Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ

1

OCEŃ
5.0

Podróże – Gruzja i Armenia

Udowodniliśmy, że VFR-a, Bandit i dwa Fazery są w stanie podołać off-roadowym szlakom Gruzji i Armenii. Choć nie obyło się bez kontuzji.

Startujemy z Krakowa. Na koniec dnia rozbijamy namioty na kempingu w Tokaju. W Rumunii okazuje się, że wybudowana przez Ceaucescu Trasa Transfogaraska jest zamknięta, o czym informują dwa betonowe słupy ułożone w poprzek drogi. Po noclegu niedaleko Wielkiego Tyrnowa w Bułgarii czas na Turcję. Po 50 km zaczyna padać. Mamy okazję przetestować przeciwdeszczowe ciuchy. Chińskie za 60 zł posypały się już przy ich wkładaniu.



Przejście graniczne jest ogromne. Udaje nam się sprawnie przekroczyć granicę. W Stambule jakimś cudem trafiamy do hostelu Paris, przyjemnego, z wyjątkiem tego, że pokój mamy na 6. piętrze bez windy.

Wśród miliona samochodów, z których może ze dwa włączają kierunkowskazy, wspinamy się krętymi ulicami Stambułu na ponad 1,5-km most na Bosforze. Wjeżdżamy do Azji. Kierujemy się na północny wschód, ku morzu. Na granicy z Gruzją pełny hardcore: kierowcy próbują się wepchać z jednej i drugiej strony jednocześnie pod to samo okienko, ktoś krzyczy, piesi pchają się do okienek. A na wszystkich z nieba leje się woda.

Batumi wita nas wielkimi dziurami w drodze, rozkopanymi, błotnymi ulicami, wiecznie trąbiącymi i ustawiającymi się po dwa na jednym pasie autami. Znajdujemy restau -i mięsem (je się je rękami – wygryza się w nich małe dziurki, przez które, siorbiąc, pije się rosół), czyli chinkali, ostre mięso wieprzowe w sosie (chyba wołowe) z frytkami (odżapuri), sałatkę z ogórków, pomidorów i cebuli, lemoniadę. Pyszne! Przy stoliku obok zaczynają się śpiewy. To członkowie gruzińskiej grupy wokalnej Batumi. Jeden z nich wyskakuje po gruzińskiego szampana, którego po podpisaniu wręczają nam, życząc szczęśliwej podróży, ściskając i obcałowując.

Ruszamy w stronę skalnego miasta Wardzi. Po około 30 km, kiedy słońce znika za horyzontem, kończy się asfalt. Fazer Łukasza po efektownym ślizgu zatrzymuje się kilka metrów za sporawą dziurą. Po następnych 10 km jesteśmy w Kedzie. Na pytanie o hotel, sprzedawca w sklepiku spożywczym błyskawicznie zamyka interes i prowadzi do siebie do domu. Dostajemy pokój z pięcioma łóżkami, do dyspozycji mamy kibelek z prysznicem, a motocykle wstawiamy do... drugiego domu . „Żeby nie zmokły” – tłumaczy właściciel. Płacimy po 5 GEL, czyli po mniej niż 10 zł.

W restauracji mieszczącej się w domu znów jemy ostre dania, gospodarz ze znajomymi zaczyna śpiewać, dziadek przynosi domową wódkę (60%). Za chwilę gospodarz wznosi toasty: za Polskę, Gruzję, przyjaźń między naszymi narodami, za wspólną religię...

Mistrzowie gleby
Ruszamy przed południem. Po 15 km kończy się asfalt, a zaczyna droga szutrowa. Potem kamienie stają się coraz większe, by po chwili zniknąć w wielkich błotnistych kałużach. Ślisko jak diabli. Ale widoki przepiękne. Zanim wjechaliśmy na przełęcz na wysokości 2025 m n.p.m., Wojtek i Łukasz zaliczają gleby, to znaczy błota. Wieczorem pod kołami znów pojawia się asfalt. Umordowani, nakręciwszy tylko 165 km, kładziemy się spać w jednym z pensjonatów w Aspindzy.

Droga do Wardzi, skalnego miasta powstałego na przełomie XII i XIII w., jest wyłożona świeżutkim asfaltem. Miasto wykute w skałach robi ogromne wrażenie. Zachowało się kilkaset komnat – dużych, małych, dwupiętrowych, z miejscami na palenisko i bez. Działa w nim świątynia, do dziś żyją tam mnisi. Chodzenie po mieście, nawet wytyczoną ścieżką, to zadanie dość trudne, o czym przekonał się Parówa, badając głową strukturę skały.

Gdy opuszczamy skalne miasto, zaczyna lać. Wojtek z Łukaszem wybierają drogę dookoła góry. Ja i Parówa postanawiamy ją zdobyć. Parówa po 15 minutach zaczyna żałować swego wyboru. Po następnych pięciu leży. Droga jest stroma, kręta, zbudowana ze sporawych kamieni. Pada, więc poruszamy się w małych potokach. Gdzieniegdzie kamieni nie ma, a ich miejsce zajmuje błotna breja. Trochę strach, tym bardziej że brak barier. Ale widoki powalają.

W końcu wjeżdżamy na szczyt. A tam w oddali domki i droga, to znaczy błoto. Ktoś pokazuje nam, którędy jechać. Po 10 minutach inny zapewnia, że nie przejedziemy. Wracamy w błocie po kostki. Za chwilę otaczają nas kozy, więc jedziemy 3 km/h. Śliska droga ciągnie się przez kilkadziesiąt km, niekiedy pojawiają się kamienie. Mijamy wioski, pasterzy, rozmawiamy z przejeżdżającymi obok kierowcami, niektórzy proponują gościnę. Na horyzoncie ośnieżone szczyty. Pięknie. Ale chciałem, żeby było jeszcze piękniej i zjechałem na coś czarnego, równoległego do naszego traktu. Okazało się, że to nie asfalt, tylko coś, co uwielbia przyklejać się do opon. Dowiedziałem się o tym tuż przed tym, jak zobaczyłem podbrzusze mojego motocykla. Czyli glebę na koncie mamy wszyscy.

Łukasz z Wojtkiem dojeżdżają tymczasem na granicę Gruzji i Armenii. Drogę mają pod psem, pada grad, temperatura spada do 7°. Celnicy gruzińscy traktują ich niezbyt przyjemnie, każąc stać w kałuży po kostki. Jeden z nich próbując błysnąć – pyta, jak tam w... Pradze. Potem jeszcze 2 km i granica ormiańska. Pogranicznik sprawdza papiery motocykli, kupujemy wizy, częstowani przez pana w mundurze wypiekiem jego żony. Później jeszcze obowiązkowe ubezpieczenie i tuż przed północą wjeżdżamy do Armenii.

Po godzinie jesteśmy w hotelu. Parówa przez pół nocy suszy buty hotelową suszarką do włosów.

     
Instrumenty nawołujące wiernych na nabożeństwo. Być może wiszą tu od 1184 roku, gdy królowaTamar rozpoczęła budowę skalnego miasta Wardzi.
Coś mi się do opon przykleiło. Gleba była nieunikniona...
Stara Gruzinka przekonywała nas, że należy uczyć się języków, szczególnie języka wroga. Rozmawialiśmy po rosyjsku.

Kefir Petikjana
Po drodze do Erywania zagadujemy o hotel. Po chwili jedziemy za taksówką, która doprowadza nas do gostinicy. Wrzucamy klamoty do apartamentu: trzy pokoje, dwie łazienki, klima, tv, tylko wi-fi brak. Miód. Za 55 USD. Taksówka do centrum (5 km) kosztuje 1000 AMD, czyli 8,6 zł. A tam inny świat: sklepy z modnymi ciuchami, ekskluzywne hotele, drogie samochody. Ale najbardziej uderza nas uroda kobiet.

W stronę Azerbejdżanu śmigamy serpentynami wśród bajkowych, zielonych krajobrazów. Jedna z najpiękniejszych tras wyprawy. Kilkanaście kilometrów przed granicą Armenii z Gruzją zatrzymujemy się przed skrzyżowaniem, zastanawiając się, w którą stronę jechać. Po chwili z pobliskiego domu podbiega Petikjan Niaz, za nim pojawiają się jego córka z wnuczkiem. Po chwili siedzimy w ogródku, jemy maconi, czyli swojski kefir, pijemy kawę, słuchamy opowieści o Wołdze i o owocach, jakimi poczęstowano by nas, gdybyśmy przyjechali za miesiąc.

Granicę przekraczamy w pół godziny. Szef gruzińskich celników to motocyklista. Daje nam namiary na ludzi z klubu motocyklowego w Tbilisi. Spotykamy się z nimi w centrum miasta. Po 30 minutach jedziemy za BMW, w którym siedzą Szota, Memet i jakaś dziewczyna. Hotelik, do którego nas doprowadzili, okazuje się... burdelem.


Pora na zakupy. Supermarket na wysokości 2025 m n.p.m.

Gruzińska Droga Wojenna.
 Pewien Gruzin twierdzi, że można tę trasę (ponad 150 km z Tbilisi do Kazbegi) przejechać w niecałe 1,5 godziny (podobno wykręcił taki czas na CBR 600). Nam zajęło to znacznie dłużej. M.in. przez kurę, która wyskoczyła na drogę przywitać Łukasza. Trasa staje się coraz bardziej kręta, pnie się wyżej i wyżej. Wokół rozpościerają się zielone płaszczyzny traw porastające niższe partie gór. Wyżej pożółkłe, zeszłoroczne trawy, coraz częściej przykryte płatami śniegu. W pewnej chwili asfaltowa droga zmienia się w kamienisty trakt pnący się między coraz ostrzejszymi wierzchołkami. Na jednym z postojów odkrywamy cieknący płyn hamulcowy w Wojtkowej Hondzie i olej spływający z uszczelniacza lagi w moim Suzuki. Jesteśmy 20 km od Kazbegi, miasta u podnóży góry Kazbek. Wojtek dzwoni do Szoty, który załatwia wieczorną wizytę u mechanika w Tbilisi, i postanawia zawrócić. Łukasz razem z nim.

My jedziemy dalej. Kiepska droga wije się pod kołami przez 12 km. Potem znów wtaczamy się na wyżłobiony gąsienicami asfalt. Mijamy dwie wsie i wjeżdżamy do Kazbegi: kilka kilometrów od granicy z Rosją i od Czeczenii. Po zachodniej stronie miasta dostrzegamy jedną z wizytówek Gruzji – Tsmindę Samebę. Pytamy pierwszego napotkanego człowieka, jak dostać się do tego górującego nad miastem kościółka. Od razu oferuje swoje usługi, przyznając 10 GEL zniżki: czyli chce 50 za wwiezienie na górę, zwiezienie i czekanie. Ładą Niwą. Stanęło na 40 GEL.

Kościółek wygląda tak jak na zdjęciach: wśród zieleni, na tle skalnych szczytów przykrytych tu i ówdzie śnieżnym prześcieradłem. Spod świątyni rozpościera się widok na Kazbegi z szeregiem ogromnych gór w tle. Najwyższy w okolicy Kazbek jest po drugiej stronie, na wschodzie. Na pocieszenie dostajemy tęczę, która spina krańce Kazbegi.

o czym warto wiedzieć w Gruzji i Armenii
 Turystyka Gruzja i Armenia 2011 Na granicy. Polaków nie obowiązują w Gruzji wizy. Wjeżdżając do Armenii, musimy kupić wizę za 10 USD.
Beczka prochu. Zakaukazie to teren o skomplikowanej historii, pełnej niezabliźnionych ran. Przed wyjazdem warto poczytać o konfliktach trapiących tamten rejon, żeby uniknąć nieprzyjemności.
Ludzie. Każde spotkanie jest okazją do uroczystości. Gruzińską tradycją są np. śpiewy (na głosy) podczas biesiadowania czy wznoszenie długich, kwiecistych toastów.
Język. Bez większych problemów można porozumieć się po rosyjsku . Młodzi ludzie w miastach często znają angielski.
Paliwo. Najlepszym rozwiązaniem jest tankowanie w większych miastach, gdzie do wyboru jest kilka rodzajów benzyny.
Pieniądze/karty/bankomaty. Gruzińska waluta to lari: 1 GEL = ok. 1,93 zł. W Armenii walutą jest dram: 100 AMD to ok. 86 gr. W większych miastach można znaleźć bankomaty akceptujące karty Mastercard, Visa, Maestro. Kartami można płacić na większych stacjach benzynowych i w dużych sklepach.

Browar na wynos
Powrót do Tbilisi zajmuje sporo czasu. Utrudniają go: a) psy atakujące motocykle (często działające w grupach), b) deszcz: o sporej intensywności, zamieniający drogi w rzeczki, c) serdeczność ludzi napotkanych w sklepie, w którym zatrzymaliśmy się, by przeczekać nawałnicę. Prób przekonania nas, że w tych okolicznościach wypicie piwa jest wręcz wskazane, było wiele. Z 2-litrową butelką piwa salwowaliśmy się ucieczką – po wielu pocałunkach i uściskach na pożegnanie.

Mechanik Sergiej zapewnił nas, że nie powinniśmy martwić się wyciekiem płynu hamulcowego, więc ruszamy na podbój nocnego Tbilisi.

Rano żegnamy stolicę Gruzji i startujemy na zachód, w stronę Morza Czarnego. Zatrzymujemy się w Kutaisi, które wita nas kocimi łbami i taksówkarzem kanciarzem (za jechanie przed motocyklami do Gostinicy, 7 km, kasuje trzy razy tyle, ile zapłaciliśmy za osobę za nocleg w Kedzie – 15 GEL). Nazajutrz przydarza się nam próba oszukania na stacji benzynowej i kolejna gleba zawiniona przez nierówności ulic. Do tego mieszkańcy są niechętni do pomocy. Kutaisi jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, że Gruzini są mili, przyjaźni, pomocni i gościnni.


Parówa uparł się, żeby w Stambule strzelić mu fotę z oryginalnym kebabem. Swoją drogą, Turcy nazywają tak również mięso pieczone na ruszcie.

3 dni w Batumi
Rezygnujemy z przejazdu między Abchazją a Południową Osetią – droga jest niemiłosiernie dziurawa, a motocykle już nieźle dostały w kość: Fazer wymaga prostowania kierownicy i czachy (jego właściciel zyskał przydomek Łowca Sów ze względu na kierunek, w jakim świeci reflektor), przewody hamulcowe VFR-ki płaczą, a laga Bandita wymiotuje olejem. Przy wiejskim sklepiku spotykamy Ormianina, który stacjonował w Polsce w 1978 roku. Po chwili dołączają inni, dzięki którym, sącząc przygotowaną w sklepie kawę, dowiadujemy się m.in., że alfabet gruziński ma 33 znaki, a ormiański – 38. Dla nas są identycznie niezrozumiałe.

Po kilku godzinach moczymy tyłki w Morzu Czarnym. Załatwiamy rabat w pozbawionym parkingu hotelu i dogadujemy się z mieszkającym niedaleko księgarzem, który przygarnia motocykle na czas naszego pobytu w mieście. Czyli na trzy dni, w czasie których m.in. załatwiamy formalności związane z promem do Iliczewska na Ukrainie, poznajemy specjały kuchni adżarskiej (np. panierowane móżdżki cielęce), spotykamy Polaków na GS-ach i V-Stormie, oddajemy się w masujące ręce 60-letniej byłej reprezentantki ZSRR w lekkoatletyce, poznajemy nocne życie Batumi...

Na promie płynącym na Ukrainę spędzamy 50 godzin. Kolejnych 8 trwa przeprawa z ukraińskimi pogranicznikami w Iliczewsku. Do domów wracamy po przejechaniu 6,5 tys. kilometrów (nie licząc tysiąca km morzem).

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Udowodniliśmy, że VFR-a, Bandit i dwa Fazery są w stanie podołać off-roadowym szlakom Gruzji i Armenii. Choć nie obyło się bez kontuzji.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:12:59