Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Skandynawia i Toskania

Miało być z wykopem: z okazji ukończenia studiów samotna podróż na Hondzie XR 125 dookoła Europy. Miały być kontrasty, wyprawa na pełnym minimalu oraz mnóstwo nowych znajomości. I to było, tyle że na nie do końca zaplanowanej trasie.


Wystartowałam 2 lipca. Po ponad 500 km w deszczu, w Gdańsku powitał mnie zupełnie obcy mi Piotr z dziewczyną i przyjaciółmi. Założyłam, że będę nocować na dziko, ewentualnie u znajomych, znajomych znajomych lub nieznajomych couchsurferów, którzy użyczają ci swojej kanapy, licząc, że i ty kiedyś ich u siebie ugościsz. Pyszna kolacja i wymiana doświadczeń – to rozmyło przykre wspomnienia pierwszego dnia i uciszyło wizję ruszenia w trasę nazajutrz w wilgotnych ubraniach.



Karlskrona powitała mnie temperaturą powyżej +24 stopni i słońcem. Tak ciepło, a momentami nawet cieplej, było przez większość mojej skandynawskiej trasy. Kolejne piękne obrazy przewijały się przed moimi oczami przez ponad dwa tygodnie, atakując mnie takim ogromem przestrzeni, zieleni i wody, że nieraz chciało mi się wyć z zachwytu. I tak ja i Hondziak wędrowaliśmy przez Szwecję z Södertalje w kierunku Östersund i norweskiej granicy. W Szwecji zachwyciły mnie rzeki-jeziora, masy wody, które sprzyjają najpiękniejszym zachodom słońca, oraz pogańskie krzyże, które tu i ówdzie można jeszcze spotkać.
 
Aby zrobić to zdjęcie, musiałam kilka razy przebiec 11 metrów dzielących mnie i trolla od aparatu foto.
 Drzemka na estońskiej plaży.

Pierwsze snuje
W Norwegii, 100 km na północ od Trondheim, przywitały mnie pierwsze chmury, snuje i inne zjawiska atmosferyczne, które kotłują się tam, gdzie góry witają się z morzem. Dni się wydłużyły, a słońce zachodziło na krótko. Na słynnej E6 nawiedziła mnie zmora – Szwajcar, który ni z gruszki ni z pietruszki zaproponował mi wspólny prysznic, tak jakby samotna motocyklistka była synonimem seksturystyki. W Norwegii, oprócz radaru na wygłodzonych seksualnie bikerów, musiałam włączyć również program ekonomiczny, a to z powodu wyjedzenia resztek konserw, musli z mlekiem w proszku oraz ostatnich batonów.
Prom przewiózł mnie z Bodø na Lofoty, które przemierzyłam jednym machnięciem, dojeżdżając aż do Narviku. Na wyspach zaskoczyły mnie niemal tropikalne ciepło, wilgoć w powietrzu oraz śpiące w tunelu owce. Choć miejsce jest absolutnie zachwycające, bardziej niż na podziwianiu widoków byłam skupiona na tym, aby w żadną nie wjechać i żeby nie przekroczyć limitu prędkości, bo zgodnie z norweskimi przepisami skończyłoby to sporym trzepnięciem po kieszeni.

 
Jeden z krajobrazów w drodze do Kiruny – 22-tysięcznego miasta w Szwecji, leżącego o 140 km od koła podbiegunowego
Wjazd do północnej Norwegii – krainy reniferów i nieograniczonych przestrzeni.

Im dalej od Norwegii, a bliżej do Finlandii, teren się spłaszczał, a śniegi roślinom, z których radość czerpią chyba jedynie renifery. Pojawiły się problemy z tankowaniem: sprawę komplikowały automaty, z którymi nigdy nie było wiadomo, którą kartę i który banknot zaakceptuje. W Rovaniemi czekał na mnie Jarno, kolejny couchsurfer.
jak podróżować, nie przepłacając
 

Wybierz ekonomiczny motocykl(np. Hondę XR 125, która pali 3 l/100 km). Śpij pod namiotem na dziko, szczególnie w Skandynawii. Zabierz ze sobą konserwy, musli i mleko w proszku. Na chwilę zapomnij o zdrowym żywieniu – w Skandynawii fast foody wydają się najtańszą opcją.

Zarejestruj się na portalu couchsurfing.org. Zapisz się do grup motocyklowych – tylko motocyklista jest w stanie zrozumieć trudy podróży na motocyklu i chętnie Ci pomoże, w razie potrzeby np. znajdując taniego mechanika.

Do Toskanii jedź poza sezonem, unikniesz upału, przepełnionych kempingów i wysokich cen. A jeżeli koniecznie chcesz jechać latem, wynajmij wcześniej dom na spółkę ze znajomymi albo szukaj kempingu poza miastem.

Ubezpiecz się, szczególnie od konieczności holowania. W razie wypadku będziesz mógł sam decydować o tym, gdzie ma trafić Twój motocykl.

Nie podejmuj decyzji na gorąco. W panice łatwo sięgnąć po portfel i słono płacić. Lepiej zdrzemnąć się, zasięgnąć rady tubylców, skontaktować z najbliższym klubem motocyklowym i/lub lokalnym mechanikiem.

Nie próbuj realizować planu za wszelką cenę. Taka postawa nieraz zwielokrotnia koszty. Wyprawa nie zając, nie ucieknie...

 


Fińskie przyjaźnie
Mawiają, że Finlandia najpiękniejsza jest z okien samolotu. Ale wtedy odpadłaby możliwość poznania przesympatycznych Finów. Np. Jarno opowiedział mi o świszczących niedźwiedziach żyjących pod jego rodzinną wsią, które w furii potrafi ą zdjąć człowiekowi skalp, nawet jeśli będzie udawał trupa, ale niezagrożone są zupełnie nieszkodliwe. Mówił też o tradycji polowania na foki, która powoli wymiera. W Kemi motocyklistka Arja uraczyła mnie opowieścią o siarczystych mrozach i lodowych zamkach oraz pokazała, jak bardzo Laponia została zniszczona przez Niemców w czasie II wojny. W Jyväskylä Sami zabrał Hondziaka do stajenki motocyklowej dzielonej przez ponad 10 osób, zrobił mały serwis i uraczył anegdotami ze swych podróży po Rosji.

W Helsinkach gościłam u fińsko- -wenezuelskiej pary, która nie pisnęła ani słowem, gdy okazało się, że mój prom jest pełen i muszę zostać na jeszcze jedną noc. Choć z czystym sumieniem mogę rzec, że trasa z Rovaniemi do Helsinek ciekawa nie jest, chętnie to Finlandii wybaczyłam, bo Finowie są naprawdę fantastyczni.

Kolejnym przystankiem po Helsinkach było estońskie Parnu. Tam ugościł mnie Jan – motocyklista, ale też nieźle pokręcona, postpunkowa dusza. Na starcie facet zakomunikował mi, że wpadnie kilkoro znajomych z Gruzji, którzy po angielsku nie mówią, więc gdybym się nudziła, mogę wyjść na miasto. Po kilku szotach bimbru wszyscy okazali się co najmniej średnio zaawansowani w angielskim, a gdy doszła do tego gruzińska czacza, ekipa władała angielskim na poziomie „expert”. Po trzech godzinach chodziliśmy po Parnu z gitarą, odśpiewując estońskie pieśni.



Trawnik na dachu, czyli skandynawska ekologiczna stacjapaliw.

Następnego dnia dotarłam pod Kowno, gdzie w przydrożnej wsi, w jednym ze skromnych gospodarstw, przemiła rodzina pozwoliła mi się rozbić za domem. Uraczyli mnie ciepłą strawą, herbatą, pomogli nadmuchać materac. Mimo że nie znam rosyjskiego, swobodnie rozmawiałam z panią domu. Z rana ledwie wynurzyłam głowę z namiotu, a już czekały gorące parówki. Na pożegnanie uścisków i całusów nie było końca. Łzy cisnęły mi się do oczu z jeszcze jednego powodu: dobiegła końca pierwsza część mojej wyprawy.

W Polsce byłam kilka dni. Ja nadrabiałam zaległości żywieniowe, motocykl pod opiekuńcze skrzydła wziął mechanik.

Południe = kłopoty
Zaczęło się od pogody: na dojeździe do Słowenii cały czas padało. W Czechach w środku tygodnia coś podkusiło kierowców, żeby masowo wyjechali na drogi. W Austrii zaliczyłam pierwszą solidną glebę na błocie. Niezły ubaw mieli austriaccy kierowcy, widząc mnie na stacji benzynowej, jak zeskrobywałam z siebie, z motocykla i z sakw grube warstwy błota, podczas gdy oni polerowali i tak czyste szyby swoich aut. Do Słowenii dotarłam brudna i zła. Po noclegu u znajomych Słoweńców w Celje, w dwa motocykle ruszyliśmy w kierunku Chorwacji.



 Takich obrazów widziałamw Cinque Terre wiele. Predjamski Grad w Słowenii stoi u stóp ponad 100-metrowej skalnej ściany.

W Chorwacji padało. To, co zdarzyło się na pewnym pochyłym, mokrym zakręcie, pamiętam jak przez mgłę. Zarejestrowałam jedynie moment, gdy podcięło mi przednie koło tak szybko, że nie byłam w stanie zareagować. Pamiętam siebie, ślizgiem sunącą na brzuchu jakieś 8 metrów, i obraz samochodu przejeżdżającego tuż koło mojej głowy, zatrzymany ruch oraz samochód w rowie. Podniosłam się i otrzepałam. Dopiero po dobrych 15 minutach, gdy po raz kolejny spojrzałam na pokiereszowany motocykl, adrenalina puściła i poleciały pierwsze łzy żalu. Tyle marzyłam o tej wyprawie, po Chorwacji miały być Czarnogóra i Albania, ale przede wszystkim Rumunia. A skończyło się, zanim się na dobre zaczęło – na złamanej jak zapałka kierownicy, roztrzaskanej lampie, stacyjce oraz innych szkodach.

 
Po kilkunastu minutach po glebie adrenalina odpuściła i popłynęłymi łzy żalu. Słowenia. Tu nie mam już na sobie śladów bliskiego spotkania z błotem, które zaliczyłam w Austrii. Dlategobyłam w stanie zauważyć, że i tam bywało ładnie.

Matjaz i Karmen ofiarowali się z pomocą. Ich znajomy, ksywa „El Presidente”, mechanik i szef klubu motocyklowego, przez kilka dni składał moją Hondę do kupy: wymienił lampę na jakąś starą, co nadało jej wygląd rodem z „Mad Maxa”, pospawał półkę, wymienił kierownicę na nową, a zamiast stacyjki zainstalował switch typu on i off, tak że każdy mógłby na niej odjechać. Niemiłą niespodzianką było to, że nagle z gościny wycofali się wszyscy znajomi na Bałkanach. Miałam dość i decyzja zapadła – skoro Bałkany mnie nie chcą, lecę na skrzypiącym motocyklu do Toskanii.

Jak po krucjacie
W Toskanii oraz w Cinque Terre, pięciu prześlicznych miejscowościach położonych tuż nad morzem, spędziłam kilka cudownych, leniwych dni z pysznościami, zapachem gaju oliwnego oraz rajskimi kamienistymi plażami. Wracałam w lekkim napięciu, bacznie podczas pokonywania dwóch pasm górskich obserwując spawaną półkę. Ostatni odcinek, spod Bolzano do Bolesławca, pokonałam jednym skokiem, co trwało 15 godzin. Najbliżsi potraktowali mnie tak, jakbym wróciła z krucjaty.

zobacz galerię

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij