Motocykl poleca:

Polska Wschodnia - Moto Tour 2015

Poleć ten artykuł:

Teoretycznie Polska wschodnia, szczególnie ta niezbyt północna i południowa, oraz motocykl to dwie wykluczające się rzeczy. Nie ma bowiem w jeździe nic przyjemniejszego, niż kręte szosy z doskonałą nawierzchnią.

Zobacz całą galerię

Tymczasem patrząc na mapę, drogi na Podlasiu wydają się niemiłosiernie proste i nudne, a o kiepskiej nawierzchni czyta się wszędzie. Początkowo miała to być opowieść o ciekawych miejscach, przepięknych wschodnich krajobrazach, kilometrach lasów, pól i łąk, łosiach, żubrach, bocianich gniazdach i stadach koni na pastwiskach. Podróż jak zawsze zweryfikowała nasze plany. Będzie to opowieść przede wszystkim o ludziach. Poznanych w trasie, spotkanych w czasie motocyklowej przygody,  zupełnie przypadkiem. Nigdzie bowiem, nawet na drugim końcu świata, nie spotkaliśmy tyle życzliwości, serdeczności i bezinteresowności.

Ruszamy w połowie czerwca, przed pierwszą falą wakacyjnego tłoku. Pierwszy dzień podróży planujemy ambitnie. Chcemy dotrzeć mniej uczęszczanymi drogami z Krakowa w rejon Siemiatycz. Na nocleg mamy upatrzoną na zdjęciach satelitarnych odludną polanę nad zakolem Bugu. Tego dnia jedzie się wyjątkowo ciężko. Dokucza nam niemiłosierny upał, jest gorąco, duszno i parno. Kilkukrotnie musimy przerywać jazdę by przeczekać gdzieś pod zadaszeniem gwałtownie przechodzące burze. Przepocone ubrania kleją się do ciała, a ogłupione upałem, fruwające robactwo momentalnie zalepia szyby w kaskach. Ulga przychodzi gdy przepływamy promem Wisłę na wysokości Solca. Na drugim brzegu zdecydowanie spada intensywność zabudowy. Maleje też ruch na drodze. Szosa prostuje się, a krajobraz powoli, ale konsekwentnie przeistacza się w kilometry niekończących się pól uprawnych. Słońce zachodzi i rzuca na wszystko czerwono - złotą poświatę. Jest pięknie. Tylko nieprzyzwyczajony do długiej podróży w siodle tyłek, boli niemiłosiernie.

Gdy po zmroku docieramy na zaplanowaną miejscówkę, jesteśmy fizycznie wykończeni i szczęśliwi, że na dziś to już koniec. Na miejscu zamiast upragnionej ciszy i spokoju spotykamy chmurę wściekłych komarów, pośród których w najlepsze siedzi sobie i wędkuje w półmroku dwóch gości. Nie jest więc tak pusto jak sugerował internet. Pytamy więc czy nie będzie to problem, jeśli obok rozbijemy namiot. Odradzają nam ten pomysł, bo jest to podobno popularne miejsce na nocne balety z promilami i muzyką z samochodowego bagażnika. To, że na razie są tu tylko komary nie oznacza, że za chwilę nie zjadą się amatorzy nocnych szaleństw. Okazuje się że poznani wędkarze to Henryk i Michał, ojciec i syn. Obaj są motocyklistami. Henryk – ojciec mieszka w okolicy, a ich wędkowanie i tak już dobiega końca, więc zapraszają nas do siebie. Komary tną jak oszalałe i stwierdzamy, że nie ma co się zastanawiać. Rozbijemy namiot w ogrodzie u Henryka. Szykuje się spokojna i bezpieczna noc. Jedziemy za nimi...

Robimy kilka kilometrów po okolicznych drogach. Jest już całkiem ciemno i niewiele widać przez brudne wizjery w kaskach. Po kilkunastu minutach zjeżdżamy z asfaltu na piaszczystą drogę. Nagle lewo, prawo, lewo, prawo.... gleba. Poczciwe ER6N leży i wyje do księżyca. Obładowane moto wcale nie tak łatwo podnieść w sypkim piachu. Z pomocą Michała, który natychmiast do nas podbiegł, udaje się go postawić na koła. Mówi żeby się nie przejmować. On tu leżał już kilka razy, jego ojciec też.

Chybów, Ewa i Henryk
Okazuje się że nie ma mowy o żadnym rozbijaniu namiotu. Mamy już pościelone łóżko w osobnym pokoju. Henryk robi nam miejsce w garażu i przygotowuje drewno na ognisko. Jego żona Ewa przynosi nam wielki talerz wypasionych kanapek i michę słodkich truskawek. Kto to zje?

Rano oczywiście dostajemy śniadanie i z Ewą nie ma nawet dyskusji, że „dziękujemy proszę nie robić sobie kłopotu”. Myśleliśmy, że o takiej gościnności możemy przeczytać już tylko w historycznych książkach. Henryk oprowadza nas po swojej ziemi. W jego polu stoi stary wiatrak, mocno już nadszarpnięty zębem czasu i ludzką bezmyślnością. Co jakiś czas część jego konstrukcji po prostu znika w niewyjaśnionych okolicznościach na opał. Całość skrzypi przy mocniejszych podmuchach wiatru. Pomimo doskwierających mu oczywistych braków w konstrukcji, a może to właśnie dzięki nim, miejsce to robi na nas ogromne wrażenie. Czujemy że jesteśmy świadkami ulotnej chwili w historii tej okazałej konstrukcji. Jeśli kiedyś tu wrócimy, a wrócimy chętnie, pewnie już jej nie będzie. Widok z wysoka na okoliczne lasy, domy i pola dopełnia obraz piękna.

Oglądamy kilka patentów Henryka, które przez lata misternie konstruował w swoim ogrodzie: samo zamykające się furtki, maszynę do rozłupywania drewna, miniaturowy wiatrak... Fajnie jest słuchać jak z pasją opowiada o drobnych z pozoru rzeczach, przy których spędził mnóstwo swojego cennego czasu. W tle sączą się opowieści ze starych, dobrych motocyklowych chwil. Klasyczne sprzęty, upadki i wypadki, zloty, znów wypadki i urazy. Było tego trochę. Przed pożegnaniem dostajemy do ręki myjkę ciśnieniową i odbywa się porządne mycie. Nie wypuścił nas na brudnych sprzętach.

Drohiczyn, Olga i Michał
Rano byliśmy umówieni z Michałem i Olgą w domu jej rodziców tym razem, w Drohiczynie. W naszych oczach jest to typowe sielskie małe miasteczko. Spokój, cisza. Zadbane domy i ulice. Wydaje się dobrym miejscem do życia. Niewątpliwie ma swój urok. Na brzegu rzeki, nieopodal centrum, znajduje się świetny punkt widokowy na leniwie płynący Bug. Bardziej zainteresowani jednak byliśmy dłuższą rozmową z naszym wczorajszym dobroczyńcą i jego żoną. Z pozoru zwykłe, normalne młode małżeństwo. Pomimo, że zdecydowanie są ludźmi mocno stąpającymi po ziemi, okazali się równie  ciekawi świata tak jak my. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie u nich w Białymstoku.

Wędrujące po niebie słońce nieubłaganie przypominało, że czas ruszać dalej. Poinstruowani gdzie jechać i co koniecznie zobaczyć ruszyliśmy w kierunku świętej góry prawosławia – Grabarki. Ruszyliśmy bez większego przekonania, jako że zdecydowanie nie gustujemy w turystyce sakralnej. Na miejscu jednak przez dłuższą chwilę staliśmy jak wryci w ziemię. Otaczały nas, ukryte pod drzewami, tysiące dziękczynnych krzyży wbitych w ziemię wokół cerkwi. Tylko las i cisza. Nieliczne promienie słońca, którym udawało się przebić przez gęste korony drzew, rozświetlały fragmenty tej plastycznej sceny, by za chwilę podkreślić nagłym rozbłyskiem światła inną, ukrytą dotąd jej część.  Delikatny wiatr wzbudzał subtelny szmer liści, który tylko potęgował mistycyzm tego miejsca.

Po opuszczeniu Grabarki wczesnym popołudniem, przyszedł czas na nasz ulubiony punkt programu, czyli jazdę przed siebie bez mapy i z wyłączoną nawigacją. Wsiedliśmy na motocykle i pognaliśmy prosto w kierunku granicy z Białorusią. Droga  prowadziła totalnie na wprost zagłębiając się coraz bardziej w niekończące się mielnickie lasy. Tak dotarliśmy do znaku zabraniającego dalszej jazdy w kierunku granicy. Skręciliśmy więc na północ i klucząc przez wsie o tak wdzięcznych nazwach jak Klukowicze, Litwinowicze, Jancewicze, czy Zubacze i pytając czasem spotkane po drodze staruszki o drogę dotarliśmy do Czeremchy, gdzie niebieski mundur, który pojawił się nagle i niespodziewanie na drodze nakazał nam się zatrzymać.

Tagi: Turystyka | Polska | Moto Tour 2015

Oceń artykuł:

4.5

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij