Motocykl poleca:

Podróże: Atacama Expedition 2011

Poleć ten artykuł:

Wystarczył telefon do firmy przyjaciela. Jego ludzie wiedzą, co zrobić, aby off-roadowym wariatom nie zabrakło w Ameryce Południowej adrenaliny.
atacama-expedition-turystyka-podroze-2011-17.jpg Zobacz całą galerię

Skład ekipy: Marcin B. (Błażej; KTM 990 Adventure), Dominik (Domestos; KTM 990 Adventure), Piotrek (Szkudi; KTM 990 Adventure), Michał (BMW F 800 GS), Rafał W. (KTM 990 Adventure), Rafał M. (KTM 690 Enduro R), Marcin S. (KTM 640 Adventure) i ja, czyli Kwiatek (KTM 990 R Adventure). Plan był prosty: motocykle statkiem, my samolotem. W Santiago de Chile jesteśmy po prawie 18-godzinnej podróży. Na miejscu czekają druh przewodnik Andrzej (señor Ziarra) i jego przyjaciel Ariel, niezastąpiony mechanik i kompan w podróży.

Przeciętny facet nie jest w stanie nazwać wszystkichkolorów, które widzieliśmy.

Z lotniska jedziemy do Valparaiso, żeby po południu odebrać motocykle. Złudne nadzieje! W Chile nie ma nic ważniejszego niż sjesta. Nie pozostaje nam nic innego, jak podziwianie leniwie płynącego życia w kraju, w którym 2 minuty to minimum godzina. W końcu, tuż przed zamknięciem, pan prowadzi nas do motocykli. Skok z Valparaiso do Santiago de Chile (100 km) trwa niecałą godzinę, bo drogi i autostrady są godne pozazdroszczenia. W hotelu w Santiago prysznic, po którym wycieczka do miasta.

Rano mamy już dosyć stolicy Chile i jej ogromnego hałasu. Kraj liczy ok. 17 milionów ludzi, a prawie połowa z nich mieszka w Santiago. Na przeszkodzie stoi tylko motocykl Szkudiego, który mamy odebrać z warsztatu o godz. 19.

     
Wystarczył telefon do firmy przyjaciela. Jego ludzie wiedzą, co zrobić, aby
off-roadowym wariatom
nie zabrakło w Ameryce
Południowej adrenaliny.
Jedno z niezapomnianych
przeżyć: kąpiel w 40-stopniowej wodzie gejzerów El Tatio
Świt nad gejzerami El Tatio na wysokości 4300 m n.p.m.

Byle dalej od stolicy
Ponownie ruszamy na ulice Santiago, głównie stojąc w korkach i szukając sklepu, aby kupić pojemniki na benzynę, gdy będziemy daleko od cywilizacji. Upał daje wszystkim odczuć, że jesteśmy prawie na równiku. Jest marzec, który tutaj oznacza koniec lata. Jedziemy odebrać motocykl Szkudiego. Niestety, okazuje się, że serwisanci kompletnie nie mają pojęcia, jak uruchomić sprzęta. Presja i pomysły działają na tyle, że o godz. 21 ruszamy w trasę. Na nocleg docieramy ok. godz. 23. Wrażenia omawiamy do rana, co skutkuje trudnym podnoszeniem o poranku.

Świetne śniadanie – avocado z szynką i winogrona prosto z krzaka – rozpływa się w ustach. Ruszamy. Początek to asfalt i piękne zakręty wijące się raz w jedną, raz w drugą stronę. Zapominam, iż jadę na nowiutkich oponach kostkowych, co skutkuje tym, że ślizgam się na jednym z zakrętów przy 90 km/h. Wstaję, motocykl cały, test systemów osobistych mówi, że oprócz zbitego kolana i łokcia reszta działa. Sprzętowi dolegają lekkie zarysowania, wgnieciony gmol i lusterko, które straciło wkład. Lokalny szklarz wstawia wycięty kawałek lustra łazienkowego.

W końcu wjeżdżamy w ukochane szutry. Mijamy pierwsze kaktusy o wysokości ponad 3 metrów z kolcami zdolnymi przebić oponę. Widoki zapierają dech w piersiach: wreszcie mamy to, po co tu przyjechaliśmy... Pniemy się w góry, pył wchodzi wszędzie, ale uśmiech nie schodzi z twarzy do wieczora. Nocujemy w miejscowości Combarbala, analizujemy pochłonięte widoki, a do kolacji mamy wino, najlepsze, bo tu smakuje wybornie...

Kierunek Pacyfik
Rano obieramy kierunek na Pacyfik. Droga szutrowa, łatwa, więc odkrywamy w sobie Golloba, prowadząc motocykle w zakrętach bokiem. Droga dostarcza potrzebnej adrenaliny, ale też zapiera dech w piersiach, dając piękne widoki i dodatkowo wijąc się między wzniesieniami przez wrota pustyni Atacama. Dalsza trasa prowadzi w okolicy czynnych kopalń złota. Oznaczył je nasz rodak Ignacy Domeyko, za co Chile jest mu wdzięczne do dzisiaj. W drodze nad Pacyfik gubimy się trochę w nadmorskiej La Serenie, ale dzięki mowie rąk jakoś udaje nam się wyjechać z miasta. Nie przypuszczamy, że jeszcze tu wrócimy w poszukiwaniu doktora do dwóch KTM-ów.


Atacama to nie Sahara, jest groźniejsza i bardziej
niebezpieczna. Ponadto wymaga dobrego przygotowania fizycznego, bo jedzie się głównie na stojąco.
W tych warunkach najlepiej sprawdzają sięenduro. Trzeba je wyposażyć w dobre, kostkowe opony, szosowe nie mają racji bytu.
Camel bag to element obowiązkowy: najważniejsze,
aby nie dopuścić do odwodnienia.
Warto mieć dobry aparat foto, bo tylko taki wiernie utrwali widoki, które potem będziesz podziwiał. A zwalające z nóg krajobrazy są niemal za każdym zakrętem. Warto aparat owinąć folią spożywczą – zapobiega to dostawaniu się pyłu do mechanizmów.
Jako bagaż najlepiej sprawdzi się rolka. Żadnych kufrów! Zbędny bagaż szczególnie przeszkadza przy przeprawach i podnoszeniu motocykla.
Aby zmniejszyć objętość bagażu, naucz się dbać o to, co masz na sobie.
Metalowy kubek i herbata to było moje jedyne wyposażenie gastronomiczne. Na pyszne jedzenie zawsze trafialiśmy w miasteczku na szlaku.

Tagi: Atacama Expedition 2011 | Ameryka Południowa

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij