakopujemy się ok. 10 razy, w tym 3-4 to bardzo ciężkie
sytuacje. Godzina albo lepiej, saperka, odczepianie przyczepy itd.
Kolejnego dnia widzimy pierwsze zwierzęta na pustyni. Dwa zdechłe i
wysuszone wielbłądy.
W końcu po 380 kilometrach pustyni dojeżdżamy do pierwszego miasta –
Abu Hamed. Wszyscy gapią się na nas jakbyśmy przyjechali z innej
galaktyki. Obiad w podrzędnej knajpie i w dalszą drogę. W tym mieście
kończy się jazda przez dziewiczą pustynię, teraz będziemy przedzierać
się piaszczystymi szlakami wzdłuż Nilu. Przeprawiamy się promem na
drugą stronę. Potworny upał, a my już nie mamy wody. Pijemy
przegotowaną wodę z rzeki. Kolor i konsystencja przypomina słabą
herbatę. Jest brązowawa i pływają w niej różne farfocle. Dziwne, ale
się nie rozchorowaliśmy. Pas zieleni przy rzece ma 50-150 metrów i jest
tylko jedna piaszczysta droga, trudno zabłądzić. Na noc zaprasza nas
jakiś miejscowy, częstuje wspaniałą herbatą z mlekiem i świeżymi
daktylami.
Wydawałoby się, że jazda nawet najgorszą drogą będzie lepsze niż jazda
pustynią. Niestety nie. Piaszczysty trakt pocięty koleinami
dochodzącymi do 40 cm głębokości to istny koszmar. Momentami motocykl
zawieszał się kuframi w koleinach, tak że koło nie dosięgało gruntu. Co
kilkanaście km półgodzinna przerwa. Niemal całe dni na pierwszym biegu.
Tu pobiliśmy niechlubny rekord naszej wyprawy. Przez 12 godzin
potwornego wysiłku pokonaliśmy zaledwie 20 kilometrów. Dni niewiele
różniły się od siebie – gorąco, piach ima- ło przejechanych kilometrów.
Po dwóch tygodniach przekopywania się przez piaski każda zieleń zadziwia, jakby się ją widziało pierwszy raz w życiu.
Również w Sudanie, tak jak w Egipcie widzieliśmy piramidy. Były one jednak znacznie mniejsze.
Gdyby nie saperka, na pewno nie bylibyśmy w stanie przejechać pustyni.
Gdy w końcu droga stała się twardsza, zacz ęły się wzniesienia.
Kiedy wyglądało, że przyspieszymy, najechaliśmy na ostrą skalę
wystającą z drogi. Huk, oglądamy się za siebie, a na drodze gruba
czarna strużka oleju. No to leżymy. Zbieramy resztki połamanej miski
olejowej i siadamy bezradnie przy motocyklu. Na szczęście jesteśmy
blisko Nilu. Zostawiamy motocykl w pobliskiej wiosce Zumama i jedziemy
80 km do najbliższego miasta. Znajdujemy tam starą spawarkę z 1954 roku
i równie stare elektrody. Jakoś poskładaliśmy miskę do jednego kawałka.
W liczne dziury nalaliśmy kleju. Dalekie to od doskonałości, ale trzyma
zupełnie nieźle. Po dwóch dniach wracamy do motocykla. Wszystko czekało
na nas w jak najlepszym porządku. Olej mieliśmy ze sobą, więc
przynajmniej z tym nie było problemów.
Ponownie przekraczamy Nil i zbliżamy się do Atbara. W mieście jemy,
robimy zakupy i ruszamy w kierunku stolicy. Po 710 km po pustynnych
piaskach i bezdrożach wjeżdżamy w końcu na asfalt. Jedynka, dwójka,
trójka, co za rozkosz. Gdy przekraczamy 50 km/h, Asia krzyczy, że za
szybko. Nie ma się co dziwić, blisko dwa tygodnie jechaliśmy na jedynce
i dwójce, a tu nagle takie prędkości. W Chartumie zatrzymujemy się u
poznanej po drodze polsko-sudańskiej rodziny. Rejestracja na policji
zajmuje nam jedyne 2,5 dnia. Zdobycie zezwolenia na przejazd do Erytrei
kolejnych kilka. Pobyt w Chartumie to czysta sielanka. Wycieczki na
ryby nad Nil, muzea i wypoczynek. W końcu ruszamy dalej, na południowy
wschód. Droga nie najlepsza, ale porównując z pustynią to prawdziwa
autostrada. Zbliżamy się do miasta Kassala, zajętego miesiąc temu przez
partyzantkę i odbitego po krótkich bojach. Na rogatkach miasta wojsko.
Długie rozmowy, skąd, dokąd jedziemy. Granica jest już zamknięta,
musimy czekać do jutra. Po 15 km asfalt się kończy, kolejnych 10
pomiędzy chatkami z trzciny. Zatrzymujemy się przy budynku z wywieszoną
flagą narodową. To tu. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi turystami,
którzy dotarli tu własnym pojazdem. Oficjalnie wojna skończyła się
półtora miesiąca temu. Żołnierze dopiero uczyli się procedur odprawy
granicznej. Niemniej, już po 2 godzinach wjeżdżaliśmy do Erytrei.