Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
1.0

Pussy Trip czyli męska wyprawa motocyklowa w nieznane

Oto kolejna relacja nadesłana przez naszych czytelników. Zaczęło się tak: "W odpowiedzi na propozycję Prezesa, postanowiliśmy towarzyszyć mu podczas męskiej motocyklowej..."

Pussy Trip czyli Męska wyprawa motocyklowa w nieznane

Prolog - W odpowiedzi na propozycję Prezesa, postanowiliśmy towarzyszyć mu podczas męskiej motocyklowej wyprawy w nieznane, odbywającej się pod roboczym tytułem Pussy Trip. Do ostatniej chwili kształtował się skład osobowy ekipy oraz lista maszyn, które nas będą prowadzić w nieznane. Ostatecznie w skład ekipy weszło sześciu wspaniałych:

Prezes - Honda CBR 1000 RR – pomysłodawca i prowodyr całego zamieszania. Handlowiec z krwi i kości – w 1001 drobiazgów nie znajdziecie przedmiotów, których by nie sprzedawał w swojej karierze.

ZWA - Honda CBR 600 RR – magik od grafiki i stron www. Człowiek orkiestra – przejawia liczne talenty, wśród nich także perfekcyjne opanowanie CBR 600 RR

Arczi - Kawasaki ZZR 1400 – specjalista od jajek, drobiu oraz materiałów biurowych. Nie ma takiego pytania z zakresu drobiu, na które by nie odpowiedział. Obecnie pracuje nad odpowiedzią na pytanie – gdzie kura ma sutki?.

Piter – człowiek od czarnej roboty – o oponach i felgach wie wszystko. Z powodzeniem reanimuje nasze pojazdy. Bez dwóch zdań najtwadziejszy z najtwardziejszych. Ze względu na problemy natury technicznej, tym razem jedzie jako plecak Arcziego Na co dzień Suzuki GSX-R 1300 Hayabusa.

Witek - GSX-R 600 (Balbina)– czarna owca, czyli fachowiec od wynajdowania problemów tam, gdzie ich nie ma. Samodzielnie mianowany – Mistrz Ciętej Riposty. Ludzki bywa jedynie po pracy, na co szczególnie liczą pozostali członkowie ekipy.

Rogaty - Yamaha R6 – wybitny znawca Marianów (określenie przewrotne - chodzi bowiem o przedstawicielki płci pięknej) i miłośnik Vifonów, dołączył do ekipy jako ostatni, co nie oznacza, że jego rola jest mniejsza od pozostałych. Ważne ogniwo zespołu szczególnie w czasie wieczornych łowów.

Dzień 1
Startujemy… Posileni jajkami i innymi frykasami zbieramy się do wyjazdu. Jeszcze tylko pamiątkowa fotka i wyruszamy.

Pierwszy przystanek? Stacja Shella po pierwszych dwóch zakrętach (!) Prezes musi zatankować… bo jak stwierdził „nie miał kto mu zatankować”… Kolejny wyznaczony przystanek – po 100 km, a tymczasem zatrzymujemy się koło Klinisk (ok. 10 km od startu), bo kondony przeciwdeszczowe pospadały nam z bagaży… ruszamy dalej, na szczęście przejaśniło się na tyle, że z optymizmem patrzymy w dalszą drogę. Na próżno. Najpierw w Płotach a następnie pod Koszalinem dopada nas deszcz. Musieliśmy się poddać i założyć kondony również na siebie. Kombi nieco przemokły, ale nie jest źle. Lecimy do Koszalina, gdzie zatrzymujemy się na Shellu. Mamy niecodzienną możliwość podziwiania niekonwencjonalnego podjazdu pod dystrybutor paliwa przez miejscową białogłowę.

Z Koszalina kierunek na Bytów. Tutaj zatrzymujemy się na zwiedzanie Zamku Krzyżaków i obiadek w restauracji Stary Młyn. Posileni ruszamy dalej. Prezes robi za przewodnika, więc wyjazd z miasteczka o dwóch drogach zajmuje nam jakieś 40 minut, 4 pogadanki z tubylcami i 16 przejazdów koło zamku… w końcu jednak wypadamy na drogę w kierunku Szymbark. Krajobrazy i serpentynki zapierają dech w piersiach, niestety stan asfaltu wymaga koncentracji na drodze a nie na otaczających widoczkach. Docieramy do miejscowości Ostrzyce, gdzie wynajmujemy domek na jedną noc. Rozpoczynamy imprezowanie. Czekamy tylko na Rogatego, który wyruszył do nas ze Szczecina i powinien dotrzeć przed północą…

Dzień 2

Rogaty dotarł po północy po zaliczeniu jednej gleby w lesie – na szczęście bez konsekwencji. Noc była zabawna. Kulminacja wieczoru było wspólne wypalenie kubańskich cygar. Co się działo w nocy trudno opisać. Niektórzy z nas wolą nie wiedzieć co tam miało miejsce, w szczególności Ci, co zasnęli pierwsi. Na początek drugiego dnia wypad do Szymbarku – gdzie widzieliśmy deskę wpisana do rekordu guinnessa, do tego stół im. Lecha Wałęsy, dom Sybiraków, pociąg na Syberię, oraz główna atrakcja – dom do góry nogami.

Następnie wypad na południe. Okazało się, że nasze oczekiwania odnośnie dalszej części dnia nie do końca były jednolite. Postanowiliśmy, że jedziemy do Kartuz na obiad i negocjacje, co do dalszego przebiegu wyprawy. Na szczęście droga do Kaztuz, pełna winkli i fajnych widoczków utemperowała nasze charaktery. W „Restauracji Rondo” wszmaliśmy m.in. ziemniaczki po kaszubsku, kartkóweczkę, chińszczyznę 5 – smaków (niestety Rogaty nie trafił w swój smak) i inne frykasy. Postanowiliśmy, że omijamy trójmiasto i lecimy na Mazury – kierunek Elbląg. W Elblągu decyzja o odbiciu nad Zalew. Docieramy do miejscowości Suchacz, która może się pochwalić bezpośrednim dojazdem pociągiem na plażę (max. 50 m). Pogadanka o noclegu zwraca uwagę miejscowej gospodyni, która zaproponowała nam nocleg. Zasiadamy do biesiady (no i te cygara). Sprowokowana gospodyni nie wytrzymuje i przynosi zdjęcia córki. Niestety córka w Anglii, wiec pozostaje nam towarzystwo Rosy. Po krótkim zapoznaniu już je nam z ręki, więc noc zapowiada się upojna (Rosa to pies właścicielki). Dzień 3 - Nadszedł półmetek naszej wyprawy. Szybka kawka i herbatka u Pani gospodyni, rzut okiem na mapę i decyzja o zmianie dzisiejszego planu. Zgodnie stwierdziliśmy, że jednak warto zapuścić się w głąb Mazur. Po śniadaniu ruszamy w drogę. Początkowo szybsze tempo krajówkami, by po chwili odbić na Peplin. Następnie lokalnymi drogami kierujemy się na Dobre Miasto i Kętrzyn. Lokalne drogi zmuszają do koncentracji oraz korekty prędkości i toru jazdy. Trochę szkoda, że nie ma lepszego asfaltu, bo momentami serpentynki wiją się, jak w górach. W drodze na Kętrzyn zatrzymujemy się w Świętej Lipce. Wymiana poglądów na temat techniki jazdy w zakrętach spowodowała rysę na szkle, co przełożyło się na tempo jazdy…spadło ono okrutnie. Nasz peleton rozciągnął się jak guma na gaciach. Na szczęście do Giżycka pozostało tylko kilka kilometrów. Docieramy do promenady i siadamy na obiadek. Tradycyjnie już (choć o tym wcześniej nie wspominaliśmy) wydanie napiwku poprzedzamy pytaniem do kelnerki – czy kura ma sutki? (bo przecież ma piersi, a każda znana nam pierś ma sutki…). I tym razem nie znajdujemy odpowiedzi. Po obiadku spacer po przystani, zakup koszulek, które naszym zdaniem podsumowują charakter wyprawy.

Szukamy noclegu. Niestety w Giżycku bieda pod tym względem. Jedziemy więc do Wilkasów. Znajdujemy nocleg. Przebieramy się i tniemy na plażę do ośrodka AZS. Tutaj szybka kąpiel w zimnym jeziorze i … stało się. Jakiś niczego nie spodziewający się blond – Marian przybył na plażę. Podpuszczony przez resztę ekipy Rogaty dosiada się w celu strzelenia foty. Po krótkich oporach Marian ulega i nawet pozwala się Rogatemu przytulić… już wiemy z czyim zdjęciem Rogaty spędzi dzisiejszą noc!

Dzień 4

To już przedostatni dzień naszej wyprawy. Wyjeżdżamy z Giżycka. Naszym celem na dzisiaj jest zamek w Gniewie. Kierujemy się tym razem główniejszymi trasami na Olsztyn. Mimo, że to główne szlaki w tych rejonach – nie mogliśmy lepiej zacząć dnia – seprentynki wiją się między polami i lasami. Przelotowa ok. 90 km/h, ale za to winkle pierwsza klasa, nic tylko przycierać sakwy i kufry. Podejmujemy decyzję o trzymaniu się głównych szlaków, bo przed nami sporo kilometrów. Odpuszczamy więc Mrągowo i Mikołajki. Niestety nie starczyło też czasu na Wilczy Szaniec, ale i sporo udało nam się do tej pory zobaczyć. Z trudem i w wielkim upale (33 stopnie…) mijamy Olsztyn i kierujemy się na Grudziądz. Piter załapuje się na fotę ślubną z nowożeńcami.

Na jednym z pomników odkrywamy też zdanie, które staje się hasłem wyprawy: BO SERCE UŁANA GDY POŁOŻYSZ JE NA DŁOŃ – NA PIERWSZYM MIEJSCU PANNA…PRZED PANNĄ TYLKO KOŃ). Z Grudziądza drogą krajową ciśniemy na Gniew. Na miejscu zwiedzanie zamku, w tym pokaz husarii, podczas którego poznajemy genezę powiedzenia „spalić na panewce”. Na koniec krótki odpoczynek, pamiątkowe foty i lecimy do Torunia.

Na miejsce docieramy bez większych przygód. Jak się później okazało tego dnia w Toruniu odbywały się zawody Grand Prix na żużlu i miejsca w hotelach były porezerwowane nawet na trzy miesiące wcześniej. Zapadła decyzja o poszukaniu noclegu pod Toruniem. Charakterystycznie do składu osobowego ekipy najlepiej pasuje…Ciechocinek i właśnie tam rezerwujemy „Condominium”. Dzień 5 - Ostatnia noc w podróży za nami. O 7:30 czekało nas śniadanie a potem aż do 12 strefa SPA. Sauna, basen i jaccuzi dodały nam sił na dalszą cześć dnia i podróż powrotną do domu. Po zasłużonym relaksie spakowaliśmy manele, pożegnaliśmy Ciechocinek i udaliśmy się do Torunia. Po expressowym zwiedzeniu starówki, Piter z Witkiem udali się na obiad do Starej Pierogarni. W tym czasie reszta ekipy oglądała wyścig formuły jeden, paliła cygara (Rogaty znalazł nową pasję – chociaż będzie wiadomo co kupić na urodziny) oraz kupowała pierniki. Tak nam zleciało do 15:30. Nadszedł czas powrotu do domu. Pożegnaliśmy Toruń i ruszyliśmy. Wyczuwalny był dość mocny spadek temperatury w porównaniu z poprzednimi dniami (nawet 33 stopnie wtedy do ok. 18 stopni dzisiaj). Wtuleni w maszyny cisnęliśmy do domu. Pomimo pozornej twardości członków ekipy wyczuwalnie wzrosło tempo jazdy, co niechybnie świadczyło o chęci jak najszybszego spotkania z najbliższymi. Na obwodnicy Stargardu Szczecińskiego dopadły nas masy komarów, które postanowiły całymi rodzinami kończyć żywot na naszych wizjerach. Po ciemku, z oklejonymi szybami, docieramy na Wały Chrobrego w Szczecinie. Na Trasie Zamkowej przywitał nas niezawodny zapach czekolady (za co osobiście kocham moje miasto). Tutaj ostanie foty, podziękowania za wspólnie spędzony czas i powrót do domu. Na liczniku 1647 km. Wyprawa oficjalnie zakończona Epilog - Stało się – pierwszy, historyczny Pussy Trip za nami. Chciało by się powiedzieć, że ta podróż Nas zmieniła, że wydorośleliśmy, że staliśmy się poważniejsi, roztropniejsi, że dojrzeliśmy, ba – nawet, że ustabilizowaliśmy nasze poglądy i sprecyzowaliśmy nasze plany na przyszłość – chciało by się to powiedzieć, ale…dość już nakłamaliśmy w poprzednich postach. A teraz, żeby nie przynudzać, trochę liczb: Liczba dni: 5 Ilość koni: 5 (mechanicznych – 765 KM (+197 KM na tylnym siedzeniu Arcziego) = 962 KM) Stan ekipy w dniu wyjazdu: 5 w dniu powrotu: 6 (wtf? urodziło się?) Przejechane kilometry: 1647 km Wypalone cygara: 6+ Wypite browary: buahahaha

PS. do ostatniego dnia wszystko wskazywało na to, że Arczi znalazł odpowiedź na nurtujące go pytanie – wszystkie zapytane osoby wskazywały, że kura nie ma sutków. Pewność naszą zburzyła panna z włoskiej pizzerii w Toruniu, która z całą stanowczością stwierdziła, że: „kura ma sutki pod sierścią…” Ponieważ jednak jesteśmy osobami dociekliwymi nie pozostaje nam nic innego, jak zorganizować kolejną wyprawę w celu podważenia „toruńskiej teorii o kurzych sutkach”. Gdzie szukać odpowiedzi? Mamy już kilka pomysłów, ale o tym podczas Pussy Trip II Więcej na www.pussytrip.pl

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Oto kolejna relacja nadesłana przez naszych czytelników. Zaczęło się tak: "W odpowiedzi na propozycję Prezesa, postanowiliśmy towarzyszyć mu podczas męskiej motocyklowej..."
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:13:57