Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ

1

OCEŃ

Rumunia

Nastał długo przez nas wyczekiwany, wiosenny poranek. Niebo bezchmurne, temperatura idealna. Skoro świt we dwóch startujemy do Rumunii. Gutek na Gutku, ja na Intruderze. Dołączył do nas Rycho z Wrocka na Electrze. Dlaczego Rumunia? A dlaczego nie?

Pierwszego dnia mieliśmy dojechać na południe Słowacji, żeby spotkać się z Rychem z Wrocka. Przed Bratysławą stanęliśmy na tankowanie. Zobaczyliśmy tam, jak do pana Słowaka podjechało czarne Audi z takim małym ryjkiem przed chłodnicą. Pokazali panu jakiś filmik i pan zapłacił sporą kasę. Wydawało nam się, że nie chciał kupić tego filmiku, ale musiał.

Jeden z prześlicznych fresków zdobiących wnętrze cerkwiw klasztorze Polovragi.

Przed południem GPS zaprowadził nas pod bramę kempingu z kilkoma chatkami w Wielkim Mederze. Wynajęliśmy jedną i poszliśmy pomoczyć się w basenach termalnych. Wieczorem błogą ciszę sennego miasteczka nagle zakłócił basowy ryk – to dojechał Rycho na swojej Elektrowni.

Nastał słoneczny poranek. Za sprawą Rychowej Elektrowni mieszkańcy i kuracjusze w Mederze mieli znacznie skróconą noc. Pojechaliśmy do Komarna, gdzie przez stary stalowy most wjechaliśmy do węgierskiego Komarom. Zdecydowaliśmy się zakup winietek na autostrady. Pan na stacji ochoczo podjął tego zadania, mile rozmawiając z nami po węgiersku. Uiściliśmy stosowną opłatę, ale winietek nie dostaliśmy. Na Węgrzech opłatę za korzystanie z autostrad wprowadza się do systemu i na tym koniec. Przez Węgry przejechaliśmy szybko. Autost rada skończyła się przed samą granicą, ale nie na tyle szybko, żebyśmy nie zdążyli zjeść węgierskiej zupy gulaszowej.

W Rumunii po niecałej godzinie byliśmy w ładnym mieście Arad. Z przewodnika wiedzieliśmy, że punktem obowiązkowym jest tu twierdza, więc podjechaliśmy do niej, ale tam okazało się, że obiekt nie jest udostępniony do zwiedzania. Tyle naszego, co widzieliśmy z motocykli.

Kilkadziesiąt kilometrów za Aradem, we wsi Lipova, na mapie zaznaczono kemping i kąpielisko. Po chwili byliśmy na miejscu. Wszystko się zgadzało: było kilka basenów, wprawdzie bez wody, ale były, był i kemping. Ceny dość słone, ale po krótkich negocjacjach z właścicielką spadły o połowę. W pobliżu nas stał namiocik i rower.

 
 Powyżej jeziora Vidraru Trasa Transfogaraska była zamknięta. Musieliśmy zawracać Eger – pomnik ku pamięci obrońców miasta przed turecką nawałą z 1552 roku.

Zahaczyliśmy człowieka
Okazał się Austriakiem, instruktorem narciarstwa, który zimą pracuje na stoku, a lato spędza na rowerze, snując się po Europie. Pokazał nam mapę ze swoimi trasami – pełen szacun. Wyglądał na trochę wymęczonego, więc zaprosiliśmy go na kolację i piwo. Było bardzo miło.

Rankiem pożegnaliśmy naszego nowego kolegę i ruszyliśmy do centrum Lipovej. Przewodnik poleca tu bezistan, czyli zabytkowy, kryty bazar turecki. Spodziewałem się co najmniej Złotego Bazaru ze Stambułu, ale budynek okazał się zdecydowanie skromniejszy. Przy wyjeździe z Lipovej stanęliśmy przy klasztorze franciszkanów i ogromnym kościele, ponoć jednym z największych w Rumunii.

Po kilkudziesięciu kilometrach dojechaliśmy do wsi Gurasada. Jest tu XIII-wieczna cerkiewka w transylwańskim stylu, naprawdę ładna, choć trochę dziwna: a to coś odpada, a to komin z pieca wychodzi przez okno, i to pod zadziwiającym kątem. Dalej było nieciekawie wyglądające miasto Deva, potem skręciliśmy w stronę Petroszeni. Wjechaliśmy w piękne góry Paring. Niestety, pogoda diametralnie się zmieniła. Nadeszły obrzydliwe sine chmury, potem samochody jadące z naprzeciwka jeden po drugim zaczęły urządzać nam prysznice. Wkrótce wymiękliśmy i stanęliśmy, aby powkładać kolejne warstwy przeciwdeszczówek. Mimo to potem byliśmy jak ofiary potopu. Szkoda, bo kilkadziesiąt kilometrów pięknym wąwozem kojarzy nam się wyłącznie z potokami wody walącymi zewsząd i wszędzie.


Typowa wołoska wieś na południowych stokach masywuPiatra Craiului.

Ucieczka z klasztoru
W Petroszeni przestało padać. W Bumbeszti skręciliśmy w lewo na Novaczi. Na mapie była to bardzo podrzędna droga, więc spodziewałem się w najlepszym razie utwardzonej szutrówki, a jechaliśmy nowiuteńkim asfaltem. Żeby nie było nam za dobrze, na każdym zakręcie (tzn. co kilkadziesiąt metrów) pracowici Rumuni rozsypali żwir, piasek i kamyki.
dobra rada nie zawada  

Słowacja. Noclegi w chatkach 8-10 euro, piwo 1-1,5 euro, baseny termalne 8-10 euro, benzyna 1,40-1,50 euro/l. Autostrady free.
Węgry. Benzyna ok. 300 Ft (100 Ft = ok. 1,4 zł), autostrada nieco ponad 700 Ft za 4 dni, noclegi 2500-5000 Ft, najlepsze są chatki w kempingach. W piwniczkach litr wina 200-400 Ft. Wypaśna zupa rybna 1400 Ft – wystarczy za cały obiad.
Rumunia – waluta lej. Przelicznik do złotego 1:1. Benzyna 4,50/l, noclegi po negocjacjach nie powinny przekraczać 40 lei, choć ceny wyjściowe są znacznie wyższe. W sezonie negocjacje są znacznie trudniejsze.
Do opracowania trasy polecam net lub atlas samochodowy „Romania” wydawnictwa Autoatlas. Doskonale przedstawione drogi i bezdroża. GPS – używaliśmy Garmina Zumo z mapą City Navigator. W połączeniu z atlasem, przewodnikiem i czasami z rozmowami z tubylcami zestaw w pełni satysfakcjonujący.
Dania, które szczególnie przypadły nam do gustu: ciorba de burta – coś á la flaczki, ale z bardzo gęstą śmietaną i z ostrymi paprykami do przegryzania, mamałyga przekładana owczym serem z boczkiem. Cenowo – raj, choć już nie taki jak rok czy dwa temu. Piwa znośne, jednak po całym dniu jazdy są dużą przyjemnością.
Jeśli masz poważny problem z motocyklem, poszukaj warsztatu samochodowego – Rumuni są uczynni i chętni do pomocy.  

W Polovragi zajechaliśmy do prześlicznego klasztoru, w którym można zanocować. Negocjowaliśmy z zakonnicą, dość dobrze władającą francuskim: pokój – może być, łazienka na korytarzu, ale jesteśmy tylko my, więc nie szkodzi, palić nie wolno, no dobra. Ale gdy okazało się, że nie będzie piwa, czmychnęliśmy niecnie. W pobliżu klasztoru stał pensjonat, gdzie po rozmowie prowadzonej za pomocą sześciu rąk i dziesięciu palców u każdej z nich załatwiliśmy pokoje, zredukowaliśmy ich cenę do poziomu 40 zł od osoby, zapewniliśmy sobie nieograniczony dostęp do piwa całkiem dobrą kolację.

Rankiem następnego dnia znowu podjechaliśmy pod klasztor i sumiennie go pooglądaliśmy. Był bardzo ładny, miał dwie cerkiewki z prześlicznymi freskami. Kolejnym klasztorem, który odwiedziliśmy, był Hurezi – wpisany na listę UNESCO. Tu również malowidła ścienne wywarły na nas ogromne wrażenie, szczególnie sceny z Sądu Ostatecznego. Następny był klasztor Arnota. Prowadzi do niego taka droga, że gdyby pan Harley z panem Davidsonem zobaczyli, jak Rycho pędził nią na Elektrowni, popłakaliby się ze szczęścia. Wjechaliśmy na naprawdę wysoką górę, na której szczycie stał śliczny, mały, ale ładnie odnowiony klasztor. Obejrzeliśmy największy tamtejszy skarb – złotą skrzynię z relikwiami różnych świętych.


Sigiszoara, rynek – sklepik ze starociami i z wyrobamiregionalnymi. Taki antykwariat i cepelia w jednym.


Krew na ustach
Parę fotek i pojechaliśmy do Curtea de Arges. Tu chcieliśmy zobaczyć cerkiew Constantina Brancoveanu w stylu wołoskim. Była zamknięta, więc pooglądaliśmy ją od zewnątrz. Z Curtea droga powiodła nas na północ – w Góry Fogaraskie. Dojechaliśmy do Poienari – głównej siedziby hrabiego Drakuli. Było już dość późno, na zamek prowadzi 1500 schodów, więc krótki rachunek – nie ma szans zdążyć. W zamian podskoczyliśmy na pobliską tamę zobaczyć sztuczne jezioro Vidraru i wróciliśmy do Poienari. Zachwycił nas nie urodą, lecz nazwą: Pensionul „Dracula”, w którym zostaliśmy na noc. Na zapleczu znaleźliśmy kilka świeżo wystruganych kołków, niewątpliwie osinowych, które zabraliśmy do pokoju. Rano miałem nieco krwi na wardze, ale poza tym czułem się świetnie.

Po śniadaniu odpaliliśmy sprzęty, a tu kicha: laga Gutka stuka i trze. Doszliśmy do wniosku, że poszły uszczelniacze i olej wybrał wolność. Nic to, jakoś jedzie. Po 40 km trafiliśmy na warsztat motocyklowo-quadowy. Stajemy, pukamy, walimy. Cisza. Podchodzi jakiś lokales i ofiarowuje swoje usługi, a konkretnie, że zadzwoni do patrona. Zadzwonił i okazało się, że mistrz jest o 400 km – w Cluj. Przejechaliśmy bez bólu 40 km, to przejedziemy i 400 – zadecydowaliśmy.

 
Z Campulung pojechaliśmy południowymi stokami masywu Piatra Craiului krętą i dobrą drogą. Dzięki licznym zakrętom udało nam się ominąć wszystkie burze.
Bran, knajpka u stóp zamku Drakuli. W wampiry nikt nie wierzy, ale wianek czosnku przecież nie zaszkodzi.

Śliczną, choć dziurawą drogą pomknęliśmy do Braszova. Po drodze trafiliśmy na warsztat. Właściciel wsiadł do zdezelowanej Dacii i przywiózł flachę oleju do serwa, który zastąpił olej w ladze. Wlaliśmy go sporo, tarło dalej, ale orzekliśmy, że jakoś milej dla ucha.

W Bran zwiedziliśmy zamek Drakuli. Choć historia nie potwierdza, że krwiopijca mieszkał właśnie tam, Abraham Stoker (twórca mitu o Drakuli) wie swoje. Zamek z zewnątrz ładny, środek już mniej, do tego tłumy.

Uciekliśmy szybko i pojechaliśmy do Rasznova. Dzień się miał ku końcowi, gdy wjechaliśmy głębiej w góry – na Poiana Braszov. Stanęliśmy przy fajnym pensjonacie i po chwili mieliśmy pokoje. Na kolację zeszliśmy do knajpki, gdzie było pyszne jedzenie, a Cristina polewała całkiem dobrą palinkę. Nagle do sali wpadło ze 20 chłopa i jedna niewiasta. Wszyscy byli jak dęby, tyle że jeden (niewiasta) trochę mniejszy. Okazało się, że w pensjonacie mieszka oddział policji, który ma ćwiczenia. Musiał to być bardzo, ale to bardzo elitarny oddział. Choć sumienia mieliśmy czyste jak świeży śnieg, poszliśmy spać; ku uciesze Cristiny, która chyba nie powinna była polewać palinki przy owych dębach (na karafce nie było znaków akcyzy).

Rankiem zjedliśmy śniadanie, kupiliśmy nieco Cristinowej palinki i pojechaliśmy do Braszova. Tam sumiennie pooglądaliśmy starówkę, ratusz i Czarny Kościół. Miasto założyli osadnicy niemieccy, niewykluczone że Krzyżacy, jest więc zupełnie nierumuńskie. Kawałek dalej był kościół obronny w Prejmer. Otacza go mur o wielometrowej grubości, na którego wewnętrznej ścianie jest kilkaset drzwi, i to na czterech kondygnacjach.

Kolejnym celem był kościół obronny Viscri. O asfalcie do niego zapomnieli. Gutek coś brzęczał, że każę mu z uszkodzoną lagą jeździć off-roadowo, że do domu jeszcze 2000 km i takie tam. W Saschiz – saskiej wsi z wieżą zegarową – do dziś mówią po niemiecku i wieś bardzo różni się od rumuńskich.


Piękny rynek w Braszovie. Odnowiony, zadbany, pełenludzi i gołębi

Piwniczka pana Teo
Dzień zakończyliśmy w Sigiszoarze. Znaleźliśmy kemping nad rzeką, blisko centrum, z basenem. Basen bez wody, ale podnosi rangę obiektu. Wieczorem zwiedzanie. Mało jest w Rumunii miast tak urokliwych, jak Sigiszoara. Po zwiedzeniu miasta pozostał do zobaczenia kościółek na wzgórzu. I byli byśmy go zwiedzili, gdyby nie piwnica pana Teo, do której niebacznie zajrzeliśmy. A tam wina, nalewki, palinka, brandy – wszystko wysokiej jakości (no, może oprócz win), ciekawie serwowane. Gdy wyszliśmy, ciemno już było, a droga do kempingu stała się długa i jakby kręta.

Rankiem pojechaliśmy do miasta Mediasz. Tu Stefan Batory w 1573 r. przysięgał przed polskimi posłami pacta conventa. W Cluj – mieście fatalnym komunikacyjnie, o ruchu rozregulowanym przez policję – zostaliśmy rozdzieleni. Przez komórki umówiliśmy się 70 km dalej – w Zalau. I rzeczywiście, kilka kilometrów przed Zalau spotkaliśmy się przypadkowo, z tym że jechaliśmy w przeciwnych kierunkach.


Wino wlewane z pipy prosto do gardła konesera to jedna z atrakcji, której zasmakowaliśmyw węgierskim mieście Eger.

Na Węgrzech (już w drodze powrotnej) minęliśmy Debreczyn i jechaliśmy przez pusztę. W Hortobagy stanęliśmy pokazać Rychowi życie na stepie. Tak mu się owo życie spodobało, że nabył róg i bat. Rogiem miał coś obwieszczać światu, tyle że do dziś nie wie co, a batem chciał zaprowadzić w domu nowy ład. Z tego, co wiadomo, wynika, że ład u niego w domu nie uległ znaczącej zmianie. Celem na ten dzień był Eger, a konkretnie jego piwniczki.

Rankiem trochę pospacerowaliśmy po Egerze, a potem przez Zvolen i Wielką Fatrę dotarliśmy do miasta Vroutek. Ja i Gutek na Gutku mieliśmy stąd do domów niecałe 200 km, Rycho miał jeszcze dojazd do Wrocka.

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Nastał długo przez nas wyczekiwany, wiosenny poranek. Niebo bezchmurne, temperatura idealna. Skoro świt we dwóch startujemy do Rumunii. Gutek na Gutku, ja na Intruderze. Dołączył do nas Rycho z Wrocka na Electrze. Dlaczego Rumunia? A dlaczego nie?
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:19:09
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij