Motocykl poleca:

Rumunia w 7 dni

Poleć ten artykuł:

Nasz wyjazd został częściowo zainspirowany filmem „Krew i Czekolada” kręconym w Bukareszcie. Miasto wygląda w nim tak, że to po prostu trzeba zobaczyć na żywo!
6.jpg Zobacz całą galerię

Dzień pierwszy:
Wyruszyliśmy z Gdańska popołudniu. Jechaliśmy krajową siódemką w dość umiarkowanym tempie – wszędzie roboty drogowe, spory ruch, a Honda potrzebuje tankowania co jakieś 200km. Poza tym, jak na sierpień to mocno wiało. Dopiero za Mławą ruch zmalał i można było przyspieszyć. W Warszawie z Wisłostrady skręciliśmy na Lublin (wtedy jeszcze tunel Wisłostrady był przejezdny). Potem była noc, deszcz, radiowóz blokujący przejazd na drodze 17 (chyba wypadek) i objazd wąską, wiejską drogą po asfalcie pełnym żab.  Koło 2 w nocy mieliśmy dość. Znaleźliśmy w Starym Zamościu Zajazd Namysłowiak zaraz przy drodze 17. Szczęściem jeszcze ktoś nie spał.

Dzień drugi:
Po drodze do Hrebennego był Bełżec, w którym znajduje się Muzeum Holokaustu oraz pozostałości po Niemieckim Obozie Zagłady. Kasia jest fanką historii wojennej, więc obejrzeliśmy eksponaty i intrygujący pomnik. W końcu dotarliśmy na granicę. Kolejka przed przejściem granicznym stała jakąś godzinę, więc zdążyliśmy wymienić walutę w przydrożnym kantorze, zrobić małą dolewkę wody do chłodnicy, a nawet zjeść frytki. Gdy podjechaliśmy do budki polskiej, było ok, ale zaraz potem wszyscy naraz rzucili się do budki ukraińskiej. Wypełniliśmy deklarację wjazdową i już już przebijaliśmy się przez tłumek pod budką, a tu pani celnik wychodzi z biura i zaczyna polować na przelatujące muchy rakietą do badmintona. Szczęki nam opadły. Po jakichś 15 minutach przyszła druga pani celnik i weszła do budki. Znów przebijaliśmy się przez tłumek interesantów, podaliśmy karty wjazdowe i resztę dokumentów i... w sumie to nigdy wcześniej nie wypełnialiśmy papierków ołówkiem, więc skąd mieliśmy wiedzieć, że tak nie można. Zorganizowaliśmy długopis i wypełniliśmy wszystko od nowa (nie było tego dużo). Na szczęście tłumek zdążył już porządnie zmaleć, dostaliśmy stemple w paszporty i byliśmy na Ukrainie!
Początek trasy M-09 był nawet przyjemny, taka trochę polska droga regionalna i klika wsi po drodze. Za to tankowanie - sama radość! Trzeba tylko najpierw wejść do środka i powiedzieć obsłudze, że będzie do pełna. Wtedy włączą pompę. Im bliżej Lwowa, tym droga gorsza. Coraz więcej dziur i garbów, coraz bardziej nierówno. Lwów przywitał nas „super” objazdem. Ta „obwodnica” to kocie łby kładzione chyba po pijanemu. Więcej niż 30 km/h się nie dało... Jak już wyjechaliśmy z powrotem na asfalt, zrobiliśmy przerwę by uspokoić rozdygotane organy. Był tam jakiś bar w piwnicy, bez menu, ale kobieta zrozumiała o co nam chodzi. Barszcz ukraiński był smaczny chociaż „inny”. Różowo-pomarańczowy kolor i chyba kilogram czosnku. Żadnych pływających kawałków. Jeszcze 2 porcje okonia z ziemniakami. Za wszystko 15zł. Spoko. Dalej była droga H-02 na Ternopil (gdzieś w internecie czytałem, że po H-09 na Ivano-Frankivsk jeżdżą tylko zatwardziali terenowcy). H-02 okazała się tragiczna! Dziury do kostek, wielkie jak krowa (dosłownie). Garby przypominały fale na Bałtyku. Honda dawała radę, ale my już niekoniecznie. Walka o utrzymanie 70 km/h oznaczała ostre hamowania, nieprzerwany slalom i porządne „łup” z tylnego zawieszenia kiedy nie udało nam się ominąć „niespodzianki”. Dotarliśmy do Ternopil. Znaki drogowe pisane cyrylicą, raz na kiedyś po „naszemu”. A rondo szerokości stadionu bez grama białej farby na asfalcie zasługuje moim zdaniem, by zaznaczono je na mapie sportów ekstremalnych. „Wirtualnych” pasów ruchu było na nim z sześć...
Zapadał zmrok kiedy skręciliśmy na M-19 na Czernivtsi. Zatrzymała nas policja. Powiedzieliśmy ładnie „dobryj wjeczjer”, a oni zdziwienie, że my z Polski. Myśleli, że jesteśmy lokalni. Zatrzymali nas bo u nich lokalni na motorach „zawsze jeżdżą pijani”. Ale jak my z Polski, to szerokiej drogi. Pojechaliśmy. A tyle słyszałem o konieczności przygotowania dolarowych łapówek przed wyjazdem. Teraz droga była już dużo lepsza. Mimo to, gdzieś w okolicach Kopychyntsi - a może Chortkiv -  nasze siedzenia powiedziały „dość”. Znaleziony po nocy zajazd stał zaraz obok stacji benzynowej. Pokój był ładny, wystrój całego zajazdu  mocno „kresowy”. Piwo w tej samej cenie co mineralna. Fajnie.


Dzień trzeci:
Z rana ruszyliśmy na Czernivtsi. Droga dobra, był też most na Dniestrze i znowu policja. Zatrzymali nas, bo chcieli popatrzeć chwilę na motor. Do granicy z Rumunią dotarliśmy po południu. Kolejka nie najgorsza, znowu była pani celnik z rakietą na muchy. Widzieliśmy też jakieś banknoty Euro w ukraińskich paszportach. To od nich zależała chyba kolejność odprawy. Po stronie rumuńskiej ta sama kolejka stała już 3 godziny. Celnicy mieli chyba przerwę na obiad. Jak już się doczekaliśmy, celnik tylko spojrzał, że mamy unijne paszporty i machnął ręką żeby jechać.
Rumuńskie drogi to bajka. W Polsce w życiu bym się tak nie składał w zakrętach. A tam, nawet grama żwiru, asfalt jak nowy i cudownie równy. Jak się później okazało, do czasu... Do czasu, aż wjechaliśmy w góry. Nasz plan zakładał nocleg w namiocie w sercu Transylwanii. Może gdybyśmy trzymali się nizin, jadąc np. przez Bacau, dotarlibyśmy na planowane miejsce noclegu. Może...
My wybraliśmy krótszą drogę. Zaraz za Piatra Neamt 12C prowadzi w góry tak krętą drogą, że utrzymanie średniej 50 km/h udałoby się może na przecinaku albo supermoto. Do tej pory nieoświetlone po zmroku miasteczka, dzieci bawiące się przy krawędzi drogi oraz psy biegające po asfalcie stanowiły o klimacie kraju. Teraz oprócz rumuńskich ciemności nastała dzicz i chłód gór. Z mapy wynikało, że mijamy park narodowy Ceahlau z najwyższym szczytem ponad 1900 m, więc zmyty w przepaść asfalt na ostrym górskim zakręcie był jak najbardziej „w klimacie”. Dobrze, że chwilę przed zakrętem dogoniliśmy jakąś ciężarówkę, bo szczerze nie wiem, czy zdążyłbym wyhamować na czas. Dużo, dużo później był taki odcinek już niedaleko od Gheorgheni, gdzie asfalt przeszedł w żwirówkę usianą kamieniami wielkości pięści (bynajmniej nie niemowlęcia). Dzień wcześniej mieliśmy dobry trening na „obwodnicy” Lwowa, więc tym razem mogliśmy się skupić na odczuciach i klimacie wywołanym przez mroczny las, totalne odludzie i ciągłe oczekiwanie, że za chwilę wyskoczy na nas jakiś dziki zwierz albo nie mniej dziki drwal z siekierą. Nie wyskoczył...

Dzień czwarty:
Nocowaliśmy w namiocie na rżysku nieopodal stacji benzynowej w Gheorgheni. Rankiem obudził nas łomot – to jakiś Cygan pędził polną drogą stojąc na wozie. Minął namiot i motor o jakieś pół metra, uff... Tego dnia bez przeszkód dojechaliśmy do Transylwanii. Trasa 7C prowadząca na zamek Drakuli jest nieźle utrzymana – w końcu słynie jako motocyklowy raj! Żeby wejść na sam zamek, trzeba na piechotę pokonać dość strome zbocze. My trafiliśmy na festyn Miesiąca Drakuli (podobno trwa cały sierpień). Przed wspinaczką dostaliśmy od organizatorów imprezy gratisowe zawiniątka z prowiantem. Po zmroku, na zamku odbywały się pokazy artystyczne. Była muzyka, tańce i teatr (do tego ostatniego przydałby się tłumacz). Po imprezie ruszyliśmy na Bukareszt. Jeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy przez internet niedrogi nocleg w Bukareszcie w pensjonacie niedaleko stadionu. Poinformowaliśmy więc właściciela, że będziemy późno w nocy.

Dzień piąty:
Jedyny dzień bez motoru. Zwiedzaliśmy zabytki, oglądaliśmy miasto, opalaliśmy się i piliśmy bardzo dobrą kawę. Bukareszt ma naprawdę wiele do zaoferowania. Monumentalne budynki a obok nich starodawna cerkiew lub podwórze przerobione na bar, ogromne parki, jednokierunkowe aleje o trzech,czterech pasach ruchu jakby budowane z myślą o defiladach wojskowych. I te fontanny... Miasto posiada swój niepowtarzalny klimat, którego nie znajdzie się już w zbyt wielu stolicach Europy.

Dzień szósty:
Czas wracać. Tym razem szybszą trasą przez Węgry i Słowację ponieważ kończył nam się urlop. Z Bukaresztu autostradą A1, potem trasą E81 i E60 do przejścia niedaleko Oradei. Za Cluj-Napoca znowu góry i serpentyny, tym razem asfalt był w bardzo złym stanie, prawie jak na Ukrainie. Znowu zmierzch, 30 km/h i dzikie ostępy. A łożyska główki ramy już na wykończeniu, przy małych prędkościach kierownica dostawała lekkich drgawek. Klimat jednak niezapomniany. Na znalezionej po drodze stacji nie można było płacić kartą – dobrze, że jeszcze trochę lei nam zostało. Granica z Węgrami to był moment, na Węgrzech chyba wszystkie drogi są super. Nasza też. W Debrecen na czuja udało nam się znaleźć jakiś hotel, obudziliśmy recepcjonistkę, wpuściła nas. Była 3 rano.

Tagi: turystyka | podróże | Rumunia | motocyklem do Rumunii

Oceń artykuł:

2.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij