Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Rosja - Hayabusa to turystyk!

Promieniem 10 000 km narysowaliśmy na globusie okrąg. Niedługo potem przez przypadek trafiliśmy w internecie na informację, że Putin właśnie otworzył ostatni odcinek autostrady transsyberyjskiej. Tak powstał pomysł: Hayabusą do Władywostoku!
Nie udało nam się na czas załatwić wiz białoruskich, więc jedziemy przez Łotwę. Po drodze widzimy ulewy a to po lewej, a to po prawej stronie, ale ciemne chmury rozstępują się przed nami w ostatniej chwili. Na granicy z Rosją kwitniemy 3 godziny. Nocujemy w najbliższej wsi. Jest to kilka domów ukrytych w lesie. Śpimy w namiocie przy domu, w którego ścianach poddasza są dziury po pociskach z czasów wojny o średnicy kilkunastu centymetrów, przez które wlatują ptaki. 

Droga M9 od granicy z Łotwą jest fatalna: dziury, spękania lub roboty na drodze. Jedziemy, dopóki mamy siły. Ten odcinek, jak się potem okazało, jest jednym z gorszych w całej wyprawie, niemniej ma swój klimat: mały ruch pojazdów, gęste lasy, prawie brak cywilizacji, z wyjątkiem stacji benzynowych i barów. W Moskwie kierowcy nie jeżdżą, lecz walczą, zupełnie nie zwracając uwagi na motocyklistów. Po długich staraniach udaje nam się odpalić internet na tablecie i dzięki temu możemy pisać relację. Ponieważ są godziny szczytu, wyjazd z Moskwy trwa kilka godzin.
   
Ułan Ude, Mongolia: gdyby Lenin był motocyklistą, wyglądałby tak.   Mongolia. Kto wie, może to pierwszy ścigacz, który zaparkował przed jurtą...?

Po rosyjskich drogach jeździ mnóstwo ciężarówek. Najgorsze są miejsca z ruchem wahadłowym. Setki tirów tworzą tam korki o długości dziesiątków kilometrów. Nieustannie doceniamy wyższość motocykla. Wieczorem znowu zatrzymujemy się w wiosce po drodze. Akurat z samochodu wyładowują byka, który się wyrywa, ucieka i kilku facetów zaczyna go gonić. Stoimy tak i, rozmawiając z babcią, obserwujemy to rodeo i corridę w jednym. Gospodarze są bardzo biedni. Wodę pitną zbierają do butelek, gdy spływa po deszczu z dachu. Gdy nie ma deszczu, przywożą ją na wózku.

Kałachy i Urale
Spotykamy moskiewskich motocyklistów, którzy jadą na zlot w Tiumeniu. W Rosji, aby dotrzeć na zlot, bikerzy mają niekiedy do przejechania grubo ponad 1000 km. Np. trasa Moskwa – Tiumeń to 2150 km. W Iżewsku zwiedzamy muzeum Kałasznikowa. Wieczorem spotykamy się koło Permu z członkiem Hayabusa Club i przed zachodem słońca w cudownej scenerii wspólnie masakrujemy komary na drodze do miejscowości Czusowoj.

Następnie przekraczamy granicę Europy i Azji. Po drodze wyciągamy z rowu gościa na skuterze, zepchniętego z drogi przez pirata. Dojeżdżamy do Irbitu, gdzie spotykamy tamtejszych motocyklistów. Nocujemy u niezwykłego podróżnika, z którym mamy kapitalną rozmowę o podróżach, o jego wyprawie do Mongolii, o awariach i ich przyczynach w trasie.

Z rana odwiedzamy muzeum motocykli Ural. Dyrektor przyjeżdża specjalnie dla nas (jest dzień wolny), abyśmy obejrzeli niesamowitą kolekcję, którą facet jeszcze jako konstruktor w upadających zakładach uratował przed sprzedażą do USA. Dyrektor dzierży rekord Guinnessa w długości jazdy Uralem z podniesionym wózkiem bocznym: ponad 24 godziny. Z motocyklistami z Irbitu jedziemy do Tiumenia na zlot. Przekraczamy Ural: jesteśmy na Syberii! Ponownie spotykamy motocyklistów z Moskwy. Wychodzimy na scenę, aby odebrać nagrodę za najdłuższy przelot.

 
Na stepach Chakasji czuliśmy się jakbyśmy byli w Mongolii. 

Nie wyjdziecie stąd żywi!
W drodze do Omska w pewnym momencie zajeżdża nam drogę motocyklista i zaprasza na imprezę. Jedziemy do omskiego klubu motocyklowego. Potem mamy obejrzeć mecz Polska – Rosja w ramach ME w piłce nożnej. Bikerzy zapowiadają, że nie wyjdziemy żywi, jeśli Rosja przegra. W klubie rewelacyjna atmosfera i koncert na żywo. Nasz znajomy zabiera całe towarzystwo taksówkami do klubu na dyskotekę. Potem oglądamy walki bokserskie i mecz Polska – Rosja. Jest remis, więc będziemy żyć!

Ta trudna noc i zmęczenie dotychczasową drogą powodują, że zostajemy tu na dłużej. Wynajęci kucharze przygotowują posiłek, dzień spędzamy na rozmowach, jedzeniu i planowaniu. Następnego ranka startujemy do Nowosybirska. Nocujemy tam znów u motocyklistów. Jest też Polak, który wraca z Magadanu. Facet opowiada, że niedaleko Czity, w najbardziej bandyckiej okolicy, przebił dętkę, a przy wymianie z nerwów łyżką uszkodził nową, bo bardzo się bał tkwić w tym miejscu. Z opresji wyratował go Ukrainiec, z którym teraz jedzie.

  jak z przecinaka zrobić turystyka
    
Pomysł, aby na tak daleką wyprawę pojechać Hayabusą wziął się stąd, że uznaliśmy, iż drogi na Syberii i w Mongolii będą wystarczająco dobre, i stąd, że turystyka szosowa to coś w sam raz dla nas.
W ramach przygotowań do wyprawy Hayabusa dostała: 1) opony Michelin Pilot Road 2 (wytrzymały 15 000 km), 2) bagażniki SW-Motech, 3) plastikowe kufry SW-Motech Aero, 4) nawigację Garmin Zumo 660 (z obsługą rosyjskiego pisma – grażdanki) wraz z uchwytem do niej.
Drobną, ale ważną sprawą była przeróbka podnóżka jeźdźca w taki sposób, aby pasażer mógł w czasie długiej jazdy położyć wyprostowane nogi obok nóg bikera. Z odzieży motocyklowej mieliśmy rękawice na deszcz Helda i ubrania tekstylne Rebelhorn. Świetnie sprawdziły się kaski Arai z komunikacją Interphone F5. Tylny rolbag byłby lepszy niż kufer.
Po drodze zrobiliśmy dwa serwisy z wymianą oleju i filtrów. Wszystko, co było do tego potrzebne, zabraliśmy z domu; na autoryzowane serwisy Suzuki nie ma co na Syberii liczyć.
W 60 dni Motorismo Siberia Challenge (27 dni na motocyklu) przejechaliśmy 14 878 km (średnio 551 km/dzień). Motocykl upadł dwa razy, ale nie w czasie jazdy. Kufry wytrzymały, nie mieliśmy żadnych, nawet najmniejszych problemów technicznych.  
 

Cały wieczór jeździmy po mieście i okolicach, przepiękny zachód słońca oglądamy nad ogromnym sztucznym jeziorem. Poznajemy prezydenta i innych z klubu motocyklowego. Wieczorem kolacja i rozmowy do późna. Uzyskujemy cenne informacje kontakty.

Kolejny dzień kończymy w Aczyńsku, do którego docieramy przed północą. Gdy jesteśmy już w miarę blisko, z przeciwka nadjeżdżają motocykliści, którzy zawracają i asystują nam do miasta. Jedziemy z nimi na zlot, gdzie wszyscy wiwatują na naszą cześć. W trakcie pobytu w Aczyńsku robimy wypad do Krasnojarska (republika Chakasji). Tam nad ogromnym jeziorem pośród stepów mamy tyle atrakcji, że jest to wprost nie do ogarnięcia.

 
 Jeden z kapitalnych krajobrazów Kraju Zabajkalskiego.

Masakra na drodze
W Abanie nocujemy u oficera policji. Gospodarz opowiada, czego można się spodziewać po bandytach na drodze między Czitą a Chabarowskiem. Udziela nam cennych wskazówek, jak ich unikać. Droga do Irkucka to po prostu masakra. Dwa najgorsze odcinki trafiamy za Krasnojarskiem. Oba mają po kilkanaście kilometrów. Nie ma asfaltu. Ale w miejscach robót drogowych podłoże pod asfalt nie jest utwardzone i w miarę równe jak gdzie indziej. Tu z ziemi wystają fragmenty starego podłoża, asfaltu, duże kamienie. Jazda z niewielką prędkością to takie wibracje motocykla, że wydaje się, iż zaraz się połamie. Każda ciężarówka zostawia chmurę pyłu. Przed pierwszym odcinkiem widzimy, że pojazdy z przeciwka zmieniają koła. Robią to chyba wszyscy. Ponieważ jedziemy wolno, unikamy tej „przyjemności”. Dojazd do Bracka to druga „atrakcja”: kilkadziesiąt kilometrów takiej asfaltowej harmonijki, że prędkość powyżej 45 km/h ścina nabiał.

Wieczorem, dziko zmęczeni, znajdujemy nocleg u księdza. Z rana pokazuje nam okolicę. Oglądamy elektrownię wodną i poznajemy historię tego rejonu przez pryzmat mieszkających tu Polaków. Nocujemy w zamkniętym klasztorze sióstr karmelitanek w Usole Sibirskoje.

Zmęczenie mocno daje się nam we znaki. Kolejny nocleg wypada w nieodległym Irkucku. Nasza gospodyni następnego ranka wyjeżdża na wczasy, ale mimo pakowania znajduje czas, by obwieźć nas po mieście. Rano, gdy się obudzimy, mamy po prostu wyjść i zatrzasnąć drzwi. Dopiero po jakimś czasie dociera do nas, że są jeszcze tacy ludzie.

Dzieci Czyngis-chana
Wyjeżdżamy z lasu nad jezioro Bajkał i jesteśmy pod wrażeniem otwartej przestrzeni i piękna przyrody. W Buriacji ludzie mają niezwykłe twarze. Jak niedługo potem mówią nam w Mongolii, do której na krótko zaglądamy, Buriaci są – tak jak oni – dziećmi Czyngis-chana. W Ułan Ude oglądamy wielką głowę Lenina, tak wielką, że dzierży rekord Guinnessa, zwiedzamy klasztor buddyjski, poznajemy kolejnych motocyklistów. W Ułan Bator dzikie korki i straszne dziury. Mongolia to niezwykłe wrażenia przez kilka dni.

 Mongolia. Spotkanie na najwyższym szczeblu: konia pod wierzch i koni mechanicznych.
 

Za Czitą jedziemy bandycką drogą. W tych rejonach panuje duże bezrobocie, więc plenią się pijaństwo i rozboje. Po ostatnich morderstwach motocyklistów wszyscy na trasie mówią o tym. W Skoworodino motocykliści pomagają nam znaleźć tani hotel za 900 rubli (90 zł) za pokój. W drodze do Chabarowska nocujemy w miejscowości Nowoburiejsk. Piotrek (syn) śpi w łóżku pod pierzyną, a ja w starej karetce, którą gospodarz jeździ na polowania na niedźwiedzie i na ryby. Droga do Chabarowska jest w większości złej jakości, wiele odcinków w przebudowie. Nocujemy w klubie motocyklowym Szamans.

Do Władywostoka dojeżdżamy w święto miasta. Z tej okazji wieczorem nad morzem zorganizowano koncert i pokaz sztucznych ogni. Ni z tego ni z owego podejmujemy decyzję o skoku do Japonii. Dzięki pomocy bikerów z klubu Iron Tigers mamy gdzie spać i wysyłamy motocykl pociągiem do Moskwy.

Japonia. Poruszanie się po miastach jest bardzo trudne, bo ulice nie mają nazw. Miasta są podzielone na obszary, te na podobszary. Oznaczenia wiszą na słupach, ale to tak mało przydatne informacje, że nawet mieszkaniec z innego rejonu musi pytać lokalesów o wskazówki. Ci zaś radzą sobie za pomocą nawigacji w komórce. Nie można kupić kart SIM. Telefon albo trzeba kupić, albo wynająć, jeśli ma się stały adres. Nawigację komplikuje to, że Japończycy nie mają orientacji w terenie. Nabłądziliśmy się strasznie…

Wschód słońca nad Fuji
Wszystko jest tu makabrycznie drogie. Dzięki spaniu u ludzi mamy pieniądze na kolej i autobusy. Zwiedzamy świątynie, zoo, muzeum mieczy, parki i ogrody, zamki i pałace, podziwiamy Tokio, Osakę i Kioto. Zamek szoguna w Kioto wywiera na nas ogromne wrażenie: chodzimy korytarzami i zaglądamy do pomieszczeń, w których przebywali szogun i samurajowie; pod nogami skrzypią deski sprzed wieków.

 
Hayabusa jechała pociągiem do Moskwy, a my w tym czasie smakowaliśmy Japonii. 


Aby podjąć próbę wejścia na górę Fuji, musimy kupić trochę sprzętu, w tym buty. Gdy jesteśmy w miejscu, z którego wyruszają wyprawy na Fuji, pada deszcz. Ruszamy wśród tłumów, które idą dzień i noc. Najwięcej chyba nocą, aby obejrzeć wschód słońca, co wg Japończyków każdy przynajmniej raz w życiu musi zrobić. Zaraz na początku przestaje padać. Jest bardzo trudno, do tego dochodzi choroba wysokościowa w ostatniej części wędrówki. Szczęśliwi zaglądamy do krateru i schodzimy po ciemku z latarkami. Trudno uwierzyć, jak wielu Japończyków wchodzi nocą – po prostu tłumy.

Przed północą ostatnim autobusem jedziemy do miasta, pada deszcz. Bardzo zmęczeni rozbijamy namiot koło dworca i śpimy, nie niepokojeni przez policję, podtrzymując tradycję tzw. urban camping. Po odpoczynku w Tokio bardzo szczęśliwi żegnamy się z Japonią.

Z motocyklistami z Władywostoku jeździmy po mieście, potem samochodem terenowym w towarzystwie m.in. motocyklistki, którą poznaliśmy po drodze (samotnie podróżowała od Władywostoku nad Morze Kaspijskie!), objeżdżamy najpiękniejsze miejsca widokowe, wpadamy do klubu z dobrą muzyką.

 
Syberia: w drodze do Czity. Piękno krajobrazu pozwala zapomnieć o groźbie napadu. 


Rekord dzienny
Do Moskwy lecimy samolotem. Ludzie z Hayabusa Club pomagają nam odebrać motocykl. W oczekiwaniu na wizy białoruskie zwiedzamy miasto piechotą i metrem. Jeśli jeździmy po mieście, to wieczorem, bo w dzień nie ma to sensu (korki!). Odzyskujemy czas, przekraczając strefy czasowe, ustanawiamy własny rekord dziennego przebiegu: 1311 km.

To była podróż jak z bajki, ale piekielnie męcząca. Niemal do końca nie wiedzieliśmy, czy dojedziemy do celu. Zmieściliśmy się w budżecie i w terminie, ustrzegliśmy się awarii i wypadków, nie przebiliśmy opony i nie dopadła nas żadna choroba.

zobacz galerię

Zobacz również:
BMW HP4 Race jest rasową wyścigówką z najwyższej półki. Wyposażana w ramę i koła z karbonu maszyna ma 215 KM mocy i waży tylko 171kg.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij