Motocykl poleca:

Rajd Budapeszt-Bamako

Poleć ten artykuł:

Obecnie udział w rajdzie Dakar kosztuje górę pieniędzy. Kilku Węgrów zorganizowało rajd Budapeszt-Bamako, aby wszyscy chętni poczuli, jak było na początku.
Zobacz całą galerię

Jedni chcą brać udział w wyścigach, inni – po prostu zobaczyć kawałek świata. W Rajdzie Budapeszt- Bamako jedni i drudzy znaleźli coś dla siebie. W tej trwającej dwa tygodnie imprezie uczestnicy przejechali 8000 km. Można było wybrać albo klasę turystyczną, albo klasyczną klasyfikacj ę rajdową. W tej pierwszej nie było obowiązku przestrzegania limitów czasowych ani przebiegu trasy prowadzącej przez trzy kraje afrykańskie. Chodziło w niej o to, aby zaliczać poszczególne etapy lub po prostu dojechać do stolicy Mali – Bamako – aby wrócić do domu. W tym roku wszyscy uczestnicy na motocyklach wybrali klasę turystyczną.

Zresztą warunki i zasady tego rajdu są o wiele bardziej przyjazne niż w Rajdzie Dakar. Znacznie łatwiej można tu zmieścić się w limitach czasowych, aby otrzymać pełną pulę punktów za dany dzień. No, ale to w końcu impreza dla amatorów. Jeśli jednak nie udało się tego dokonać, nie przyznawano wprawdzie punktów, ale też nie groziła dyskwalifikacja i można było kontynuować jazdę. Odcinek specjalny z prawdziwego zdarzenia był tylko jeden, wzdłuż mauretańskiej plaży w okolicach Nuakszott, poniewa ż na twardym piasku można było bezpiecznie mknąć 100- 120 km/h.



  ▲W Rajdzie Budapeszt–Bamako awaria nie oznaczała groźby dyskwalifikacji.
◄ Serwisowy Hummer nieraz ratował z opresji.
► Pustynia obnażyła wszystkie braki w technice jazdy.
 

Punkty dodatnie można było również otrzymać w trakcie „poszukiwania skarbów”, kiedy to na objazdach należało zdobyć pewne ukryte informacje, np. ile dni podróży karawaną zajmuje dotarcie do Timbuktu, o czym informował drogowskaz w Zagoa, który należało znaleźć.

Trasy, które podano w planie, miały różny stopień trudności i dzięki temu wiele pojazdów mogło stanąć na starcie. Wolniejsze wybierały łatwiejszą trasę i przybywały na metę danego etapu jednocześnie z tymi, które jechały trudniejszym szlakiem. Na trasie rajdu były naprawdę trudne i twarde odcinki off-roadowe, ale były też i drogi asfaltowe. Opłata za udział zawierała m.in. koszty noclegu w ostatni dzień rajdu w hotelu Kempinski (Polacy są wszędzie) w Bamako, jak również niesłychanie szczegółowy roadbook, w którym zamieszczono tak obszerne informacje, że wystarczyłoby na pochwały Lonely Planet.

Wszystko rozpoczęło się 13 stycznia tego roku na pl. Bohaterów w Budapeszcie. Start był naprawdę uroczysty, było przemówienie ambasadora Mali oraz tłumy reporterów stacji radiowych i telewizyjnych. Najpierw były spokojne, dojazdowe etapy po Europie, które zakończyły się w Hiszpanii. Zamiast do Tangeru w Algierii, jak w poprzednim roku, prom tym razem wypłynął z hiszpańskiej Almerii, aby przycumować w algierskiej miejscowości Melilla. Po wielu godzinach biurokracji przy wjeździe i krótkim wypoczynku motocykliści przejechali krótszą trasą pasma Atlasu Środkowego i Wysokiego. Tutaj nie było jeszcze żadnych problemów nawigacyjnych. Koło południa postanowili zjechać z odcinka asfaltowego, by potrenować. Wtedy grupa motocykli podzieliła się na dwie mniejsze grupy, Istvan Horvath na KTMie 950 Adventure i Sandor Simon na Dynie Wide Glide tworzyli jedną grupę, pozostała szóstka – drugą. Ta grupa wkrótce mocno się zgrała. Gdy więc Gustav Katona miał awarię, wszyscy pozostali zostali przy nim do czasu, gdy ponownie uruchomił swoją beemkę, po wymianie przeciekającej chłodnicy oleju. Pomiędzy Tata i Le Roi Bedouin KTM György Bartóka zaczął tracić wodę z chłodnicy, a po dotarciu na plażę miał problemy z elektryką, które jednak po 30 minutach samoistnie zniknęły. Później były dwa dni sporej monotonii, ponieważ odcinek z Tata do Dekla nie przygotował żadnej miłej bądź niemiłej niepodzianki. Jedyną atrakcją była bliskość oceanu, który zapewniał ożywczą bryzę.

  ▲ Tu nie chodziło o żyłowanie wyniku. Było też trochę chwil oddechu.
◄ To nie rupieciarnia, lecz pojazdy, które nie dały rady.
► Tylko twarda plaża koło Nuakszott była prawdziwą przyjemnością.
 

Pierwszy naprawdę wymagający etap off-roadowy odbył się w pierwszym dniu pobytu w Mauretanii, kiedy to należało pokonać ok. 200 km piaszczysto- kamienistego odcinka pustyni, porośniętego z rzadka trawami. Tutaj nawigacja odgrywała dużą rolę, ponieważ tylko dzięki koordynatom GPS można by- ło orientować się w terenie. Harley i Ural z wózkiem bocznym od razu wymiękli. KTM 990 Adventure Istvana Horvatha przebił tutaj oponę w przednim kole, Katonie trochę zabrakło sił fizycznych. Na szczęście, serwisowy Hummer H1, samochód o największym potencjale do jazdy w terenie, pomógł im ukończyć ten etap.

Następnego dnia po wymianie opony KTM był znowu gotów do startu, jednak 200-kilometrowy wyścig po plaży do Nuakszott musiał trochę zaczekać, ponieważ odpływ nastąpił później niż tego oczekiwano. Zbyt wcześnie wystartowane samochody i motocykle utknęły wkrótce na dobre w jeszcze mokrym piasku. Zanim nadszedł prawdziwy odpływ, słona woda zdołała unieruchomić Yamahę XT 660. Hummer ponownie wkroczył do akcji i uratował ją oraz BMW R 1150 GS. Po opuszczeniu Nuakszott do tej pory zwarcie jadąca grupa sześcioosobowa podzieliła się na mniejsze grupy. Istvan Bokso pozostał ze swoim wciąż jeszcze niezdolnym do jazdy XT w obozie, KTM Supermoto wybrał swoją własną trasę, a 640 Adventure miał przez zwarcie ponownie problemy z elektryką. Dalej pojechała więc trójka: drugi mały Adventure, „990” i chociaż niedomagający, to jednak zdolny do dalszej jazdy BMW R 1150 GS. Kierunek – Mali. Innych motocyklistów ta trójka spotkała ponownie dopiero trzy dni później w miejscowości Kita, gdzie na wypalonym polu urządzono tego wieczoru obozowisko. W roadbooku widniało ono jako boisko do piłki nożnej. Viktor Mayer pokonał na swoim Supermoto dwa ciężkie, całodniowe etapy off-roadowe, podobny sukces zaliczyły trzy lżejsze maszyny. Ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, do czołówki doszlusowała tutaj naprawiona w międzyczasie Yamaha XT, która wybrała drogi asfaltowe.



Ostatni odcinek do Bamako wszyscy będący na chodzie motocykliści chcieli przejechać razem, jednak olbrzymie i tumany kurzu uniemożliwiły im wspólną jazdę. Rozdzielali się co chwilę i ostatecznie dojechali pojedynczo do Bamako. 28 stycznia, 16 dni od startu w Budapeszcie, wszyscy ci, którzy dojechali do mety, rozkoszowali się zimnym piwem, siedząc na leżakach koło basenu hotelu Kempinski.
Ci, którym spodobał się pomysł tego rajdu, niezbędne informacje znajdą na stronie www.budapestbamako.org


Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij