Motocykl poleca:

Portret: Jacek Bujański

Poleć ten artykuł:

Marzenia o starcie w motocyklowej sześciodniówce przekreślił feralny skok. Jacek Bujański pomyślał wtedy, że ostra jazda i sportowe przeżycia pozostaną już tylko wspomnieniem. Przypadkowa przejażdżka motocyklopodobnym czterokołowcem odmieniła jego los. Od tego czasu mówią o nim Mister Quad.
Zobacz całą galerię

Jacek Bujański przejął w genach zamiłowanie do jednośladów. Już jako roczny brzdąc podróżował w siodle między rodzicami. Pierwsze samodzielne próby to jazdy 6-latka na dziadkowej Osie. Rodzice z niepokojem patrzyli na coraz śmielsze zapędy latorośli. Wypadek ojca pozostawił zbyt głęboki ślad. Jeden wariat w rodzinie wystarczy – kwitowano wszelkie prośby o kupienie jednośladu. Jacek musiał więc potajemnie rozwijać swoje zainteresowania. Aby poznać tajniki jazdy terenowej, poprzerabiał pokątnie kupioną WSK-ę, upodabniając ją do rasowego enduro. Treningi na ogół przebiegały według tego samego scenariusza. Najpierw cichcem wypychał maszynę za pierwsze skrzyżowanie i dopiero potem odpalał motocykl, by uganiać się po polnych dróżkach i leśnych duktach. WSK wprawdzie się nie rozpadła, ale raz za razem zmuszała do poznawania jej tajników konstrukcyjnych.

W czasie studiów Jacek, kiedy tylko nadarzyła się okazja, kupił crossową CZ-kę. Szybko zrobił licencję i rozpoczął regularne starty. Początkowo w barwach stołecznego klubu MAK, później Szaraka Sochaczew. W sylwestra 1987 r. stał się właścicielem zwłok rajdowej Jawy, która miała już za sobą trudy sześciodniówki. Doprowadzenie tego „gruzu” do sprawności wypełniło długie zimowe wieczory. Sportowa kariera Jacka stopniowo zaczęła nabierać rozpędu. Startował w motocrossie, ale bardziej przypadły mu do gustu rajdy enduro, gdzie oprócz odwagi i jeździeckich umiejętności liczą się wytrwałość, taktyka i techniczna smykałka, bozawodnik od startu do mety jest zdany na własne siły i z wszelkimi defektami musi radzić sobie sam. Doświadczenie procentowało i szło mu już zupełnie nieźle. Zawody kończył w pierwszej dziesiątce, bywało, że przyjeżdżał na szóstej pozycji. A wtedy o czołowe lokaty walczyły takie asy, jak Ryszard Gancewski, Zbigniew Przybyła, znany dziś z pustynnych maratonów Jacek Czachor oraz jego brat Mariusz.




W 1992 r. przesiadł się na stare crossowe Suzuki. Wkrótce potem zdarzyło się nieszczęście. W efekcie nieudanego lądowania po skoku złamał nogę w kolanie. Trzy miesiące przerwy w chodzeniu. Musiał obiecać żonie, że nigdy więcej nie wsiądzie na motocykl, ale jako współwłaściciel sklepu motocyklowego nie mógł całkowicie zerwać ze swoją pasją. Kiedy w Polsce pojawiły się pierwsze przedstawicielstwa firm japońskich, Jacek Bujański i jego wspólnik Piotrek Czwornóg dostrzegli swoją szansę. Przekształcili sklepik „Targowa 5 w bramie” w firmę Moto Styl. Od 1994 r. ich firma jest dealerem Suzuki.

Od początku działalności Moto Stylu sklep pełnił również funkcję komisu. Pewnego razu ktoś wstawił tam quada. Po pewnym czasie jeden ze stałych klientów odkupił pojazd i pojawił się na spotkaniu, jakie dla jeżdżących w terenie klientów firmy urządzono na poligonie w Rembertowie. Kiedy Jacek dosiadł maszyny, nagle stało się coś dziwnego i zupełnie niespodziewanego. Quad z miejsca go zauroczył i to jeszcze bardziej niż kiedyś motocykle enduro. Jeździ się tym łatwiej niż jednośladem, więc znacznie wcześniej można cieszyć się przyjemnością z jazdy i z pokonywania coraz trudniejszego terenu. Pojazd ma wprawdzie cztery koła, ale wrażenia, emocje i wysiłek fizyczny za kierownicą bardzo przypominają jazdę motocyklem terenowym. Zauroczony możliwościami quada, Jacek z miejsca zaczął myśleć, jakby tu znowu zacząć się ścigać. Czuł, że ten pojazd umożliwi mu kontynuowanie sportowej przygody, co na motocyklu z uwagi na skutki kontuzji byłoby zbyt ryzykowne.

W połowie lat 90. quady w Polsce można było policzyć niemal na palcach jednej ręki, więc o rywalizacji sportowej nie mogło być mowy. Wertując literaturę branżową, dowiedział się, że w Niemczech organizuje się zawody czterokołowców. Załadował Yamahę Warrior na przyczepkę, schował do kieszeni licencję motocyklową i ruszył w trasę. Debiut wypadł bardzo pomyślnie. Startując w stawce ponad trzydziestu jeźdźców, osiągnął metę na siódmej pozycji. Organizatorzy zrobili mu miłą niespodziankę, wręczając puchar jako pierwszemu Polakowi, który wystartował w mistrzostwach Niemiec quadów.

     
Ojcu Jacka zdarzało się nawet próbować zdobyć na motocyklu przęsło mostu. 
Początki kariery sportowej. Jacek Bujański startuje na CZ 400. 
Wyścig czterokołowców na torze rallycrossowym w Słomczynie w 2000 r. 

Po powrocie Jacek całą energię poświ ęcił na tworzenie nowej dyscypliny. W 1997 r. wraz z innymi entuzjastami organizował pierwsze zawody na torach w Lublinie, Sochaczewie i Przasnyszu. Popularność nowego motorowego szaleństwa szybko rosła, a od czasu, kiedy z myślą o amatorach wprowadzono Puchar PZM, quady nieprzerwanie towarzyszą motocyklom na trasach rajdów.

Organizatorzy rajdów enduro nie zawsze chcieli uwzględniać specyfikę czterokołowych pojazdów. Na ekstremalnie cięż- kich odcinkach trasy quady stawały się zawalidrogami dla jadących szybciej motocykli. Trzeba było szukać objazdów, pojawiały się problemy organizacyjne, czasami trasy rajdów okazywały się zbyt niebezpieczne. Niezadowoleni jeźdźcy małych pojazdów terenowych założyli własną organizację – Stowarzyszenie ATV Polska. Jego siedziba mieści się w Krakowie, a Jacek Bujański, pełniąc funkcję wiceprezesa, zajmuje się promocją czterokołowych wszędołazów.

By podnosić swoje umiejętności w walce z najlepszymi, w 2001 r. wystartował w odbywających się w Pont de Vaux we Francji mistrzostwach świata Mundial Quad. Cóż to była za impreza! Tysiące fanów, telewizja i 120 quadów ścigających się po torze motocrossowym. Rywalizacja toczyła się przez 12 godzin w dzień i w nocy. Polska ekipa składała się z trzech jeźdźców zmieniających się za kierownicą sportowego Bombardiera. W debiutanckim starcie osiągnęli 56. pozycję.

Jacek nie tylko startuje w mniej lub bardziej poważnych zawodach sportowych. Prowadzi również wypożyczalnię quadów. W ramach stowarzyszenia organizuje się wyprawy przeprawowe, gdzie obowiązuje hasło – im trudniej, tym lepiej. Tu liczy się nie szybkość, lecz praca zespołowa, wspólne pokonywanie przeciwności. Uczestnicy uczą się budowy prowizorycznych mostów, wykorzystania wyciągarek, asekuracji linami itd.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij