Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Półwysep Kolski – tam gdzie tną komary

Zimowy wieczór – Rafał z dziewczyną opowiadają o spływie kajakiem po rzece Umba na Półwyspie Kolskim. To spotkanie było pomysłem na naszą wyprawę.


 

Naszym planem był brak planu. Dwa słowa: Kolski – lipiec, załatwiały wszystko.

Granica estońsko-rosyjska. Jest stres – to nasza pierwsza wizyta w Rosji. Długie odprawy, upierdliwość celników, trzepanie bagaży, schody i kłody podczas odprawy okazały się „opowieściami z mchu i paproci”. Estończyk zaprasza nas bez kolejki, rosyjska obsługa pomaga w wypełnieniu odpowiednich papierków. Rosyjska celniczka prosi mnie o otwarcie topcase’a. Na wierzchu wszystko to, czego nie wolno wwozić. Uśmiecham się słodko, ona również i... Rosja przed nami.

Pierwsze metry i już wiemy, że jesteśmy w innej rzeczywistości, a przecież to dopiero miasto graniczne. Po lewej długi sznur tirów czekających na odprawę, porozstawiane grille, śpiący na poboczu kierowcy. Po prawej punkt DPC, pusto, znak stop odstawiony na bok, jeszcze tylko jakaś powolna ciężarówa i dzida. Spoglądam w lusterko i widzę rozpadające się Żiguli na sygnale.

     
Alosza – tak mieszkańcyMurmańska nazywają ten31,5-metrowypomnik.
Paczka germańskich em&emsów oraz 5-eurowy
banknot sprawiły, że na kolację mieliśmy suszone ryby przyniesione przez Saszę i Renata.
Surowa przyroda tuliła nas do snu. Tylko komary nie rozumiały, że sen dla człowieka nie jest zachcianką, lecz koniecznością.

Kupa śmiechu
Ja: – 50 euro. (Oni się śmieją).
Oni: – 500 euro. (Ja się śmieję).
Ja: – 500 rubli. (Oni się śmieją).
Oni: – 1500 rubli.
Ja: – Ale za trzech! (Śmiejemy się na zgodę).

Wymiana dokumentów na kasę, grzeczności również. Od tego momentu, jak widzimy punkt DPC, znak zakazu wyprzedzania, ograniczenia prędkości, roboty drogowe, uwaga łosie – jedziemy jak należy i tylko wymieniamy grzeczności z „gajowymi” (GAJ = rosyjska milicja drogowa).

Petersburg mijamy z gracją kojota z kreskówki. Sześciopasmowe obwodnice, wszystko pomyka z prędkością światła i chyba rozpoczął się sezon polowań! Żaden z pasów nie daje oddechu. Jest ciemno i zimno, cały czas rozglądamy się za jakąś miejscówką do spania.

Gdzieś za Kirowskiem padamy na pysk i bez wybrzydzania rozbijamy się na pierwszej napotkanej polance. Komary atakują całymi batalionami. Po zaledwie dwóch godzinach snu słońce wywala mnie z namiotu, a tu czekają bataliony tych, co to się nie nażarły dwie godziny wcześniej. Zwijam swój majdan, melduję Deptulowi samowolne oddalenie się i po 15 minutach leżę w cieniu przydrożnej stacji paliw. Chłodny beton, ulga, oczy zamykają się same. Błogość...

– Kolego, nie możesz tu tak spać! – słyszę jak przez mgłę. – To mnie zastrzelcie – mruczę, nie otwierając oczu. – Nie możecie tak na betonie, to niedobrze...

Z trudem otwieram oko i widzę młodego gościa z kawałkiem Wołgi, a dokładnie z tylną kanapą. Zwalam się na nią, chyba dziękuję, urywa mi się film. Jakiś czas potem budzą mnie chłopaki. Wiele dłużej nie wytrzymali. Aniołem stróżem okazał się Misza z wulkanizatorni. Uścisk dłoni, teraz już świadome podziękowania. Dodam, że wszystkie manele, kask, dokumenty leżały luzem na mojej Afryce...


     
Półwysep Rybacki. Ten trup był kiedyś jednym z budynkówczerwonoarmijnych koszar.
Początek podróży. Granica z  Łotwą nie była problemem. Baliśmy się granicy  estońsko-rosyjskiej,ale wszystko poszło tam łatwo.
W Kirowsku znaleźliśmy Rudego 102. I kto ma jeszcze odwagę twierdzić, że „Czterej pancernii pies” to tylko filmowa fikcja!?

Czas się zatrzymał
Mijamy miejscowości, które nie znają pojęcia remont, zapadające się drewniane szałasy, brudne i szare blokowiska… Bieda aż piszczy, wśród tego wszystkiego piękne i drogie samochody. Ludzie zmęczeni życiem, ale zawsze serdeczni – kontrast diaboliczny. Ciemne szyby w samochodach to w Rosji nie oznaka przynależności do mafii, lecz taki fun narodowy. Ciemne szyby ma nawet rozpadający się Ził. Spotykamy pojazdy, które jeżdżą, aż umrą, a potem jeszcze trzy lata. Oczy szeroko otwarte i targają nami bardzo różne reakcje i spostrzeżenia.

Chwilę skupię się na głównej arterii drogowej z południa na północ, czyli na drodze M18. Z uwagi na brak czegokolwiek na długich odcinkach, żyje ona własnym życiem. Ludzie tędy jadą, jedzą, biwakują, tu śpią, naprawiają środki transportu. Mieszkańcy okolicznych wiosek handlują tym, co złowią, upolują, wyhodują. Tajga, która ją otacza, jest tak samo piękna, jak i niedostępna – gęstwina, bagna, jeziora... Natrafienie na groby czy pocięte lub spalone auta po pewnym czasie przestaje dziwić. Ciekawą sprawą są punkty czerpania wody. Głębinowe źródła mają swoje nazwy, opis minerałów, jakie się w nim znajdują, i nawet są poświęcone przez obwodowego popa. Woda pycha!

Deptul wyczytuje w przewodniku Pascala, że warto zawitać do Pietrozawodska. Przez trzy godziny szukamy tej opisywanej w przewodniku pięknej promenady z niezliczonymi knajpkami i sklepami. Przy okazji przypomina nam się, że powinniśmy się zameldować (patrz: ramka wyżej). I z promenady, i z zameldowania się nic nie wychodzi. Z tego drugiego rezygnujemy na dobre. To tym łatwiejsze, że po pewnym czasie generalnie omijamy miasta.

Zatracamy poczucie czasu. O tym, że nastaje noc, informuje nas spadek temperatury, bo noce są cały czas dość jasne. Jedziemy dalej. Jak na twardzieli przystało, nie mamy GPS-u, bo nawet nie do końca wiemy, co to jest i do czego służy. Ale mamy mapy! Ja: Kotlina Kłodzka –atrakcje turystyczne, Myku: poradnik „Blitzkrieg – teoria i praktyka”, Deptul: atlas Europy w skali jeden do tryliona. A, mamy jeszcze kompas, ale chyba zepsuty.


   
Nowa Ładoga – takie lokalne Tesco w byłychzabudowaniach pałacowych.
Pomniki są wszędzie, nawetpośrodku niczego. Ten upamiętnia jakiegoś rybaka bohatera.

Horror w kaczeńcach
Za miastem Kandalaska, przez które przeprowadza nas nawalony jak bombowiec kierowca Łady, lądujemy na noc na polu kaczeńców. Nad ranem słyszymy jakieś dźwięki, ale olewamy je. Po jakimś czasie wywlekamy się z namiotów: – Cześć Deptul! – Cześć Bajrasz! – Cześć Myku! Cisza. – Mykuuu, guten Tag! – próbuję go podejść. Myka niet. Jego Africa stoi, o papier nie prosił. Już wiemy: porwali go! Kto? To jasne: lokalesi, dla okupu! Siedzimy przez jakąś godzinę, rozmyślając, co dalej i co komu przyda się z germańskiej Afriki. Gdy zaczynamy się spierać o pompę, ciągnąc słomki, słyszymy ten sam warkot, który przeszkadzał nam nad ranem. Zza choinki wyskakuje Łada, hamuje w tumanie kurzu. – Pakujcie się, micha i fajny prysznic na nas czeka – słyszymy znany głos, nie widząc jeszcze Myka.

„Porywaczem” okazuje się Wiktor, właściciel kaczeńców. Tak sobie nad ranem jeździł, jeździł i porwał nam Germańca, nakarmił i wykąpał. Pakujemy się, formułując co jakiś czas komunały: Martwiliśmy się o Ciebie!, Co się stało?, Jesteś cały?... Nie wspominamy oczywiście nic o pompie i ciągnięciu słomek.

Godzinę później docieramy do Wiktora i Larysy. I to jest właśnie to, co traumatyczne w Rosji – trzy czteropiętrowe domy, strasznie zaniedbane, pośrodku niczego! Żadnego socjalu, sklepu, szkoły, czegokolwiek. Jakby ktoś zrzucił te trzy domy ze statku kosmicznego na Kolski. Małe, dwupokojowe mieszkanie. Stół zastawiony: hołodiec, szupa i kartoszki, czaj i jeszcze kilka ekstrasów.

„Kołchozy były, była praca dla każdego, opieka zdrowotna, szkoły. Teraz jest źle, zostaliśmy tu sami, młodzi uciekają do miast, my tu sami i bez pomocy. Putin? Putin myśli o sobie, nie o nas” – opowiada Wiktor.

Rzeka Umba stała się naszym celem, bo... nazwę ma fajną. Pod sklepem lokalesi mówią o ciekawej miejscówce za Czarną Rzeczką. Jedziemy. Morze Białe towarzyszy nam non stop. Gdy się zatrzymujemy, morze jeszcze jest, kilka godzin później znika – trafi liśmy na odpływ. Jak spod ziemi wyskakują dwa urwisy, Sasza i Renat. Straszne gaduły i nieźli biznesmeni – sprzedają nam pęk suszonych ryb za 5 eurosów i germańskie em&emsy. Opowieści o tym, co tu rośnie, co można jeść, a czego nie, jakie grzyby po wrzuceniu do ogniska odstraszają komary, co żyje w morzu, że bieługi są śliczne itp. towarzyszą nam podczas rozbijania namiotów.

bliskie spotkanie z biurokracją
 Turystyka Pó³wysep Kolski 2010Postanowiliśmy załatwić sprawy związane z meldunkiem. Mocno po czasie, ale lepiej późno niż wcale – tak myśleliśmy. W końcu jest to w Rosji obowiązek. W tym celu udaliśmy się na pocztę. Tak sami sobie zafundowaliśmy bliskie spotkanie trzeciego stopnia z rosyjską biurokracją.
Gdy weszliśmy do sali obsługi, tłum spojrzał na nas i nastała cisza, którą zakłócał tylko głos tykania zegara... Po chwili niepewności stwierdziliśmy, że nie będziemy tak stać i czekać aż wybije pełna godzina i pokaże się kukułka, bo takiego szoku dźwiękowego mogłoby nie wytrzymać serce jakiejś starowinki. Jak zwykle pierwszy zagadał nasz lodołamacz Myku, który z ledwie słyszalnym niemieckim akcentem wyłuszczył pani z okienka, o co nam kaman.
Pani pokiwała głową i przyniosła formularze. Tak na oko z pół kilo. Powiedziała, co mamy wypełnić, więc zajęliśmy się lekturą. Fa fffa ffffaaaamiiiiillllllliaaaa – przeczytał uradowany Myku. Ja wydukałem coś od siebie i w tej chwili zrozumieliśmy, że nie będzie łatwo... Więcej prób zameldowania się nie podejmowaliśmy.
 

Trudna sprawa
Teraz będzie o fizjologii. Najpierw trzeba stwierdzić, że dłużej zwlekać nie da rady. Potem trzeba się szczelnie ubrać, jeszcze w namiocie zrobić próbę generalną ściągania portek, wyciągnąć jakieś paskudztwo na komary i spryskać wszystkie odsłonięte części ciała, ubrać się ponownie, szybko znaleźć odpowiednie miejsce i – kładąc ogień zaporowy sprejem – dokonać zrzutu. Wszystkie te czynności nie gwarantują ujścia z placu boju bez uszczerbku na du...mie.

Do Murmańska dojeżdżamy strasznie zziębnięci. Nad miastem góruje potężny pomnik, a jakże – żołnierza bohatera. Jest to miasto portowe i jak chyba w każdym mieście portowym jest wyczuwalny irracjonalny luz i swoboda, taka lekka anarchia.

Lokalna ekipa wyznacza nam dalszą trasę w kierunku Półwyspu Rybackiego. Szybkie szutry, piachy, kamolce, przeprawy rzeczne, błocko i krzaczory – wszystko, czego dusza zapragnie, żeby się terenowo upodlić. Rybacki to powierzchnia naszego województwa, gdzie w pigułce mamy całą północną Rosję, czyli tundrę, tajgę, surowość Północy – taki bajerancki zakątek, który zniknie za rok-dwa, bo z racji otwarcia (dotychczas to teren wojskowy) zrobi się popularny.

Zachłyśnięci Rybackim, zbliżamy się do granicy norweskiej. Znika zieleń, na jej miejsce wchodzi ziemia wypalona do fundamentu. Przekraczamy kolejne wzgórze i trafi amy do czegoś w stylu Tolkienowskiego Mordoru: miejscowości Zapolarnyj, Nikiel, Sputnik plus kilometry koszar, zgrupowań wojska, ciężkiego sprzętu, baz paliwa i haseł na ścianach budynków w stylu „Gdzie my, tam mir” (pokój) towarzyszą nam do granicy norweskiej.

A może przez Rosję...
– Motyla noga, jak w Disnejlendzie! – krzyknął Deptul już w Kirkenes. Cicho, schludnie i pachnie trawa. Zaraz za Kirkenes łapiemy hytte: gorąca kąpiel, ciepłe wyrko, w tle czyste motóry i schludni motocykliści wszelkich narodowości. A my już zaczynamy tęsknić! Może powrót jednak przez Rosję?

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Zimowy wieczór – Rafał z dziewczyną opowiadają o spływie kajakiem po rzece Umba na Półwyspie Kolskim. To spotkanie było pomysłem na naszą wyprawę.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:07:58