Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Podróże czytelników: Albania

To już nasza tradycja: w każdy kwietniowo- majowy długi weekend ruszamy na Bałkany. Zmorą tegorocznej wyprawy był deszcz: siedem na dziewięć dni było mokrych. Padało wtedy przez cały dzień albo – w najlepszym przypadku – przez większą jego część.

Dzień 1. Pierwsze 1100 km – deszcz. Skład ekipy: Patryk na Suzuki GSX-R 750 i ja – Dominik vel „Arkham” na beemce R 1200 GS. Przelatujemy przez Słowację, Węgry i Serbię, po drodze odbijając na Suboticę, pooglądać secesyjną architekturę. Dopiero tu wstrzeliwujemy się w piękne bałkańskie słońce. Nie na długo – późnym wieczorem znów łapie nasz deszcz, zmuszając do zjazdu z autostrady na nocleg u poznanych chwilę wcześniej serbskich bikerów. Po chwili na ławie ląduje tradycyjna rakija.

Tego wieczora dowiaduję się o tragicznej śmierci mojego przyjaciela, który ginie na motocyklu podczas off-roadowej wycieczki. Już nigdy nie usłyszę ani nie zobaczę Daniela... Gdzie ta pier… rakija? Tej nocy, mimo zmęczenia, nie mogę zasnąć. Pustka. Ogromna pustka.

 

Dzień 2. Wstajemy przed godz. 6. Trzeba nadrobić wczorajsze opóźnienie. Plan na dziś to dojazd do Ohrydu, ze zwiedzaniem po drodze Skopje, kanionu Matka i Parku Narodowego Mavrovo. Szybka kawa na tarasie, pakowanie i prujemy do granicy. Odprawa idzie szybko, więc rychło docieramy do Skopje. Tu, oczywiście w deszczu, zwiedzamy twierdzę Kale, starówkę i nowoczesną dzielnicę po drugiej stronie rzeki Vardar. Kontrast jest uderzający.

Po drodze do kanionu Matka łapiemy oberwanie chmury, które przechodzi w ciągle siąpiący deszcz. Zmusza nas to do zakończenia trasy tego dnia na wysokości jeziora Mavrowo. Na szczęście humory ratuje kolacja w knajpie, suto zakrapiana lokalnym browarem Skopsko.

Granica z Macedonią powitała nas wyjątkowo bez deszczu...    Macedonia i perła Ohrydu – cerkiew św. Jana Teologa z Kaneo.
   

Dzień 3. Rano przełamuję ciemności ruchem zasłony, by dojrzeć siąpiący z nieba deszcz. Wypowiadam kilka ciepłych słów w języku ludzi uczonych – po łacinie. My wciąż w plecy, a pogoda jakby się na nas uwzięła. Wysączywszy ciepłą kawę, wcześnie ruszamy w tany z macedońską ulewą.

Po drodze wstępujemy do monastyru św. Jana Bigorskiego i lądujemy wkrótce nad Jeziorem Ohrydzkim. Zwiedzamy piękny, malowniczy Ohryd, w którym zachwycamy się urokliwą cerkwią Jana z Kaneo, monasterem św. Pantelejmona oraz fortecą Samuela. Na koniec, wzdłuż wschodniego brzegu jeziora, mkniemy w kierunku Sv. Naum, mijając po lewicy pasmo górskie Parku Narodowego Galičica. Pojawiają się pierwsze bunkry. Paranoja Envera Hodży – albańskiego wodza z poprzedniej, słusznie minionej epoki – liznęła też Macedonię. Ponieważ cały dzień jedziemy w deszczu, ponownie odpuszczamy i raz jeszcze nocujemy w urokliwej Macedonii. 

   

Dzień 4. Jego początek to wspinaczka na przełęcz Livada, podczas której podziwiamy widoki na jeziora Ohryd i Prespa. Na granicy kilka pieczątek i jesteśmy w Stenjë. Nareszcie Albania – Kraina Orłów!

Po tej stronie granicy macedońsko- -albańskiej trudno zliczyć betonowe bunkry. W Korçë zwiedzamy katedrę, po czym obieramy kurs na Përmet. Na horyzoncie czarna chmura liże jęzorem deszczu drogę, którą właśnie podążamy. Konieczność skoncentrowania się na potokach przelewającej się przez drogę wody, lejącej się po czymś, co kiedyś było chyba asfaltem, zabiera nam przyjemność podziwiania albańskich przełęczy.

Do spodu przemoczeni późnym popołudniem docieramy do Përmet, gdzie słońce uśmiecha się do nas, ukazując całe piękno albańskich gór. Odklejamy się od przemoczonych ciuchów, po czym aplikujemy sobie romantyczną kolację we dwoje (znaczy: we dwóch) przy świniaku z puszki i lokalnym piwie Korça. Tego dnia padamy do łóżek wypruci jak bebechy jagnięce. 

Dzień 5. Përmet budzi się skąpany w słonecznej łaźni. Szybkie pakowanie, kawa i dzida – takiego dnia grzech nie wykorzystać. Zwiedzamy Urae e Kadjut, turecki most z 1760 roku, i okoliczne baseny termalne. Po 40 minutach w siarkowej łaźni z wielkim trudem wynurzamy się, aby spróbować nadrobić zaległe kilometry. Kierunek: wybrzeże. Przez Këlcyrë i Tepelenë wskakujemy na drogę SH4 do Gjirokastër, gdzie podziwiamy tamtejszą twierdzę. Rozpościerają się stamtąd piękne widoki na zabytkowe miasto. Wewnątrz znajduje się muzeum militarne z arsenałem powojennym oraz słynnym samolotem U.S. Air Force T-33A Shooting Star.

 

Słońce nareszcie sprzyja, więc ochoczo wijemy się serpentynami w górę Qafa e Muzinës do planowanego noclegu w Ksamil. Dobry asfalt i pogoda uwalniają demony drzemiące w nas od kilku dni. Na moment odbijamy do jednego z gwoździ programu naszej wyprawy: Syri i Kaltër – albańskiego „Niebieskiego Oka”. 18 źródeł wód gruntowych znajduje wspólne ujście, by wypłynąć spod ziemi krystalicznym fenomenem geologicznym. Skręcamy też do Mesopotam, gdzie znajduje się wpisana na listę UNESCO jedna z najstarszych cerkwi bizantyjskich. Nad morze docieramy późnym wieczorem, rzucamy graty i zaraz idziemy złociste niebo celebrować równie złocistym trunkiem.

 

Dzień 6. O świcie słyszę, jak deszcz bezpardonowo bębni na tarasie. Plan na dziś zakłada zwiedzanie Butrintu oraz zasłużony odpoczynek na jednej z tutejszych plaż. Niestety, deszcz ponownie miesza nam szyki. Snujemy się po kamienistych alejkach, oglądając monumentalne ślady niegdysiejszego tryumfu Imperium Rzymskiego.

Mimo opadów, decydujemy się jechać. Chwilę po opuszczeniu wybrzeża rozpętuje się niebiańska apokalipsa. Ściana wody lejąca się z nieba wywołuje to wspaniałe uczucie, gdy wszelkimi otworami zalewa cię nie tylko twoja krew. Słońce wytacza się zza chmur dopiero po południu. Nasiąknięci jak gąbki lądujemy w jednej z turkusowych zatoczek Morza Jońskiego, w nadziei, że choć chwilę skorzystamy z uroków słonecznego dnia. Na plaży kompletna pustka i cisza. Tylko my i szum morza.

W wodzie czuję, jak tężeją mi mięśnie. Woda opina się wokół ud, pasa i tułowia, po czym lodowatą klamrą ściska mi ramiona i twarz. Krew zastyga. Powietrze w płucach rozsadza wnętrzności. Otwieram oczy. Wypełnia mnie krystalicznie czysty błękit. Po przełyku toczy się gorąca fala „Żołądkowej”, jak magma zastygając na zlodowaciałych ściankach żołądka i ponownie wpompowując słowiańskie życie. Krew nabiera należytej prędkości. Czuję, że żyję. 

 

 

Dzień 7. Rytmiczny szum morza i złote refl eksy słońca radośnie wdzierają się przez uchylone drzwi balkonu, budząc, mimo ambitnego planu pospania dłużej. Bezchmurne niebo wróży długo wyczekiwaną rajzę bałkańską. Ruszamy przez Porto Palermo i twierdzę Ali Paşhy, wspinamy się na cudną przełęcz Llogara, zwiedzamy starożytną Apollonię, monastyr Adrenica i obieramy drogę do Beratu. Tego dnia nieraz dziękuję inżynierowi projektującemu ESA i ustawienie Soft w mojej beemce. Cały odcinek między Lushnjë a Beratem jest tak poszatkowany, że Patryk sypie z tyłu wszelkimi możliwymi przekleństwami w różnych dialektach.

Wieczorem zatrzymujemy się, by podziwiać zabudowania Beratu, gdy z tyłu dobiegają nas wrzaski przerażonych ludzi, pryskających w trwodze jak pasikoniki w trawie. Niebo rozstępuje się w akompaniamencie apokaliptycznego bulgotu i chrzęstu łamanych kości. Oto nadjeżdżają. Jeźdźcy apokalipsy z piskiem opon zatrzymują się obok. Gdzieniegdzie powiewają niedosuszone zwłoki hord insektów. „Co jest, mazgaje?!” – rubaszne powitanie przerywa moją konsternację. Padamy sobie w objęcia – swojaki. Postanawiamy wyskoczyć na miasto i coś przekąsić. Nie mam pojęcia, jakie demony akustyczne i chemiczne uwolnili z siebie chłopaki, ale tej nocy śpię wybitnie…

Dzień 8. Budzą mnie odgłosy, jakie mogą towarzyszyć jedynie bitwie o Helmowy Jar. Otwieram oczy, spodziewając się ujrzeć pobojowisko pełne ludzkich zwłok, ułożonych bezwładnie na piętrowych łóżkach. Ale nie – po chwili chłopaki są już spakowane. Paszcze uśmiechają się szeroko.

Ruszamy pod samą twierdzę, skąd roztaczają się oszałamiające widoki na Berat i okoliczne góry. W okolicy Szkodry pokazuję chłopakom Kalaja e Rozafës, a następnie Ura e Mesit. Pogoda jest stabilna, więc ruszamy w kierunku Parku Narodowego Theth, w Góry Przeklęte. Nad wjazdem w dolinę zbierają się chmury i raz po raz trasę zrasza przelotny deszcz. Osiągamy jedynie Bogë, bo gdzieniegdzie wciąż leży śnieg, a na dodatek z nieba ponownie leje się biblijny potop.

Przemoczeni do skóry, przekraczamy granicę albańsko-czarnogórską. W Podgoricy nasze drogi się rozchodzą: chłopaki ruszają na południe, my ciągniemy w kierunku Serbii. Na wysokości Kolasina znajdujemy kwaterę, w której wieczór spędzamy w ciepełku, susząc graty na jutrzejszy powrót. Prognoza pogody – ma być masakrycznie.

 

Dzień 9. Wstajemy przed czwartą. Deszczowy armageddon towarzyszy nam aż do granicy węgierskiej. Suchy asfalt to podczas tegorocznej majówki na Bałkanach zjawisko endemiczne. Pod domem Patryka przybijamy pożegnalną piątkę. Do domu mam jeszcze ponad 100 km. Jest tuż przed północą – sucho i pusto. Pół godziny po północy zajeżdżam pod dom. Chwilę siedzę i słucham, jak stygnie silnik. Mam za sobą 1312 km w siodle. Rzucam kram pod ścianę i po kilku minutach ląduję w ciepłym, mięciutkim wyrku. Żona nie śpi. Czeka, aż wrócę. Co było dalej – nie wasza sprawa…

 

  

 

TO WARTO WIEDZIEĆ:
Granice. Do wszystkich krajów wjechaliśmy na dowód osobisty. Zielona Karta jest obowiązkowa. Jej brak to na każdej z granic 10-20 euro w plecy.
Paliwo. W Albanii benzyna 95 po około 160 LEK/l. W Czarnogórze – około 1,4 euro/l, w Macedonii – około 80 MKD/l, w Serbii – 155 RSD/l.
Języki. Wszędzie można porozumieć się po angielsku (zwłaszcza z młodymi) oraz po niemiecku. Najpopularniejszy jest serbski. Niektórzy Albańczycy mówią po włosku. Wszędzie na Bałkanach dogadasz się po rosyjsku.
Noclegi. W Albanii można znaleźć hotel za 10 euro, ale srodze zawieść się w Serbii na tzw. apartamentach za 40 euro/osoba z rachitycznym śniadaniem. Pogoda spowodowała, że o kempingach (mimo że mieliśmy namioty) nawet nie myśleliśmy, choć ofert jest wiele.
Jedzenie. Żelazny zapas warto mieć, niemniej zwiedzanie + lokalne
potrawy to jest to! Sprawdzona zasada: jedz tam, gdzie lokalesi. W Albanii taniocha: obfity obiad za 15 zł; w innych krajach bałkańskich przyzwoicie: za mniej niż 20 euro za głowę można mieć kłopoty ze wstaniem od stołu.
Koszt wyprawy: Co najmniej 25 Zygmuntów i Starych
Pogoda. Zwykle w maju temperatury w słońcu sięgają +30o. Wyżej w górach leży jeszcze śnieg i bywa tam ledwie kilka stopni powyżej zera. W tym roku mieliśmy pecha: przez 7 z 9 dni lało.
Warsztaty. W Albanii trudno o ASO nawet czołowych marek. W razie awarii pomoc uzyskasz głównie w dużych miastach (Tirana, Dürres, Vlora, Szkoder, Saranda). Gdzie indziej pomogą miejscowi. Niemniej warto mieć Assistance. 
Kierowcy. „Tańczyłeś kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca?” – ten tekst Jockera do Batmana obowiązuje na Bałkanach. Jazda pod prąd, wyprzedzanie na trzeciego, prawą stroną, nagłe skręty i zatrzymania, stada zwierząt hodowlanych – to tylko część tamtejszych „atrakcji” drogowych.

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    <p>Dwa motocykle i jeden kierunek - Bałkany. Choć pogoda raczej była daleka od tej wakacyjnej, to wspomnienia na pewno będą niezapomniane.&nbsp;</p><br /><br /><a href="/artykuly/Podroze-czytelnikow-Albania,8579,1">Zobacz artykuł</a>
    ~Motocykl Online, 2015-01-21 10:35:42
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij