Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.4

Polska Wschodnia - Moto Tour 2015

Teoretycznie Polska wschodnia, szczególnie ta niezbyt północna i południowa, oraz motocykl to dwie wykluczające się rzeczy. Nie ma bowiem w jeździe nic przyjemniejszego, niż kręte szosy z doskonałą nawierzchnią.

Tymczasem patrząc na mapę, drogi na Podlasiu wydają się niemiłosiernie proste i nudne, a o kiepskiej nawierzchni czyta się wszędzie. Początkowo miała to być opowieść o ciekawych miejscach, przepięknych wschodnich krajobrazach, kilometrach lasów, pól i łąk, łosiach, żubrach, bocianich gniazdach i stadach koni na pastwiskach. Podróż jak zawsze zweryfikowała nasze plany. Będzie to opowieść przede wszystkim o ludziach. Poznanych w trasie, spotkanych w czasie motocyklowej przygody,  zupełnie przypadkiem. Nigdzie bowiem, nawet na drugim końcu świata, nie spotkaliśmy tyle życzliwości, serdeczności i bezinteresowności.

Ruszamy w połowie czerwca, przed pierwszą falą wakacyjnego tłoku. Pierwszy dzień podróży planujemy ambitnie. Chcemy dotrzeć mniej uczęszczanymi drogami z Krakowa w rejon Siemiatycz. Na nocleg mamy upatrzoną na zdjęciach satelitarnych odludną polanę nad zakolem Bugu. Tego dnia jedzie się wyjątkowo ciężko. Dokucza nam niemiłosierny upał, jest gorąco, duszno i parno. Kilkukrotnie musimy przerywać jazdę by przeczekać gdzieś pod zadaszeniem gwałtownie przechodzące burze. Przepocone ubrania kleją się do ciała, a ogłupione upałem, fruwające robactwo momentalnie zalepia szyby w kaskach. Ulga przychodzi gdy przepływamy promem Wisłę na wysokości Solca. Na drugim brzegu zdecydowanie spada intensywność zabudowy. Maleje też ruch na drodze. Szosa prostuje się, a krajobraz powoli, ale konsekwentnie przeistacza się w kilometry niekończących się pól uprawnych. Słońce zachodzi i rzuca na wszystko czerwono - złotą poświatę. Jest pięknie. Tylko nieprzyzwyczajony do długiej podróży w siodle tyłek, boli niemiłosiernie.

Gdy po zmroku docieramy na zaplanowaną miejscówkę, jesteśmy fizycznie wykończeni i szczęśliwi, że na dziś to już koniec. Na miejscu zamiast upragnionej ciszy i spokoju spotykamy chmurę wściekłych komarów, pośród których w najlepsze siedzi sobie i wędkuje w półmroku dwóch gości. Nie jest więc tak pusto jak sugerował internet. Pytamy więc czy nie będzie to problem, jeśli obok rozbijemy namiot. Odradzają nam ten pomysł, bo jest to podobno popularne miejsce na nocne balety z promilami i muzyką z samochodowego bagażnika. To, że na razie są tu tylko komary nie oznacza, że za chwilę nie zjadą się amatorzy nocnych szaleństw. Okazuje się że poznani wędkarze to Henryk i Michał, ojciec i syn. Obaj są motocyklistami. Henryk – ojciec mieszka w okolicy, a ich wędkowanie i tak już dobiega końca, więc zapraszają nas do siebie. Komary tną jak oszalałe i stwierdzamy, że nie ma co się zastanawiać. Rozbijemy namiot w ogrodzie u Henryka. Szykuje się spokojna i bezpieczna noc. Jedziemy za nimi...

Robimy kilka kilometrów po okolicznych drogach. Jest już całkiem ciemno i niewiele widać przez brudne wizjery w kaskach. Po kilkunastu minutach zjeżdżamy z asfaltu na piaszczystą drogę. Nagle lewo, prawo, lewo, prawo.... gleba. Poczciwe ER6N leży i wyje do księżyca. Obładowane moto wcale nie tak łatwo podnieść w sypkim piachu. Z pomocą Michała, który natychmiast do nas podbiegł, udaje się go postawić na koła. Mówi żeby się nie przejmować. On tu leżał już kilka razy, jego ojciec też.

Chybów, Ewa i Henryk
Okazuje się że nie ma mowy o żadnym rozbijaniu namiotu. Mamy już pościelone łóżko w osobnym pokoju. Henryk robi nam miejsce w garażu i przygotowuje drewno na ognisko. Jego żona Ewa przynosi nam wielki talerz wypasionych kanapek i michę słodkich truskawek. Kto to zje?

Rano oczywiście dostajemy śniadanie i z Ewą nie ma nawet dyskusji, że „dziękujemy proszę nie robić sobie kłopotu”. Myśleliśmy, że o takiej gościnności możemy przeczytać już tylko w historycznych książkach. Henryk oprowadza nas po swojej ziemi. W jego polu stoi stary wiatrak, mocno już nadszarpnięty zębem czasu i ludzką bezmyślnością. Co jakiś czas część jego konstrukcji po prostu znika w niewyjaśnionych okolicznościach na opał. Całość skrzypi przy mocniejszych podmuchach wiatru. Pomimo doskwierających mu oczywistych braków w konstrukcji, a może to właśnie dzięki nim, miejsce to robi na nas ogromne wrażenie. Czujemy że jesteśmy świadkami ulotnej chwili w historii tej okazałej konstrukcji. Jeśli kiedyś tu wrócimy, a wrócimy chętnie, pewnie już jej nie będzie. Widok z wysoka na okoliczne lasy, domy i pola dopełnia obraz piękna.

Oglądamy kilka patentów Henryka, które przez lata misternie konstruował w swoim ogrodzie: samo zamykające się furtki, maszynę do rozłupywania drewna, miniaturowy wiatrak... Fajnie jest słuchać jak z pasją opowiada o drobnych z pozoru rzeczach, przy których spędził mnóstwo swojego cennego czasu. W tle sączą się opowieści ze starych, dobrych motocyklowych chwil. Klasyczne sprzęty, upadki i wypadki, zloty, znów wypadki i urazy. Było tego trochę. Przed pożegnaniem dostajemy do ręki myjkę ciśnieniową i odbywa się porządne mycie. Nie wypuścił nas na brudnych sprzętach.

Drohiczyn, Olga i Michał
Rano byliśmy umówieni z Michałem i Olgą w domu jej rodziców tym razem, w Drohiczynie. W naszych oczach jest to typowe sielskie małe miasteczko. Spokój, cisza. Zadbane domy i ulice. Wydaje się dobrym miejscem do życia. Niewątpliwie ma swój urok. Na brzegu rzeki, nieopodal centrum, znajduje się świetny punkt widokowy na leniwie płynący Bug. Bardziej zainteresowani jednak byliśmy dłuższą rozmową z naszym wczorajszym dobroczyńcą i jego żoną. Z pozoru zwykłe, normalne młode małżeństwo. Pomimo, że zdecydowanie są ludźmi mocno stąpającymi po ziemi, okazali się równie  ciekawi świata tak jak my. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie u nich w Białymstoku.

Wędrujące po niebie słońce nieubłaganie przypominało, że czas ruszać dalej. Poinstruowani gdzie jechać i co koniecznie zobaczyć ruszyliśmy w kierunku świętej góry prawosławia – Grabarki. Ruszyliśmy bez większego przekonania, jako że zdecydowanie nie gustujemy w turystyce sakralnej. Na miejscu jednak przez dłuższą chwilę staliśmy jak wryci w ziemię. Otaczały nas, ukryte pod drzewami, tysiące dziękczynnych krzyży wbitych w ziemię wokół cerkwi. Tylko las i cisza. Nieliczne promienie słońca, którym udawało się przebić przez gęste korony drzew, rozświetlały fragmenty tej plastycznej sceny, by za chwilę podkreślić nagłym rozbłyskiem światła inną, ukrytą dotąd jej część.  Delikatny wiatr wzbudzał subtelny szmer liści, który tylko potęgował mistycyzm tego miejsca.

Po opuszczeniu Grabarki wczesnym popołudniem, przyszedł czas na nasz ulubiony punkt programu, czyli jazdę przed siebie bez mapy i z wyłączoną nawigacją. Wsiedliśmy na motocykle i pognaliśmy prosto w kierunku granicy z Białorusią. Droga  prowadziła totalnie na wprost zagłębiając się coraz bardziej w niekończące się mielnickie lasy. Tak dotarliśmy do znaku zabraniającego dalszej jazdy w kierunku granicy. Skręciliśmy więc na północ i klucząc przez wsie o tak wdzięcznych nazwach jak Klukowicze, Litwinowicze, Jancewicze, czy Zubacze i pytając czasem spotkane po drodze staruszki o drogę dotarliśmy do Czeremchy, gdzie niebieski mundur, który pojawił się nagle i niespodziewanie na drodze nakazał nam się zatrzymać.

Czeremcha i Drogówka
Kontrola okazała się rutynowa i polegała na sprawdzeniu posiadanych dokumentów. Legitymowała się jedynie męska część naszego składu, bo żeńska ponoć nigdy nie lata bez uprawnień. Skoro już stoimy to czemu nie zrobić sobie dłuższej przerwy i rozprostować kości? Podczas kontroli drogowej zazwyczaj zapominamy o tym, że policjant to po prostu człowiek w pracy. Towarzyszą temu nerwy związane z popełnionym wykroczeniem. Tym razem wykroczenia nie było, więc atmosfera podczas nieoczekiwanego spotkania była jak najbardziej w porządku. Pogadaliśmy o sprzętach, jako że spotkana drogówka również w czasie wolnym lata na dwóch kołach. Porównaliśmy możliwości komunikacyjne cywilnych interkomów z systemami służby mundurowej. Otrzymaliśmy po raz kolejny zestaw tras które koniecznie musimy zobaczyć, kilkakrotne ostrzeżenie przed dzikimi zwierzętami w okolicach Puszczy Białowieskiej, wraz ze świeżą historią motocyklisty, który miał nieszczęście nadziać się tam na żubra i zapewnienie że na nowo dostosowanej do wysokich prędkości drodze do Hajnówki nie spotkamy ich kolegów. Miło i sympatycznie.

Z oddali, o zachodzie słońca, Białowieża wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Obserwując wieś z jednej z wież widokowych można pomyśleć, że znów przenieśliśmy się w czasie. Który to już raz dzisiaj?. Na miejscu orientujemy się, że wylądowaliśmy w nieprzeciętnym skupisku gospodarstw agroturystycznych, pensjonatów i hoteli. Do tego wszędzie dziwne ceny. Otoczenie Parku Narodowego w zasadzie wyklucza biwakowanie na dziko, pozostaje więc pole namiotowe. Na kempingu rozbiliśmy się obok sympatycznego busika przerobionego na kampera. Po chwili piekliśmy kiełbaski przy ognisku z Jagą i Leszkiem. Kurcze, znowu fajni, normalni ludzie. Właściciele oryginalnego gospodarstwa agroturystycznego na Lubelszczyźnie, którzy cieszyli się z krótkiego urlopu. Zafascynowali nas swoimi podróżniczymi opowieściami, ale przede wszystkim odważną historią wyjazdu z miasta. Szukając wolniejszego życia, kupili gospodarstwo u wrót Roztoczańskiego Parku Narodowego i urządzają sobie tam od lat swój raj na ziemi.


Pogoda nazajutrz pozwoliła nam jedynie na spakowanie motocykli. Chwilę po odpaleniu maszyn o kaski zaczęły rozbijać się pokaźne krople wody. Zapowiadało się, że niestety szybko się nie przejaśni. Przejechanie pierwszych kilku kilometrów utwierdziło nas w przekonaniu, że zwiedzanie Parku zostawimy sobie na naszą kolejną wizytę. Postanowiliśmy skierować się na północ w kierunku ziem polskich Tatarów. Ulewa opuściła nas dopiero przed Bobrownikami, gdzie musieliśmy zatrzymać się by nasmarować przesuszone deszczem łańcuchy. Przy tej zajmującej czynności wspomagali nas lokalni fani taniego wina, udzielając nam przy okazji szczegółowych wskazówek dot. topografii terenu. Jak się miało okazać nie bez przyczyny. Z przygranicznego miasteczka wjechaliśmy bowiem do dzikiej krainy. Asfalt ustąpił miejsca piaszczystym, polnym i leśnym duktom. Kilometry bezdroży w pasie przygranicznym, na obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej. Co jakiś czas napotykaliśmy zamieszkane wsie i siedliska, do których nie prowadziła żadna utwardzona droga. Kluczyliśmy tak sobie leniwie, skupiając się mocno na uniknięciu kolejnej gleby na sypkiej nawierzchni. Nie sądziliśmy że można jeszcze w Polsce spotkać takie miejsca. Przez kilka godzin nie spotkaliśmy żadnego innego pojazdu. Nasza  podróż, jakby nie było, szosowymi maszynami dostarczyła nam tutaj nie lada rozrywki. Wyszutrowani za wszystkie czasy, po dotarciu do Kruszynian nie mogliśmy odmówić sobie tradycyjnego tatarskiego posiłku. Warto.

 

Lipsk, Marek
Tuż przed zmrokiem dotarliśmy do Lipska, gdzie okazało się że otoczenie Biebrzy, nad którą chcieliśmy biwakować tej nocy, to w tym miejscu podmokłe łąki i bagna niedostępne dla nas na naszych sprzętach. Kręcąc się po okolicy dojrzeliśmy machającego do nas z oddali mężczyznę. Nieco chwiejne ruchy, zaczerwieniona buźka i ręce pokryte wyblakłymi tatuażami. Poznajemy Marka, motocyklistę niepraktykującego od kilku lat. Nie mieszka co prawda w Lipsku, ale stąd pochodzi, zna kogoś kto dysponuje tym miejscem i zaprasza na nocleg. Teren jest zamknięty i szlaban grodzi wjazd, ale nie jest to przecież problem. Marek wskazuje na przerwę w żywopłocie, trochę gazu, kierownica do góry i jesteśmy. Jako że chłodny wieczór zapowiada zimną noc, a nasz towarzysz okazuje się naprawdę fajnym gościem, już podczas rozbijania namiotu nieco się rozgrzewamy herbatą z prądem. Marek sam nie wie czemu przestał jeździć. Jakoś tak wyszło, że klasyczne 750cc kurzy się gdzieś w garażu. Żona, dzieci, obowiązki, codzienna harówa... Patrzy na nas i nasze ubłocone sprzęty i zarzeka się, że jak tylko dotrze do domu bierze się za uruchomienie maszyny.

Następnego dnia rano pojawiają się faktyczne pracownice kempingu, tak na marginesie - będącego obiektem miejskim. Podczas, gdy my zwijamy namiot i pakujemy motocykle, jedna z nich siada obok i opowiada o życiu na Podlasiu. W telegraficznym skrócie: młodzi wyjeżdżają za pracą, miasto pustoszeje, a reszta nie stroni od kieliszka. Kemping choć częściowo odremontowany, dni świetności ma niestety za sobą. Kiedyś przyjeżdżały tu całe autokary Niemców, ale wtedy działał basen. Dziś pieniędzy na utrzymanie basenu nie ma, więc i gości brak. Fajnie, że chociaż my zajrzeliśmy, bo pewnie nikogo więcej dziś już nie będzie.

Suwalszczyzna, Barista i nieznajoma Para
Ruszamy dalej. Przed nami Puszcza Augustowska i Suwalszczyzna. Proste dotąd drogi zaczynają skręcać, a teren staje się bardziej urozmaicony. Poruszamy się teraz na zachód wzdłuż kanału Augustowskiego z jego zabytkami inżynierii wodnej. Wszystko jest wyremontowane, ładne i zadbane. W porównaniu z olbrzymimi przestrzeniami ostatnich dni, gdzie krajobraz nie zmieniał się tak często, jest zdecydowanie inaczej. Teraz, jak w kalejdoskopie, wokół nas przesuwają się kolejno: lasy, jeziora, pola, łąki, znów lasy, jeziora... Ciągle coś się dzieje. Okrążamy od wschodu Jezioro Wigry. Kawa w mobilnej kawiarence nad jeziorem kończy się długą i inspirującą historią kawy i kawowego biznesu, z właścicielem, który okazuje się prawdziwym pasjonatem tego trunku. Naszym celem na dziś są Wiżajny, bo z mapy wynika, że po prostu są najdalej.  Za  radą spotkanej na stacji benzynowej pary, która zagadnęła nas zaciekawiona nami i naszymi motocyklami, nadkładamy drogi by obejrzeć zachód słońca z Jesionowej Góry. Przy okazji droga nr 651 okazała się w tej podróży, drogą dla nas wybitną. Zachwyciła nas urozmaicona rzeźba terenu w połączeniu z niezliczoną ilością zakrętów, a to wszystko w promieniach zachodzącego słońca i przy minimalnym natężeniu ruchu. Coś cudownego. Suwalszczyzna zdecydowanie na motocyklu. Brakowało nam tego w ostatnich dniach!

Rześki, słoneczny poranek przypomina że jesteśmy na Polskim biegunie zimna. Postanawiamy kontynuować podróż drogą nr 651 na zachód na Mazury. Z każdym kilometrem krajobraz się zmienia. Charakter zabudowy  staje się coraz bardziej uporządkowany. W Stańczykach mamy okazję podziwiać kunszt przedwojennej pruskiej inżynierii mostowej. Tonąca w kwiatach Gołdap, stanowi swoistą granicę, za którą stan dróg ulega zdecydowanej poprawie. Aż nie chce się zsiadać z motocykla. W zabudowie panuje już porządek i ład totalny. Jak tylko się da ,omijamy większe miasta klucząc wokół jezior Mamry,  i Niegocin. Droga jest wręcz pożerana przez poczciwe sprzęty.

Biwak pod Sosnami i Andrzej
Nad Śniardwami odzywa się niespodziewanie smażona rybka spożyta w Sztynorcie i jesteśmy zmuszeni skrócić trasę, oraz znaleźć w trybie natychmiastowym ustronne miejsce, żeby móc ją odchorować. Mając świadomość nadchodzącej tragedii wjeżdżamy na Biwak Pod Sosnami, położony w iglastym lesie nad brzegiem Śniardw. Prowadzi go Andrzej, żołnierz na emeryturze. Kupił go w zeszłym roku, po sezonie, teraz próbuje reaktywować. Założył stronę na facebooku, zorganizował otwarcie sezonu z pieczeniem prosiaka, postawił nowe prysznice i toalety. Ma swoją przyczepę kempingową,w której śpi na miejscu żeby mieć wszystko na oku. Oprowadza nas po terenie, wszystko chętnie pokazuje i opowiada o okolicy. Kemping ma dostęp do swojej niewielkiej, ale czystej plaży z białym piaskiem i płytkim kąpieliskiem. Są kajaki i rowery wodne. Wszystko jest czyste i zadbane. Widać gospodarską rękę. Gdy rozbijamy namiot, proponuje kawę z ekspresu. Pożycza nam dwa leżaki, żebyśmy nie musieli siedzieć na ziemi. Wieczór zapowiadał się strasznie, a tu kawa na leżaku, las, jezioro, zachód słońca. Luksus.

Poranny wyjazd z kempingu zaczął się widowiskową glebą Versysa w piachu. Równie głupią co niezrozumiałą, bo już wczoraj w tym miejscu ugrzęźliśmy na chwilę. Wystarczyło odrobinę pomyśleć i to miejsce po prostu ominąć. Na szczęście bez strat w ludziach i sprzęcie. Porządna złość na własną głupotę pozwala samodzielnie podnieść zapakowane moto. Mamy w planach odwiedzić znów Michała i Olgę. Za namową Andrzeja kierujemy się jednak najpierw do Osowca, by zobaczyć jedyną w Polsce, nigdy nie zdobytą twierdzę wojskową. Ruiny wysadzonych w powietrze bunkrów otoczonych sięgającymi po horyzont bagnami Biebrzy okazały się całkiem interesujące. Skrajnie nieprzyjazny teren sprzyjał obronności. Dalej poruszamy się na południe sercem Biebrzańskiego Parku Narodowego, czyli ponad 30 kilometrową, niemal prostą asfaltową drogą z nową, idealną wręcz nawierzchnią. Na całej drodze obowiązuje ograniczenie do 60km/h a pobocza naszpikowane są ostrzeżeniami o możliwości kolizji z łosiem, o tym jak nagle może się on pojawić na naszej drodze, jak nieograniczone w związku z tym są możliwości odniesienia ciężkich obrażeń i jakie jest prawdopodobieństwo przeżycia takiej kolizji. Niewiarygodne jak wpływa to na nasz umysł gdy jedziemy motocyklem właśnie. Na blacie niby tylko 60 km/h a skupienie i koncentracja jak przy 200 na niemieckiej autostradzie.

Brzostowo, Gospodarze i Szczęśliwe Krowy
Docieramy do Brzostowa, gdzie mamy nadzieję zobaczyć zanikający proceder krowich zawodów w stylu klasycznym w poprzek Biebrzy. Pewnie nie my jedyni przybywamy tu w tym celu, bo gdy spytać kogokolwiek o drogę, słyszymy: „Panie, co wy w tych krowach widzicie...?”. Ano, nie dane nam było już od dawna, krowy widzieć w naturalnym środowisku. Tym bardziej całego stada, które w poszukiwaniu lepszego pastwiska przepływa codziennie na drugą stronę rzeki, gdzie spożywa zieleninę z Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Na miejscu spotykamy dwóch młodych Gospodarzy, czekających cierpliwie aż ich krowy zechcą wrócić na właściwy brzeg. Ucinamy sobie krótką rozmowę. Znów porównanie jak było kiedyś, a jak obecnie tradycja zamiera, jak młodzi porzucają ziemię i gonią do miasta za niby lepszym jutrem. Do tego anegdoty jak Zieloni i Parkowi, cudowali, dumali, zakładali krowom GPSy, żeby sprawdzić czy przypadkiem będąc po drugiej stronie nie tratują ptasich gniazd chronionych gatunków. Tak jakby nie przepływały tam od stuleci... Samo przemieszczanie się bydła, okazuje się wyjątkowo proste. Naczelna krowa, gdy już się znudzi, daje głośnym rykiem sygnał do odwrotu i całe rozrzucone w chaosie stado, w ciągu kilku minut przeprawia się na naszą stronę rzeki. Naprawdę sprawnie.

Białystok, Olga i Michał
Odwiedzamy Olgę i Michała wraz z ich uroczą i poczciwą psiną w ich wygodnym i przytulnym mieszkaniu. Znów zostajemy bardzo serdecznie przyjęci. Pomimo ,że oboje muszą rano wstać do pracy zwiedzamy wieczorem miasto. Białystok kompletnie rozminął się z naszymi wcześniejszymi wyobrażeniami. Znów kwiaty, tysiące klombów i rabatek. Zadbane parki, wyremontowane kamienice. Jest naprawdę ładnie, a centrum do późnych godzin wieczornych tętni życiem. Udany wieczór wydłuża się w zabawną noc, gdy próbujemy podlaskich nalewek, których nazw nie potrafimy już dziś nawet powtórzyć.

Poranek wita nas rzęsistym deszczem, który za miastem przeradza się w regularną ulewę. Uciekamy więc znów z głównej wojewódzkiej drogi pełnej TIR-ów, ciągnących za sobą fontanny wody. Kombinezony gdzieniegdzie przepuszczają trochę wody. Postanawiamy jednak nie rezygnować z wcześniejszych planów, lecz dotrzeć znów nad Bug i jechać wzdłuż niego tak daleko na południe, jak tylko nam się zachce. Droga mokra, kręta i niezmiernie dziurawa. Im bliżej Terespola tym gorzej. Zabudowa też coraz mniej klimatyczna. Robi się tak trochę byle jako. Spotykamy na drodze pierwszą podczas tego wyjazdu mocno pijaną puszkę. Dobrze, że na czas zauważamy, że coś z nią jest nie tak, bo gdybyśmy zdecydowali się ją wyprzedzić pewnie jedno z nas skończyłoby w rowie. Niepewnie jadąc prawą krawędzią asfaltu wykonuje nagle niesygnalizowany nagły manewr lewoskrętu w pole, gdzie jakimś cudem ląduje na skraju szutrowej drogi i cmentarnego muru. Zamroczony driver chyba tylko siłą woli utrzymał pojazd na czterech kołach.

Po noclegu nad Jeziorem Białym pod Włodawą ruszamy dalej na południe, zaliczając szutry koło Sobiboru. Były obóz koncentracyjny jest obecnie przedmiotem szeroko zakrojonych badań archeologicznych i dopiero za kilka lat jego ekspozycja będzie udostępniona w nowym obiekcie. Kręta nadbużańska droga o nawierzchni pełnej kraterów prowadzi nas aż do Hrubieszowa, gdzie decydujemy że o skierowaniu się na zachód i rozpoczęciu powolnego powrotu do domu. Po tylu kilometrach obijania tyłka na dziurach mamy już dosyć. Co jakiś czas pada, jest zimno i sama jazda jest średnio przyjemna.  Zamierzamy po drodze odwiedzić parę poznaną w Białowieży.

Dzikie Roztocze, Jaga i Leszek
Dzikie Roztocze wita nas drogowskazem z kierunkami, które każdy szanujący się podróżnik powinien odwiedzić na świecie. Naprawdę jest to Raj na ziemi. Drewniane chałupy, które Leszek remontuje przy zastosowaniu tradycyjnych metod, ale jednak wyposażone we wszystkie współczesne wygody, ziołowy ogród, który jest oczkiem w głowie Jagi, cisza i spokój. Wszystko urządzone tradycyjnie, ale z niebywałym smakiem. Za miedzą Roztoczański Park Narodowy. Nad całym gospodarstwem górują kilkusetletnie lipy, które gdzie indziej dawno już zostałyby uznane za pomniki przyrody. Jest wreszcie popołudniowe słońce, jest kawa i domowe ciasto. Uczymy się robić ser i w głębi duszy trochę zazdrościmy naszym gospodarzom spokojnego życia na łonie natury. Z takiego miejsca świat naprawdę wygląda inaczej.

Podróż powrotna do Krakowa, przy tradycyjnie zmiennej już pogodzie to nieustanne pasmo ubierania i zdejmowania kombinezonów przeciwdeszczowych. Trasa przez Biłgoraj i Mielec prowadzi nas do domu, przez coraz silniej zurbanizowane tereny. Nasz skromna podróż dobiega końca. Przemierzyliśmy ponad 2350 km przez wschodnią Polskę, wzdłuż granicy z Ukrainą, Białorusią, Litwą i Rosją. Ot tak, spotkaliśmy na swojej drodze ludzi, którzy na długo pozostaną w naszej pamięci, a ich historie i zasłyszane opowieści pozwoliły nam lepiej zrozumieć region, który odwiedziliśmy. Po raz kolejny znaleźliśmy dowód na to, że tam gdzie nie ma wielkomiejskiego szumu i zgiełku ludzie są bardziej życzliwi, potrafią się zatrzymać i z zainteresowaniem spojrzeć na drugiego człowieka. A motocykle niewątpliwie nadal wzbudzają zainteresowanie. Sprawdziła się też nasza stara zasada - im dalej od utartych szlaków, tym więcej doznań w podróży. Szukamy wrażeń w wielkich kurortach, na innych kontynentach, tymczasem tyle piękna mamy pod nosem, u siebie… Ta podróż przywróciła nam wiarę w ludzi.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij