Motocykl poleca:

Skandynawia solo 2014, czyli wyprawa na Nordkapp cz.1

Poleć ten artykuł:

Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy, ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł, na który wpadłem kilka lat temu.

Skandynawia, czyli wyprawa na Nordkapp Zobacz całą galerię

Klimatyzacja głośno szumi, Artur rozbudza się na górnej koi i zaczyna przewracać z boku na bok, pewnie niedługo wstanie. Lewa dłoń swędzi niemiłosiernie i jest strasznie opuchnięta u nasady kciuka. Prom relacji Ystad-Świnoujście mozolnie, lecz konsekwentnie zmierza po spokojnym Bałtyku do swojego celu. Siedzę i zastanawiam się, co za 5, 10 czy też 20 lat najlepiej będę pamiętał z całej tej wyprawy? Może spotkanie ze Świętym? A może upadek do rowu lub Finki radośnie skaczące w fale na komendę szczerbatego kapitana? Czy też Andrieja i jego opowieści lub podróżującą parę która zaliczyła siedemnastkę? Albo samotne noce na odludziu, podczas których słońce rozświecało biały, lipcowy śnieg dokładnie o północy? Bo pewnie o dwóch meszkach, które kilka dni temu pokłuły mnie tak, że na dłoń z trudem można było wcisnąć rękawicę, to raczej zapomnę. Artur chyba się obudził, bo zaczyna przeglądać coś w swoim smartfonie i wygląda na takiego, który robi to z pełną świadomością. Pora zacząć historię od początku.

Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, ale moja podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego duża wyprawa. Zrodził się w mojej głowie już przed wielu laty, jednak z pomysłu w plan przerodził się dopiero kilka miesięcy temu. Pomysł ten nie był zbyt wyrafinowany. Po prostu: uderzam przez Finlandię na północ, oglądam Nordkapp i wracam na południe przez Norwegię. Z biegiem czasu zaczął obrastać szczegółami przyjmującymi postać wartych odwiedzenia punktów na mapie, a już w styczniu wiedziałem, że chcę jechać w pierwszej połowie lipca. Wici rozesłane wśród znajomych jak i posty na dwóch różnych forach internetowych nie zaowocowały żadnymi konkretnymi deklaracjami współtowarzyszenia. Wprawdzie odzew jako-taki był, lecz ewentualni chętni występowali albo pod postacią zapaleńca ze słomianym zapałem, który od razu pakuje się i zdecydowanie jedzie i trwa zdecydowanie w swoim postanowieniu dopóty, dopóki kac nie minie, albo panienki-cnotki, co to „chciałaby a boi się”, w związku z czym na początku czerwca już wiedziałem, że pojadę sam. I chyba dobrze się stało, bo w dniu wyjazdu pod moim kaskiem kołatała się taka masa różnych rozterek i myśli zupełnie niezwiązanych z wyjazdem, że chyba nie byłem dobrym kompanem nawet dla bakterii e.coli, które, chcąc, czy nie chcąc i tak ze mną w podróż musiały się udać.

W piątek, 4 lipca do pracy jadę zapakowanym motocyklem. Trzy pełne kufry, wielka torba na siedzenie pasażera i tankbag mieszczą wszystko, co jest potrzebne do samodzielnej egzystencji: namioty, matę samopompującą, dwa śpiwory, odzież, bieliznę i obuwie na zmianę, zapas jedzenia wraz z palnikiem i odpowiednią do jego zasilenia ilością gazu oraz drobne pierdoły techniczno-naprawcze. Zaraz po pracy wyruszam na wschód z zamiarem dotarcia aż pod wschodnią granicę w okolicach Suwałk. Niestety zmęczenie dopada mnie znacznie wcześniej i już w środku Mazur zaczynam szukać noclegu. Przez przypadek trafiam na ciekawą stanicę wodną PTTK w Sorkwitach, która zachwyca mnie gościnnością i miłym przyjęciem. Obiad robią mi po godzinie zamknięcia kuchni, a następnego dnia pyszną jajecznicę na szynce z własnej wędzarni komponuje mi sam szef stanicy w godzinach, gdy kucharki jeszcze śpią a oficjalnie kuchnia jest zamknięta. Wyjeżdżając nie wiem jeszcze, że jest to ostatnie miejsce, gdzie właśnie doznałem „prawdziwej” nocy, gdyż dalej na północ, nawet w miejscach w których słońce jeszcze zachodzi, nawet w środku nocy będzie jasno.

Zaraz po jajecznicy i kawie wyruszam na północ. Tuż za Polską granicą droga staje się po prostu nudna – długa prosta z ograniczeniem prędkości ciągnie się do Tallina w którym czeka mnie niemiła niespodzianka: hotel Villa Estonia zamówiony za pośrednictwem booking.com praktycznie nie istnieje. Budynek rzeczywiście stoi, lecz jest to budynek widmo. W środku nie ma żywej duszy, a zamiast obsługi recepcji postawiony numer telefonu pod który należy dzwonić. Pierwszy telefon przynosi informację, że osoba go odbierająca „jeszcze dziś przyjdzie, ale nie wie kiedy i mam czekać” po czym następuje rozłączenie. Kolejna próba kontaktu to odrzucanie połączenia. Włażę na motocykl i udaję się na poszukiwanie alternatywnego miejsca do noclegu. Zajeżdżam na kemping. Pech chce, że akurat wtedy Tallin jest gospodarzem największego estońskiego festiwalu muzyki folkowej, którego goście parę metrów od mojego namiotu do trzeciej nad ranem zawzięcie pracują zarówno nad doskonaleniem swoich umiejętności wokalnych, jak i degustacją różnego rodzaju trunków, przez co pobudka na prom Tallin-Helsinki przed godziną 6:00 nijak nie może zostać zilustrowana słowami piosenki „jak dobrze wstać skoro świt”.

Tagi: Skandynawia | Nordkapp | wyprawa | podróże

Oceń artykuł:

4.9

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij