Motocykl poleca:

Portret: Paweł Kotlarski

Poleć ten artykuł:

Przyjaciele i znajomi nazywają go Kotletem, a należący do niego serwis motocyklowy PJP jest znany jako klinika doktora Kotleta. Historia Pawła Kotlarskiego może być doskonałym potwierdzeniem teorii głoszącej, że nic w życiu nie dzieje się przypadkiem.

PJP to prawdziwa motocyklowa klinika. Tu bowiem przywraca się do życia wysłużone i zajeżdżone na śmierć maszyny. Mechaniczni pacjenci odzyskują zdrowie po kontuzjach, jakich doznali podczas licznych gleb i dzwonów. Personel kierowany przez „doktora” Kotleta prowadzi również badania naukowe. Eksperymenty przynoszą efekty w postaci niezwykłych streetfighterów. Paweł jest nawiedzonym entuzjastą streetfighterów i całej kultury, jaka wiąże się z tymi rozrabiakami. O swej „Ziucie” – streecie zbudowanym na bazie Suzuki GSX-R 750W – może mówić godzinami. Wtedy wyraźnie się ożywia, a w jego oczach płoną ogniki. Kotlet wraz z paczką kumpli, którym zbudował streetfightery, wciąż rywalizuje o to, czyja maszyna ma więcej mocy i lepsze kopyto, która ma ciekawsze malowanie, kto z nich dłużej pojedzie na gumie itd. Kiedy umieścili zdjęcia swoich motocykli w internecie, posypały się zaproszenia na streetfighterowe imprezy w Austrii i w Niemczech.

Techniczną smykałkę, bez której nie mogłoby być mowy o tworzeniu maszyn ze snów, Paweł odziedziczył po dziadku, który jeszcze przed wojną pracował w warsztacie samochodowym. Pierwszy motocykl Kotlet kupił w 1985 roku, na krótko przed maturą. Przygoda, a właściwie męka z emką była początkiem jego technicznej fascynacji. Sowiecki bokser palił tylko na jednym cylindrze, a w skrzyni działały jedynie dwa biegi. Ale Kotlet uparł się – w końcu składał ją i rozkładał z zamkniętymi oczyma. Tak to przyszły profesor mechanicznych nauk medycznych zdobywał pierwsze szczeble wtajemniczenia w świecie trybów, zębatek, tłoków i innego żelastwa.

Kolejne motocykle, które trafiały do jego rąk, przerabiał i udoskonalał. Nie było go stać na kupno porządnej maszyny, więc tuningował to, co wpadło mu w ręce. Nierzadko musiał reanimować przyniesione w worku zwłoki. Wtedy też zaczął ozdabiać sprzęty malowaniami własnego pomysłu. Potem przyszła kolej na „japończyki” i dalsze doświadczenia. Nastały lata 90., a wraz z nimi praca w firmie Superbike. Prowadzony przez Erwina Gorczycę i Roberta Więckiewicza serwis był jednym z pierwszych w Warszawie, w którym właściciele motocykli pochodzących w większości z prywatnego importu mogli liczyć na fachową obsługę. Pod okiem Erwina, znanego w weteraniarskich kręgach pasjonata, Paweł doskonalił swoje rzemiosło.



W końcu postanowił usamodzielnić się i w 1996 r. wraz z dwoma przyjaciółmi założyli własną firmę. Nazwa PJP powstała z połączenia pierwszych liter imion założycieli: Paweł – Jacek – Paweł. Dwóch wspólników odeszło, ale Kotlet został. Firma od lat cieszy się dobrą opinią, dorobiła się kręgu wiernych i stałych klientów, którzy chętnie korzystają z usług serwisu. Ludzie dobrze się tu czują, nie są traktowani jak bezimienna masa w supermarkecie.

Streetfighterowy klimat na dobre zapanował w PJP jakieś trzy lata temu. Zaczęło się od tego, że Kotlet zapragnął zbudować dla siebie motocykl, który będzie sprawną, szybką i zadziorną maszyną. Ważne było również, aby modyfikacje poszły tak daleko, by motocykl stał się niepowtarzalnym, indywidualnym sprzętem, spełniającym wszelkie wymagania właściciela zarówno od strony mechanicznej, jak i wizualnej. Tak narodził się pomysł na „Ziutę” – ulubioną maszynę. Przy jej budowie zaowocowały doświadczenia z wczesnej młodości, kiedy to Paweł zajmował się modelarstwem. Początkowo kumple Kotleta pukali się w czoło. Przecież w Polsce nie było rynku na ekstrawaganckie maszyny. Czas pokazał jednak, że nie mieli racji. Obecnie streetfightery stały się znakiem rozpoznawczym PJP i wizytówką firmy. Klienci, którzy jeżdżą zbudowanymi przez Pawła streetami, należą do najwierniejszych jej przyjaciół. Łączy ich pozytywne nastawienie do rzeczywistości – liczą się jazda i streetfighterowy fun. Dobry, sprawny motocykl, dobra muzyka, fajne dziewczyny i liczne imprezy to wszystko, czego potrzeba im do szczęścia. Groźny wygląd wojowników szos to tylko pierwsze, mylące wrażenie. Tak naprawdę budowanie motocykli, ich ciągłe udoskonalanie i wreszcie szlifowanie własnych umiejętności – bo przecież streetfightery są nierozerwalnie związane z cyrkowym stylem jazdy – wszystko to uspokaja. Przewidywania Kotleta sprawdziły się. Coraz więcej motocyklistów chce zaznaczyć swą indywidualność, a nie każdy przecież ma umiejętności pozwalające na własnoręczną realizację wizji. Właśnie takim ludziom PJP spieszy z pomocą.

W warsztacie nigdy nie ma martwego sezonu. Zimą powstaną dwie kolejne maszyny. Jeden z klientów zlecił budowę maksymalnie wykręconego Vmaxa. Motocykl ma mieć wszystkie gadżety potrzebne do drag racingu. Będzie więc rozwiert do 1600 cm3 i system NOS, wydłużony wahacz i ekstraszeroki laczek. Oprócz tego Kotlet myśli o zbudowaniu motocykladla żony. Będzie to mieszanka café racera i streetfightera z silnikiem od Suzuki GS 400.


Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij