Motocykl poleca:

San Giovanii Rotondo 2012

Poleć ten artykuł:

Swoja wyprawę zaplanowali już dawno. Za cel postawili sobie San Giovanii Rotondo w centralnych Włoszech. Oto relacja z wyprawy naszych czytelników - Damiana i Grzegorza na Półwysep Apeniński.
01 Bawaria.jpg Zobacz całą galerię

http://www.motocykl-online.pl/img/galery/thumbnails/turystyka-san-giovani-2012_9.jpgTę wyprawę planowaliśmy od lat. Już wtedy wyznaczyliśmy sobie cel – San Giovanii Rotondo. Największą przeszkodą był czas – obydwaj jesteśmy mocno aktywni zawodowo i rodzinnie. Tak długo czekaliśmy na ten wyjazd, że chyba do ostatniej chwili nie wierzyliśmy, że dojdzie do skutku. „Startuję z Białegostoku” - kiedy rano w piątek 22 czerwca usłyszałem w telefonie Grzesia, wiedziałem że zaczęło się to, na co tak długo czekaliśmy. Popołudniu wyjechaliśmy (razem z moją Hondą) na rogatki Wrocławia oczekiwać Grzegorza i klangu jego Drag Stara. Większość tego wieczoru spędziliśmy w garażu mocując bagaż i zastanawiając się czy zabraliśmy wszystkie potrzebne rzeczy. Krótka analiza mapy przed snem i rano, 23 czerwca w sobotę zjeżdżamy obwodnicą Wrocławia na autostradę w kierunku Zgorzelca. Stało się, naprawdę jedziemy!

Dzień I (Wrocław - Kufstein)
Pogoda piękna, świeci słońce, ale nie ma przesadnego upału. Po drodze mijamy mniejsze i większe grupy motocykli. Wszyscy korzystają z pogody i weekendu. Przez pierwsze postoje, trzy razy zmieniamy ustawienia mojej szyby. Do trzech razy sztuka… w końcu trafiamy – optymalnie chroni przed wiatrem. Lecimy przez Niemcy, na jednej stacji zagaduje nas kierowca z Polski – „Na Monachium lepiej przez Norynbergę”. Opowiada, że syn pojechał na zlot do Krakowa, a on też śmigał na motocyklu przed laty. Jednak nie zmieniamy ustalonej wcześniej trasy – jedziemy przez Regensburg. I do końca wyprawy już trzymamy się tej zasady – nie zmieniamy rano wyznaczonej trasy. Bez problemu mijamy Monachium, wyprzedzamy pozdrawiającą nas grupę pięćdziesięciu Harley’owców (wow) i wieczorem dojeżdżamy do Kufstein w Austrii. Kiedy docieramy na miejsce ustalonego noclegu okazuje się, że nikogo nie ma…  Pensjonat robi wrażenie opuszczonego i nie zachęca, aby dobijać się do właściciela z prośbą o ustalony wcześniej nocleg. Znajdujemy obok camping i możemy wypróbować, wcześniej nabyty specjalnie na ten wyjazd, namiot.  Rozbijamy szybko obóz i udajemy się do pobliskiej knajpy. Jest późno ok. 23 wieczorem, przejechaliśmy dzisiaj 850 km i jesteśmy naprawdę głodni. To przekonuje barmankę (już normalnie nie na posiłków o tej porze) i decyduje się zgrzać nam kiełbaski i frytki, serwując je tradycyjnie z zimnym piwem. Przed zaśnięciem zauważamy jeszcze, że Drag Star zgubił polską flagę. Może to na szczęście…



Dzień II (Kufstein - Marotta)

Wstajemy wcześnie, widok otaczających nasz namiot Alp robi naprawdę wrażenie. Po chwili przebija się przez nie słońce. I całe szczęście, bo osusza namiot i motocykle, które w nocy pokryła wilgoć. Budzimy zainteresowanie sąsiada Austryiaka – częstuje nas śniadaniem. Okazuje się, że przejechał tam kilkaset kilometrów rowerem. To daje nam sił na dalszą drogę, to już lepiej na moto… No to życzymy udanego urlopu – na pożegnanie. „Ja mam wieczny urlop” odpowiada – „jestem już na emeryturze”. Takiemu to dobrze pomyśleliśmy, kierując się na Innsbruck. Zjeżdżamy jeszcze do Landzeit’a na pyszne austriackie śniadanko (to od sąsiada było raczej symboliczne). Przejeżdżamy przez Alpy, Dolomity. Mijamy Veronę, Bolonię i docieramy nad Adriatyk. Zmęczenia daje o sobie powoli znać, upał robi się coraz większy. Po przejechaniu 650 km docieramy za Pesaro, do miejscowości Marotta. Trafiamy na camping, ale nie mamy ochoty tu zostawać. Mamy wrażenie, że tory kolejowe biegną między namiotami. Widzimy, że barman z pobliskiej knajpki zainteresował się naszymi motocyklami. Pytamy więc, o jakiś camping leżący dalej od torów. Bez chwili zastanowienia wyciąga telefon i  załatwia nam miejsca na campingu 1 km dalej (ostatnie wolne). Umawiamy się, że wrócimy do jego baru jutro na śniadanie. Na campingu pani w recepcji zwierza nam się, że ten z baru to jej chłopak. „Ale z niego szczęściarz” - rzucamy, ale szczerze mówiąc robimy to bardziej, żeby poprawić pani humor. W zamian mamy dwa miejsca do wyboru, pomimo braku miejsc. Po rozbiciu obozu, uzupełnieniu płynów w organizmie i szybkim prysznicu, trafiamy do knajpki na campingu, gdzie wszyscy Włosi czekają już w gotowości. Zaraz rozpocznie się mecz Włochy-Anglia. Dwie godziny emocji i jak wielkie szczęście po karnych – drink od firmy utwierdził nas w tym, że kibicowaliśmy właściwej stronie.

 

Dzień III (Marotta - San Giovanii Rotondo)
Kąpiel w morzu o 6.30 bajecznie nas orzeźwia. Zwijamy nasz obóz, pakujemy się sprawnie i jedziemy do znajomego barmana na dzień wcześniej umówione śniadanie… Owszem śniadanie jest, ale do wyboru mamy kilka rodzajów kawy i croissanty. I chociaż po drodzy myśleliśmy o jajkach na bekonie, kawa i croissanty okazały się naprawdę pyszne.  Nauczyliśmy się później, że we Włoszech nie ma innych śniadań i takie musi nam starczyć na cały dzień (z tym doświadczeniem, później jedliśmy po dwa croissanty). Ruszamy na południe i walczymy już z naprawdę sporymi upałami. Na tyle dużymi, że 160km/h też przestało być na nie lekarstwem. Po przejechaniu 360 km zjeżdżamy z autostrady i górską serpentyną ruszamy w kierunku San Giovanni Rotondo. Tuż przed miastem, na dosłownie ostatnich zakrętach niemiła niespodzianka – jadący z naprzeciwka starszy pan w Alfie bez ostrzeżenia i kierunkowskazu przecina nam drogę i staje pod prąd na poboczu. Wyhamowaliśmy w ostatniej chwili, ale musieliśmy chwile ochłonąć, bo sytuacja była naprawdę nieciekawa. Ale jeszcze kilka zakrętów potem i jest – osiągnęliśmy nasz cel, po 380 km jesteśmy w San Giovanii Rotondo.  W Domu Pielgrzyma poznajemy Polkę, która oprowadza tam zorganizowane wycieczki z Polski. Co prawda trudno nazwać nas zorganizowaną wycieczką, (chociaż z Polski), ale miła pani decyduje się nas oprowadzić chociaż wstępnie. Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy na temat historii klasztoru, obydwu Kościołów, życia ojca Pio i całego miasta. O szpitalu (do dziś najlepszy w całych południowych Włoszech), który powstał dzięki ojcu Pio i który jest cały czas rozbudowywany. Jest potwornie gorąco, czujemy jak zapiekają się na nas ubrania motocyklowe. Jemy w pospiechu kawałek pizzy, wypijamy duszkiem po butelce wody. Idziemy na mszę, po której czujemy się silniejsi i mamy siłę na dalszą drogę. Odcinek przez góry, który mieliśmy przemierzyć do campingu na wybrzeżu, na mapie wyglądał niewinnie. Rzeczywistość okazała się naprawdę dużym wyzwaniem. Kolejne 70 km to głównie serpentyny i zakręty o 180 stopni. Resztkami sił docieramy na wybrzeże półwyspu Gargano, próbując znaleźć jakiś camping. Sukces nie przychodzi od razu, aby w końcu przed miejscowością Manfredonia znaleźć fajne miejsce. Szkoda, że nie oznakowane lepiej – pomogłoby to wielu turystom.  Namiot rozbijamy tuż na wzgórzu nad plażą, za 30 EUR mamy „apartament z widokiem na morze”. Niestety pomimo, że komunikujemy się po angielsku i niemiecku to nie wystarcza. W końcu we Włoszech mówi się po włosku. Szkoda, że tylko po włosku. Na szczęścia bar obsługuje Rosjanka, a obydwaj w szkole mieliśmy rosyjski, więc udaje nam się coś zjeść na miejscu. Brak ciepłej wody o tej porze (dotarliśmy na miejsce około 21) nie zniechęca nas do prysznica. 450 km w dniu dzisiejszym i ostatni odcinek przez góry czujemy w dłoniach, ramionach i siedzeniach. Zasypiamy bez problemu w szumie morza.

   

Dzień IV (Manfredonia - Giulianova)

Rano Grzegorz jedzie raz jeszcze do San Giovanni. Ja zwijam nasz obóz i schodzę na plaże studiować mapy. Rano jadę do San Giovanii na mszę przy grobie Ojca Pio. To właśnie jest cel i sens mojej podróży. Kilka lat temu gdy moja córka Zosia zachorowała modliłem się żarliwie do Ojca Pio o jego wstawiennictwo. Kiedy Zofia zaczęła odzyskiwać zdrowie obiecałem sobie, że pojadę motocyklem na moją prywatną pielgrzymkę do miejsca, w którym spoczywa ciało tego świętego człowieka, aby móc mu podziękować za szczęście jakim jest możliwość patrzenia codziennie na moją wspaniałą córkę. Cztery lata temu powiedziałem o tym mojemu przyjacielowi Damianowi i dzisiaj dziękuję mu za to, iż wsparł mnie we wprowadzeniu w życie tego przyrzeczenia. To nie było łatwe (wielu z nas ma postanowienia np. noworoczne i sami wiemy jak to później jest). To Damian był tym dobrym duchem, który pytał „To co, w tym roku?”. No i jestem w dolnej krypcie kościoła, stoję przed grobem Ojca Pio i przyjechałem tu motocyklem prawie 3 tys. km z Białegostoku! Siła pozytywnych emocji jest tak wielka, że nie udaje mi się opanować łez szczęścia. Po mszy została mi do zrealizowania misja od mojej żony Ani – „Pamiętaj proszę kup od nas kwiaty i złóż je przy grobie Ojca Pio”. No to ruszam drogą ostro na dół do miasta po kwiaty. No i znowu problem, bo przyjaciele z Włoch tylko „parlare I’taliano”. No nic, młody Pan z apteki pomaga – „o tu 50m dalej”. Zgadza się. To znaczy zgadza się jak we Włoszech bo ich 50m to nasze 150m . W sympatycznej kafejce obok cappuccino i croissant i oczywiście dyskusja na temat Euro 2012. Współczują mi, że tak pięknie mistrzostwa zorganizowaliśmy a taka szkoda, że już w nich nie gramy (no tak myślę, że to mówili bo rozmawialiśmy w języku angielsko-włoskim). Są pełni wiary, że pokonają Niemców. Z grzeczności mówię, iż będę trzymał za nich kciuki. I co? Wygrali! Ale to trochę później było.
Mam sześć długich róż. Piękne ale jak je włożę na mojego Drag Stara? Po kilku próbach (pomocy i radach przechodniów , którzy pewnie myśleli, że mój Drag to biały rumak a ja to taki niby Romeo do Juli jadący) jadę z kwiatami z powrotem do sanktuarium. Po drodze muszę przystanąć. Co robi wypchany lis na ławce w środku miasta? Nie wiem ale robię mu zdjęcie bo przecież nikt mi nie uwierzy.
Parkuję przy najstarszej części szpitala, największego doczesnego dzieła Ojca Pio czyli „Domu niesienia ulgi w cierpieniu”. Piękne jest to, iż ponad 40 lat po śmierci Ojca Pio jego dzieło żyje i rozrasta się niosąc pomoc tysiącom ludzi (dziś jest tam 1500 łóżek dla chorych). Więc idę z moimi różami, kaskiem i w skórzanej kurtce ostro pod górę (temperatura  już zdrowo powyżej 30-stu). Znowu staję przed grobem Ojca Pio i z radością i wzruszeniem wkładam pod Jego trumnę te sześć róż po jednej od każdego z nas; moich dzieci, Ani i ode mnie. Pięknie wyglądają, bo są jedynymi kwiatami w tym miejscu. Jeszcze raz dziękuję Bogu, że dane mi było tu dojechać w pierwszej mojej wyprawie motocyklem.
Po powrocie Grzesia, około 12 ruszamy w kierunku Foggii. Łapie nas deszczyk, który postanawiamy przeczekać na nieczynnej stacji benzynowej. Następnie kierujemy się na północ i całą drogą walczymy z bardzo silnym wiatrem z naprzeciwka (przy którym motocykl pokazuje tysiąc obrotów więcej niż normalnie przy tej prędkości). Po przejechaniu 300 km lądujemy na campingu za miejscowością Giulianova. Camping piękny, a obsługa profesjonalna. Idziemy na plażę schłodzić się po dniu jazdy. Po powrocie zmieniamy miejsce na nasz obóz (na bardziej zielone i spokojne) i idziemy na kolację. Jemy owoce morza, a rachunek (po poprzednim dniu) wydaje się naprawdę znośny. Nie zdążyliśmy dobrze skończyć, kiedy głośna muzyka dała nam do zrozumienia, że rozpoczęły się animacje. Mimo licznych zachęt animatorów, nie dajemy się wciągnąć w wir zabawy i idziemy spać – jutro czeka nas trasa…

 

Dzień V (Giulianova – Lignano)
Ruszamy około 9. Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy trasę aż za Wenecję, czyli około 600 km. To piąty dzień jazdy, więc już mocno czujemy to, wszystkimi częściami ciała. Im dalej na północ, tym lepsze stacje benzynowe z restauracjami. Jemy porządny obiad (co raczej się nam nie zdarzało podczas dnia): risotto, prosciutto, mozarella   - czujemy prawdziwy klimat Włoch.  Na jednej stacji, podczas analizowania mapy słyszę nagle z boku „królu złoty, nie czytaj tej mapy, tylko załóż te czarne okulary i leć przed siebie” – zagaił polski tirowiec – Czarek - jak się później okazało były polski champion w cross’ie. Na kolejnej starszy włoski jegomość pyta Grześka o Polskę, Euro i czy długo już jedziemy. Naszą uwagę przykuwa kilkunastoosobowa ekipa na Dukatach – stwierdzamy, że Ducati w grupie wyglądają jeszcze lepiej. Jedziemy dalej zastanawiając się, co na poboczu autostrady robią porozbijane arbuzy. Odpowiedź przychodzi na kilkunastu minutach, kiedy dochodzimy tira wiozącego arbuzy. Myśl o zderzeniu z nimi powoduje, że mocno odkręcamy manetki i arbuziarz-szaleniec znika szybko w naszych wstecznych lusterkach. Pomimo, że już któryś dzień jedziemy przez Włochy, cały czas denerwuje nas fakt, że kierowcy nie używają tu kierunkowskazów. Nawet ze skłonnościami do jasnowidztwa trudno jest przewidzieć, każdy ich manewr. Mijamy po drodze dużo przebudów, które poznać można po charakterystycznych betonowych zaporach przy drodze, ale nie widać żeby ekipy pracowały tam w pocie czoła. Za Ferrarą nagroda – trzy pasy, mniejszy ruch, upał mniej dokuczliwy. Suniemy równo mijając Wenecję, aż do zjazdu na Latisanę. Jeszcze tylko bramka i jesteśmy na campingu w Lignano, pomyśleliśmy. Ale zwykła bramka na autostradzie też może dostarczyć wrażeń, jak się za chwilę okazało. Próbując zapłacić kartą kredytową za przejazd, utknęła ona w szczelinie. Kilkakrotne przyciskanie guzika „w razie problemów wezwij serwis” nie pomogło, ani żywej duszy. Zaradność Grzegorza, po raz kolejny dała o sobie znać: „daj mi Twój nóż”. I tak z nożem w ręku, zapominając, że jesteśmy w kominiarkach, próbujemy wyciągnąć kartę, jednocześnie machając nadjeżdżającym samochodom, żeby omijali naszą bramkę. Widząc popłoch odjeżdżających kierowców po chwili zorientowaliśmy się, jak to mogło wyglądać. Po chwili odzyskaliśmy kartę, zadowoleni i z siebie odjeżdżamy. Nagle rozległ się klakson i wołanie „Kasko! Kasko!”. To sympatyczna włoska mama z córką, które właśnie nadjechały dały Grzesiowi znać, że zostawił na tej feralnej bramce kask i rusza w samej kominiarce. W  ostatniej chwili – pomyśleliśmy – wiedząc, że zmęczenie zaczyna już przysłaniać nam zdrowe myślenie. Kiedy wjechaliśmy do Lignano i znaleźliśmy w końcu camping, myśleliśmy że to koniec wrażeń na dzisiaj. Miękka gleba, która utrudniała stabilne posadowienie naszych motocykli, kazała mi zrobić jeszcze kilka kółek po campingu, w celu znalezienia  lepszego miejsca. Znaleźliśmy, ale kiedy próbowałem przestawić CBF’a okazało się, że nie pali… Akumulator – to była nasza pierwsza i jak się później okazało słuszna diagnoza. Szybki telefon do pana Michała z Hondy, w salonie którego przed trzech laty kupiłem moje moto, utwierdził nas w tym przekonaniu. Zapowiadał się dzień przerwy w jeździe, który tak naprawdę okazał się zbawienny na nasze zmęczenie, kilkudniową jazdą non-stop. Na szczęście stało się to w fajnym miejscu i blisko cywilizacji, a przecież mogło zdarzyć się wszędzie.

 

Dzień VI

Po porannym cappuccino zaczynamy działać. Chłopaki na recepcji (uff!- znali angielski) podzwonili po kolegach i na planie miasta zaznaczyli nam sklepy, gdzie możemy kupić akumulator. Pierwszy okazał się serwisem Kawasaki. Mogą zamówić i będzie na godzinę 18. Próbujemy jeszcze w kliku innych, ale pierwsze rozwiązanie okazuje się w efekcie najlepsze. Po drodze kupujemy jeszcze akumulator w sklepie, który jednak nie pasuje. Udaje się go oddać, pomimo „drobnych śladów zużycia”. Idziemy na plażę i leniuchujemy na leżakach, z przerwami na kąpiel. To pierwszy taki dzień, kiedy nie jedziemy. W barze przy plaży jemy kalmary. Przed szóstą Grzesiu jedzie swoją Yamahą do sklepu po akumulator. „Wychowałem się na składaniu akumulatorów” – stwierdza Grzegorz, a ja po chwili widzę, że nie żartował. Chwila prawdy i… pszczółka znów pięknie  bzyczy, już z nowym ako. Idziemy na kolację – pizza maxi okazuje się adekwatna do nazwy, wielkością budząc przerażenie siedzącego przy stoliku obok Niemca. Po posiłku udajemy się do baru przy plaży, gdzie cały camping szykuje się do oglądania półfinału Włochy-Niemcy. Animatorka maluje sprawnie na naszych twarzach włoskie flagi i zaopatrzeni w jakiegoś nowego, miejscowego drinka – Spritz Aperol (polecamy) słuchamy włoskiego hymnu. Klimat niepowtarzalny, każdą bramkę słychać chyba po drugiej stronie Adriatyku. Koniec meczu jest zarazem początkiem wielkiego święta w całym mieście. Aż miło patrzeć na tak radośnie i przyjaźnie świętujących ludzi. Robimy fotki, nagrywamy kawalkady jadących samochodów z wielkimi flagami i pasażerami wystającymi przez szyber-dachy. Mimo hałasu nie mamy większych problemów z zaśnięciem, jutro chcemy dojechać do Czech.



Dzień VII (Lignano - Mikulov)

Wstajemy o piątej i zwijamy obozowisko. Około siódmej próbujemy wypić kawę w rzekomo czynnym całą dobę barze. Oczywiście jest zamknięty. Po chwili przychodzi pani obsługująca, ale nie przejmuje się nami specjalnie, najwyraźniej muzyka (ma słuchawki na uszach) pomaga jej w układaniu w gablotce croissant’ów. Wracamy po motocykle i próbujemy odebrać na recepcji campingu paszporty. Miało być „no problem”. I według nich dalej jest, chociaż nie mogą naszych paszportów znaleźć. Tu nie ma tam nie ma, ale „signor! no problem!”. W końcu są - i po co się było tak denerwować??? Podjeżdżamy po raz drugi  pod kawiarnię. Tym razem wszystko jest gotowe, więc tradycyjnie podwójne cappuccino i po dwa rogaliki. Niebo w gębie. Ostatni rzut oka na mapę i ruszamy w kierunku Udine. Jedzie się bajecznie. Po chwili suniemy przez Alpy, mijamy tunel po tunelu. Trzy pasy, droga praktycznie pusta, a widoki po prostu bajeczne. Najwyraźniej pozazdrościły nam ich małe muszki, skutecznie rozmazując się na szybach kasków. Nawet nie zauważamy, kiedy wjeżdżamy do Austrii. Za Graz’em robimy przerwę na kawę. Zagaduje nas małżeństwo z Tychów. Też dużo podróżują na motocyklu, byli na Nordkapp i w Maroko. Żegnamy się i jedziemy dalej. Przed Wiedniem ruch robi się naprawdę duży. Około 17 jesteśmy w Czechach i wjeżdżamy do Mikulova. Tu u Czecha, którego znam z przed lat, mamy nocleg w pensjonacie (jedyny podczas wyprawy nie na campingu). Nasz Czech sprawnym ruchem ręki przy użyciu śrubokręta otwiera nam po piwku. Od razu lepiej, teraz możemy się spokojnie wypakować. Szybki prysznic i idziemy na kolację do starej, sprawdzonej knajpy na Rynku. Knedliki, gulasz i smażony syr – prawdziwa uczta przy jedynym, słusznym w Czechach, trunku. W dodatku za symboliczne, jak na ilość jedzenia, pieniądze. Po powrocie nasz Czech z żoną szykuje nam kawę i kanapki na rano, bo o 6 chcemy wyruszyć.

Tagi: San Giovani

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij