Motocykl poleca:

Podróże czytelników: Australia

Poleć ten artykuł:

Australia. Największym pozytywnym szokiem w tym kraju był stosunek tubylców do celebrowania wolnego czasu. Słowo „wyluzuj” nabrało tam dla nas jakże realnego znaczenia. Największym zaś problemem okazała się australijska biurokracja.   

Tablica informuje, że za 92 km będzie kolejny znak ostrzegający przed zwierzętami, potem następny i kolejny...     Zobacz całą galerię

Wymarzona przygoda rozpoczęła się w Perth na zachodnim wybrzeżu Australii. Na dzień dobry przyszło nam zmierzyć się z problemem odebrania motocykla z portu, tzn. z kwarantanną. Papiery to drobiazg na tle celebrowania powagi urzędniczego majestatu.

Odbiór motocykla trwał 8 dni, bo najpierw były jakieś święta i potem inne święto i coś jeszcze, a na koniec przegląd techniczny. Trwał drobne 5 godzin... Jeszcze tylko trzeba wypożyczyć jakieś autko, a nie była to rzecz łatwa, jeśli chce się, aby nie było limitu kilometrów i z możliwością jazdy poza drogami publicznymi i oczywiście aby było sprawne i mało paliło. O kosztach nie wspomnę, choć przeżyliśmy mały szok, gdy dowiedzieliśmy się, że na wschodzie kontynentu taka przyjemność jest o 50% tańsza. Pierwszy sprawdzian dla GS-a – jazda na przegląd w serwisie: radość, szczęście, dystans pokonany, zmęczenia brak, bo wszystko wokół nowe, egzotyczne, barwne, cieszące oczy.

 

Szok dla mieszczucha
Po prawie dwóch tygodniach wymuszonej bezczynności i w związku z tym poznawania uroków pubów nadeszła wiekopomna chwila – w drogę! Mieliśmy plan działania plus awaryjny. Spotkania z Piotrem średnio co 100, 200, raz 2000 km. Kierunek Kalgoorlie – złota kraina, a z niej niedaleko do tego, co najpiękniejsze dla podróżnika: bezdroża, dzika przyroda i brak kontaktu ze światem zewnętrznym. To wielki szok dla mieszczucha, jak znika zasięg w komórce, ludzi spotykasz raz na kilka godzin (są zawsze przyjaźni) i do tego wjeżdżasz w strefę prohibicji.

Odcinek z Leonora do Uluru to ponad 1300 km z możliwością jedynie dwóch tankowań. Na przejazd przez prawdziwy australijski out back mieliśmy 3 dni, bo na tyle dostaliśmy zezwolenie od administratora rezerwatów Aborygenów.

Święta Góra Aborygenów ma w sobie coś magicznego.    Jeszcze kawałek i cywilizacja. Żegnaj, bezkresne pustkowie...   
   

Trasa wiodła przez pustynię Gibsona i Wielką Pustynię Wiktorii. Na pozór nie widać pustyni: wokół sporo drzew, krzewów, mnóstwo dzikich zwierząt: konie, kangury, wielbłądy, w nocy słychać zawodzenie psów dingo i latają nietoperze wielkie jak koty, a nad ranem feeria barw i dźwięków niezliczonych gatunków ptaków. Nawet pająki wielkości wróbla nie przerażały, tylko intrygowały. Jakby tego było mało, wszystko okraszone za dnia soczystym światłem, a w nocy miliardami gwiazd. O tym, przez którą jedziemy pustynię, informowało nas zmieniające się podłoże: czerwonobrązowe to Gibson, a piaszczyste to Wiktoria.

Przyroda urzekała, natomiast nawierzchnie niekoniecznie. Chyba żadne europejskie czy azjatyckie bezdroże nie jest tak wredne i nieprzewidywalne: piasek to piasek, żwir to żwir, nie ma co dyskutować, ale po co jeszcze pod spodem tarka? Jakby tego było mało, zaczął się przegląd pojazdów, które zakończyły swój żywot w buszu.

300 km w 9 godzin
Po 9 godzinach walki w większości na stojąco, po pokonaniu jakichś 300 km, dotarłem do pierwszej bazy. Radość była wielka, nawet konieczność zapłacenia 9 zł za litr paliwa nie zmąciła przyjemności spotkania z Piotrem. Gospodarz, po zamknięciu wielkiej bramy, aby odizolować się od ewentualnych gości z pobliskiego plemienia, ugościł nas według najlepszych tradycji staropolskich. 

 35 metrów długości, 100, czasem więcej ton, przeciętnie na 70 kołach. Takie kolosy bardziej cieszyły niż przerażały, bo to głównie je spotykaliśmy na pustkowiu.     Ten potwór ma 5-litrowy silnik i za dnia wywozi śmieci, a wieczorami dostarcza klientów z pubu na pobliskie pole namiotowe.    
   

Rankiem nie miałem zacięcia do jazdy z banalnej przyczyny: obolałej wstydliwej części ciała, ale czas nie z gumy, a tu tylko dwa dni i ponad 1000 km do pokonania. Na szczęście droga mijała szybko, poczuliśmy w sobie moc buszmenów i nawet zaprzyjaźniliśmy się z miejscowymi muchami, które przy każdym postoju witały nas w sile miliona lub dwóch.

Kolejnego ranka obudziły mnie jakieś niepokojące odgłosy. Chcę wyjść z namiotu, ale słyszę głos gospodarza: Poczekaj, najpierw go złapię. No cóż, pomyślałem, to łap, ale co!? Po chwili słyszę: Mam! To coś w siatce na końcu teleskopowego łapacza miało ze dwa metry i nie sprawiało wrażenia zadowolonego, a gospodarz stwierdził, że nie pora na takie wizyty, bo to jesień i poranek, czyli on powinien jeszcze pospać. Ja też nie mam nic przeciwko spaniu, ale jakoś mi się odechciało, gdy na odchodnym rzucił, że gad jest jadowity. Po miesiącu spotkałem jego brata lub siostrę, ale już w zoo w Sydney: był to tajpan pustynny, który ma najbardziej toksyczny jad spośród wszystkich lądowych węży świata. 

Tagi: podróże na motocyklu | Australia

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij