Motocykl poleca:

Poznać Rumunię - turystyka czytelników

Poleć ten artykuł:

Pięć sprzętów enduro, pięciu wariatów i najazd na Rumunię. Nasi czytelnicy postanowili zwiedzić królestwo Drakuli.
9 (Medium).JPG Zobacz całą galerię

Zastanawialiście się kiedyś ile może trwać pakowanie 5 motocykli do Sprintera? Podpowiem - 6 godzin. 21.09 godzina 13.30 transportuję motocykl w celu zapakowania na jutrzejszą wyprawę. W trakcie przygotowań byłam już na granicy, aby zrezygnować z wyjazdu. O godzinie 18.00 przyjechał ostatni zainteresowany. Husaberg 570, Suzuki DR 350, Honda XR 400, Suzuki DR-Z 400 i KTM 450 zostały w końcu zaparkowane, zabezpieczone i gotowe na podróż do Rumuni. Wyjechaliśmy w sobotę ok. godziny 14 niestety nie był to dobry wybór tak, więc musieliśmy zanocować w Krynicy. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Granicę z Rumunią przekroczyliśmy w niedzielę popołudniu. Do miejsca docelowego zostały prawie 2 h podróży. Motocykle były w odstępie 60 km za nami. Po godzinie 18 gdyż zapadła ciemność zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem gdyż dalsza podróż nie miała sensu z uwagi na fakt, iż nie posiadaliśmy zarezerwowanych noclegów. Wylądowaliśmy w Rona de Sus i czekaliśmy na kolegów ze Sprintera. Dojechali prawie po 2 h gdyż nie mogliśmy się odnaleźć. Start ok.8.00 po śniadaniu składającym się z jajecznicy i kawy. Tym razem pierwsze wystartowały maszyny. Docelowo chcieliśmy stacjonować w Viseu de Sus, ale po oględzinach jedynego pensjonatu stwierdziliśmy, iż ruszamy dalej. Kolejna miejscówka mimo, iż była do przyjęcia ze względu na brak miejsca parkingowego na motocykle i dwa auta odpadła. Zawitaliśmy do miejscowości Sieu. Pensjonat okazał się strzałem w 10. Bardzo sympatyczni i życzliwi gospodarze a warunki w pokojach rewelacyjne. Nie wspominając o posiłkach, które otrzymywaliśmy po powrocie z wyjazdów. Szybkie rozpakowanie maszyn i dziewiczy wyjazd na rozpoznanie terenów. Już zapomnieliśmy chyba od zeszłego roku jak wygląda jazda po tych terenach no i znowu zapuściliśmy się górskimi ścieżkami, które okazały się oczywiście nieprzejezdne i trzeba było zawrócić. Spotkaliśmy nawet dwa górskie dzikie psy, ale niestety bardziej chciały załapać się na darmowy posiłek niż wskazywać nam drogę. Po małym odpoczynku pojechaliśmy dalej tym razem już szutrem szukać przyjemnych podjazdów, aby podziwiać widoki z innych wysokości.



Kolejny dzień również nie był łatwy, ponieważ popołudniu zaczęło padać. Momentalnie na zboczach zrobiło się ślisko. Uciekliśmy zatem w boczne drogi, które okazały się nie najbardziej trafnym wyborem. Oczywiście po kilkudziesięciu metrach musieliśmy zawrócić. Całe szczęście miejscowy gospodarz wskazał nam drogę prowadzącą przez jego działkę tak, więc uniknęliśmy powrotu aż do drogi głównej. Widok drwali powinien nas już ostrzec, iż nie warto jechać dalej, ale uparciuchy z nas, więc skończyło się błotną kąpielą, kąpielą w wanience i powrotem do domu. Widoki jednak zrekompensowały deszcz i niepowodzenia.


Trzeci dzień był kolejnym niesamowitym. Pomijając fakt, iż zakładając buty miałam wrażenie, iż wkładam nogi do miski z wodą nie wspominając o rękawiczkach, które musiałam wyprać po błotnej kąpieli a one stwierdziły, że zrobią mi psikusa i nie wyschną, to i tak dzień uważam oczywiście to udanych i dość wyczerpujących. Rozpoczęliśmy standardowo od szukania najwyższych możliwych miejsc do podjazdów, aby zerknąć na tą piękną krainę. Po nasyceniu się widokami lekki wysiłek na koniec dnia nie zaszkodzi a co tam przecież twarde z nasz sztuki. Ponieważ czas nas gonił nasz przewodnik nie zastanawiając się zbytnio skręcił w drogę, którą ściąga się drewno po kilkunastu metrach droga stawała się coraz bardziej wymagająca, ale już nie było odwrotu. Kamienie, błoto, ścięte gałęzie istny sprawdzian fizyczny i psychiczny, a na dodatek okazało się, iż za nami mnie ogromy potwór z metalową łychą i zębami ciągnący za sobą drewniany ogon. Po 10 minutach dogoniliśmy o zgrozo potwora przed nami, czyli znaleźliśmy się w potrzasku. Wstąpiła we mnie taka siła, że przy przewrotce podniosłam motocykl ważący swoje kilogramy w kilkanaście sekund usiłując utrzymać go na chodzie, ponieważ moja maszynka nie posiada tego magicznego pstryczka elektryczka a uparciucha z niej niesamowita, więc mogłoby się okazać, że nici z odpalenia. Całe szczęście udało się znaleźć po 3/4 trasy polanę, na którą wjechaliśmy i przepuściliśmy kolegę z tyłu, który nas tak wspaniale dopingował. Nie muszę chyba nadmieniać jak wspaniale smakował łyk wody dałabym za niego milion euro a kolacja - mniam mniam!



W czwarty dzień więcej odpoczywaliśmy niż jeździliśmy, ale w ostateczności nie na co dzień widzi się takie klimatyczne miejsca. Nie wliczając strumienia, po którym większość była mokra po uszy dzień uważam za spokojny.
W piątek podzieliliśmy się na 2 grupy. Dójka pojechała do Sapanty zobaczyć słynny cmentarz i kupić souveniry a trójka jeszcze na ostatnie zagrzanie silnika. Ok.17 zbiórka i pakowanie motocykli, gdyż w sobotę wyjazd.
Dziś pozostaną już tylko wspomnienia i mimo, że nie było łatwo tym bardziej, iż posiadałam najcięższy motocykl i na dodatek jestem kobietą wyjazd zaliczam do tych, o których się mówi Panowie powtórzmy to!

Więcej zdjęć po kliknięciu w zdjęcie:

Tagi: turystyka | Rumunia | Sieu

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij