Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.7

Skandynawia solo 2014, czyli wyprawa na Nordkapp cz.1

Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy, ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł, na który wpadłem kilka lat temu.

Klimatyzacja głośno szumi, Artur rozbudza się na górnej koi i zaczyna przewracać z boku na bok, pewnie niedługo wstanie. Lewa dłoń swędzi niemiłosiernie i jest strasznie opuchnięta u nasady kciuka. Prom relacji Ystad-Świnoujście mozolnie, lecz konsekwentnie zmierza po spokojnym Bałtyku do swojego celu. Siedzę i zastanawiam się, co za 5, 10 czy też 20 lat najlepiej będę pamiętał z całej tej wyprawy? Może spotkanie ze Świętym? A może upadek do rowu lub Finki radośnie skaczące w fale na komendę szczerbatego kapitana? Czy też Andrieja i jego opowieści lub podróżującą parę która zaliczyła siedemnastkę? Albo samotne noce na odludziu, podczas których słońce rozświecało biały, lipcowy śnieg dokładnie o północy? Bo pewnie o dwóch meszkach, które kilka dni temu pokłuły mnie tak, że na dłoń z trudem można było wcisnąć rękawicę, to raczej zapomnę. Artur chyba się obudził, bo zaczyna przeglądać coś w swoim smartfonie i wygląda na takiego, który robi to z pełną świadomością. Pora zacząć historię od początku.

Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, ale moja podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego duża wyprawa. Zrodził się w mojej głowie już przed wielu laty, jednak z pomysłu w plan przerodził się dopiero kilka miesięcy temu. Pomysł ten nie był zbyt wyrafinowany. Po prostu: uderzam przez Finlandię na północ, oglądam Nordkapp i wracam na południe przez Norwegię. Z biegiem czasu zaczął obrastać szczegółami przyjmującymi postać wartych odwiedzenia punktów na mapie, a już w styczniu wiedziałem, że chcę jechać w pierwszej połowie lipca. Wici rozesłane wśród znajomych jak i posty na dwóch różnych forach internetowych nie zaowocowały żadnymi konkretnymi deklaracjami współtowarzyszenia. Wprawdzie odzew jako-taki był, lecz ewentualni chętni występowali albo pod postacią zapaleńca ze słomianym zapałem, który od razu pakuje się i zdecydowanie jedzie i trwa zdecydowanie w swoim postanowieniu dopóty, dopóki kac nie minie, albo panienki-cnotki, co to „chciałaby a boi się”, w związku z czym na początku czerwca już wiedziałem, że pojadę sam. I chyba dobrze się stało, bo w dniu wyjazdu pod moim kaskiem kołatała się taka masa różnych rozterek i myśli zupełnie niezwiązanych z wyjazdem, że chyba nie byłem dobrym kompanem nawet dla bakterii e.coli, które, chcąc, czy nie chcąc i tak ze mną w podróż musiały się udać.

W piątek, 4 lipca do pracy jadę zapakowanym motocyklem. Trzy pełne kufry, wielka torba na siedzenie pasażera i tankbag mieszczą wszystko, co jest potrzebne do samodzielnej egzystencji: namioty, matę samopompującą, dwa śpiwory, odzież, bieliznę i obuwie na zmianę, zapas jedzenia wraz z palnikiem i odpowiednią do jego zasilenia ilością gazu oraz drobne pierdoły techniczno-naprawcze. Zaraz po pracy wyruszam na wschód z zamiarem dotarcia aż pod wschodnią granicę w okolicach Suwałk. Niestety zmęczenie dopada mnie znacznie wcześniej i już w środku Mazur zaczynam szukać noclegu. Przez przypadek trafiam na ciekawą stanicę wodną PTTK w Sorkwitach, która zachwyca mnie gościnnością i miłym przyjęciem. Obiad robią mi po godzinie zamknięcia kuchni, a następnego dnia pyszną jajecznicę na szynce z własnej wędzarni komponuje mi sam szef stanicy w godzinach, gdy kucharki jeszcze śpią a oficjalnie kuchnia jest zamknięta. Wyjeżdżając nie wiem jeszcze, że jest to ostatnie miejsce, gdzie właśnie doznałem „prawdziwej” nocy, gdyż dalej na północ, nawet w miejscach w których słońce jeszcze zachodzi, nawet w środku nocy będzie jasno.

Zaraz po jajecznicy i kawie wyruszam na północ. Tuż za Polską granicą droga staje się po prostu nudna – długa prosta z ograniczeniem prędkości ciągnie się do Tallina w którym czeka mnie niemiła niespodzianka: hotel Villa Estonia zamówiony za pośrednictwem booking.com praktycznie nie istnieje. Budynek rzeczywiście stoi, lecz jest to budynek widmo. W środku nie ma żywej duszy, a zamiast obsługi recepcji postawiony numer telefonu pod który należy dzwonić. Pierwszy telefon przynosi informację, że osoba go odbierająca „jeszcze dziś przyjdzie, ale nie wie kiedy i mam czekać” po czym następuje rozłączenie. Kolejna próba kontaktu to odrzucanie połączenia. Włażę na motocykl i udaję się na poszukiwanie alternatywnego miejsca do noclegu. Zajeżdżam na kemping. Pech chce, że akurat wtedy Tallin jest gospodarzem największego estońskiego festiwalu muzyki folkowej, którego goście parę metrów od mojego namiotu do trzeciej nad ranem zawzięcie pracują zarówno nad doskonaleniem swoich umiejętności wokalnych, jak i degustacją różnego rodzaju trunków, przez co pobudka na prom Tallin-Helsinki przed godziną 6:00 nijak nie może zostać zilustrowana słowami piosenki „jak dobrze wstać skoro świt”.

Jednak wstać się udaje i z zarezerwowanym promem nie ma już żadnych przejść, w związku z czym w niedzielę, 6 lipca jeszcze przed 10:00 ląduję w Helsinkach, gdzie zaopatrzony w przewodnik szybko oglądam ciekawy, wyryty w skale i przykryty szklanym dachem kościół Temppeliaukio oraz urządzam sobie moto-spacer po dzielnicy Senatorskiej. W stolicy Finlandii nie zabawiam długo. Jeszcze przed południem wyruszam w stronę Turku i w tym miejscu zaczyna się „przygoda” z fińskimi drogami. Autostrada pomiędzy Helsinkami a Turku jest… jak autostrada – długa, prosta i z ograniczeniem prędkości do 120km/h. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że, z punktu widzenia motocyklisty, to najciekawsza droga w całej Finlandii. Inne drogi to również długie proste, jednak tam ograniczenie prędkości wynosi 100km/h lub czasem 80km/h i rzadko kiedy nadarza się okazja by kogokolwiek wyprzedzić. Jednak z drugiej strony niekoniecznie jest to złe. Człowiek, który ma parę spraw do przemyślenia, a ja wyjeżdżając miałem głowę pełną niedokończonych myśli, ma czas na naprawdę długą kontemplację. Powyższe jest powodem tego, że prawie przez cały pobyt w Finlandii lewa ręka rzadko kiedy dotyka manetki i, w zależności od pozycji nóg, ląduje albo na kolanie, albo na tankbagu, natomiast nogi, na przemian lewa i prawa, znajdują sobie całkiem wygodne oparcie zamiast na podnóżku to na gmolu. Jedynie prawa dłoń cierpi męki ze względu na brak tempomatu.

Nudę motocyklową, szczególnie w moim stanie nastawionym na medytację, w znacznej mierze rekompensują jednak widoki, bo tymi to Finlandia może się pochwalić. Nie są one wprawdzie tak spektakularne, jak później oglądane fiordy czy wodospady Norweskie, lecz wielkie, puste i spokojne jeziora pośród ogromnych, zalesionych wzgórz pozostawiają naprawdę niezatarte wrażenia, a dla kogoś, kto jest spragniony chwili wytchnienia i odpoczynku oraz ma ochotę na czasowe zwolnienie tempa okazują się tym miejscem, w którym można się odnaleźć bez kłopotów.

Doświadczenia wcześniejszych wyjazdów nauczyły mnie, że dobrze jest brać ze sobą w podróż jakieś przewodniki, więc i tym razem w takowy się zaopatrzyłem. Za jego radą gnam, na ile fińskie przepisy pozwalają (czyli jak na Polskie warunki to raczej ślamazarnie zmierzam) w stronę Turku, gdzie chcę zobaczyć archipelag wysepek z trasą widokową. Archipelag okazuje się ładny i poprowadzona przez niego droga, na której czeka kilka przepraw promowych, również godna jest polecenia, lecz to, co na niej najbardziej uderza to rzeczywista harmonia współistnienia cywilizacji z naturą. Wszystkie wysepki są albo zamieszkałe na stałe, albo pobudowane są na nich domki letniskowe, lecz tak dobrze to wszystko komponuje się z przyrodą, że pomimo widocznej urbanizacji terenu, trudno odmówić mu naturalnego uroku.

Ze względu na ograniczenia czasowe nie przejeżdżam całej trasy, lecz jej fragment po czym kieruję się na północ w stronę Raumy, gdzie obiecany mam kontakt z „doskonale zachowaną architekturą drewnianą jednego z najstarszych miast Finlandii”. Zważywszy jednak na porę przybycia udaję się na kemping. Już w recepcji wita mnie bardzo ładna dziewczyna: „Dzień dobry. Czy znajdzie się miejsce dla namiotu i jednego faceta” – rzucam po angielsku. „Oczywiście. Mamy piękne miejsca zaraz nad brzegiem” – dziewczyna przeciąga się, robi rozmarzone oczy i wykonując ruchy niemalże jak kotka w rui zaczyna opowiadać o romantycznych zachodach słońca z zachwycającymi widokami. Kurczę – czy ona mnie podrywa? Zerkam na moje odbicie w szybie: łysy niedogolony facet w dodatku przepocony po całym dniu jazdy w upale. Patrzę znowu na dziewczę: bliżej jej wiekiem do wieku mojej córki niż mojego, a z drugiej strony mnie jeszcze z 10 lat brakuje do kryzysu wieku średniego, bym tyle młodszymi się chciał interesować. O co tu chodzi? Nie, to nie jest przypadek, ale też nie żaden podryw. Po kilku następnych spotkaniach z przedstawicielkami płci pięknej pracującymi w różnych miejscach obsługi turystów zauważam, że Finki są nie tylko ładne, ale również miłe w bardzo specyficzny sposób: z jednej strony otwarty i przyjacielski, a z drugiej dość delikatnie, ze szczególnym urokiem zachęcający do korzystania z atrakcji miejsca, które reprezentują. Nie wnikam, czy takie zachowania są wrodzone, czy też wyćwiczone w ramach szkoleń marketingowo-piarowych, lecz wydają się być bardzo naturalne i są niewątpliwie bardzo przyjemne w odbiorze.

Pogodny wieczór i ciepła, jasna noc na kempingu tuż przy brzegu Bałtyku byłyby uznane za idealne, gdyby nie fakt, że około trzeciej budzi mnie straszny wrzask stada mew kłócących się o coś tuż obok mojego namiotu. Jakieś 10 minut próbuję je ignorować, lecz gdy już nie mogę wytrzymać wyglądam, by sprawdzić, co się tam dzieje i to, co widzę wymusza na mnie zagęszczenie ruchów i szybkie opuszczenie śpiwora. Prawie połowa kempingu zawalona jest śmieciami i, niestety, są to moje śmieci, które po kolacji, zamiast od razu wyrzucić do śmietnika, skrzętnie zapakowałem we foliowy worek i zostawiłem przy kole motocykla. Worek nie był jednak żadną przeszkodą dla mew czujących resztki pożywienia. Jako, że w Finlandii gorzej niż osoby śmiecące postrzegani są tylko ci, którzy dopuszczają się kazirodztwa lub gwałtu zbiorowego, to kolejne pół godziny poświęcam uprzątaniu własnych odpadów znajdujących miejsce dosłownie „wszędzie”.

Od rana za to zwarty, gotowy i niemalże wypoczęty planuję zwiedzanie „czego się da” wraz z przejazdem na wschód kraju w pięknej upalnej pogodzie. Najpierw obiecana w przewodniku „architektura drewniana” Raumy. Niestety koneserem architektury nie jestem, a szkoda, bo to co widzę może i jest ciekawe, lecz mnie na kolana mnie nie powala. Co dalej proponuje przewodnik? Tampere – miasto bardzo przemysłowe, lecz „warte odwiedzenia ze względu na interesującą kaskadę wodną o nazwie Tammerkoski zasilającą jedną z ważniejszych siłowni”. Wprawdzie deklarowana różnica poziomów nie zapowiada, że zobaczę drugą Tamę Hoovera lub chociaż widoki jak na zaporze na Jeziorze Solińskim, lecz skoro aż przewodnik o tym pisze, to pewnie warto to zobaczyć. Jadę do Tampere i po niedługim czasie trafiam na kaskadę. Patrzę na nią i upewniam się przypadkowego przechodnia, czy to aby na pewno Ta kaskada. Niestety to jest właśnie Ta kaskada. Patrzę jeszcze raz i nawet nie chce mi się aparatu wyciągać. Oj, przewodnik, grabisz sobie: dzięki Tobie pojeździłem po mieście w Finlandii, jakbym nie mógł w Poznaniu wokół komina się pokręcić. Szperam w przewodniku, co my mamy dalej? W Imatrze codziennie o 19:00 odbywają się pokazy „rapids shows” – upuszczania wody z tamy przy akompaniamencie muzyki. Po kontroli czasu i konsultacji z GPS-em stwierdzam, że stosując się do ograniczeń prędkości na styk powinienem zdążyć. Nie jestem w błędzie, bo wyczyn się udaje. Do Imatry wjeżdżam o 18:50. Znalezienie miejsca pokazu nie nastręcza trudności, lecz jest na nim dziwnie pusto i cicho. Znajduję informację turystyczną i pytam o szczegóły. Okazuje się, że pokaz jest i rzeczywiście się odbywa co dzień latem, lecz o 18:00. Ponownie patrzę na przewodnik…

Tak, przewodnik tę noc przetrwał jedynie dlatego, że był ze śliskiego papieru. Ja natomiast, gdy po powrocie będę oglądał w Internecie amatorskie nagrania z pokazów w Imatrze, będę żałował, że nie zobaczyłem ich na żywo. Tymczasem jednak następnego ranka przewodnik pakuję na dno tankbaga i udaję się na zwiedzanie kolejnych atrakcji południowo-wschodniej Finlandii, o których przed wyjazdem poczytałem w Internecie robiąc stosowne notatki. Na początek zamek Olavinlinna w Savolinnie, który jest podobno najlepiej zachowanym zamkiem w Skandynawii. Budowla usytuowana na wyspie połączonej z lądem ruchomym mostem, „odpływającym” na czas przepływu statków, może się podobać. Oczywiście nie należy się spodziewać niczego na kształt Malborka, Wawelu czy choćby Książa, ale miłośnikom zamków na pewno przypadnie do gustu. Wycieczki płatne 8 euro od osoby są oprowadzane przez przewodników dobrze znających historię zamku i umiejących ją ciekawie przedstawić w kilku językach. Kolejnym punktem jest drewniany kościół w Kerimaki. Można pomyśleć, że kościół, jak kościół, ale mnie, antyklerykała i ateistę, wprawia w zachwyt: rozmiarami prześciga niejeden murowany budynek, a wewnątrz jest niezwykle przestronny. Zgadza się, że jako nominalnie największy na świecie drewniany kościół może zrobić wrażenie na każdym, kto potrafi docenić kunszt inżynierów i rzemieślników go stawiających. Kolejne oglądane w dalszej części dnia kościółki i cerkwie w innych miejscowościach nie robią już takiego wrażenia. Za to robi je spotkana przeze mnie dwukrotnie w przy dwóch różnych świątyniach para emerytów z Polski, którzy swoim wozem kempingowym wyruszyli z Krakowa w marcu na objazd dużej części Rosji, krajów nadbałtyckich i Skandynawii. Do tej pory idzie im nieźle, a powrót do kraju planują na wrzesień. Też chciałbym tak emeryturę spędzać, choć może jednak zmieniłbym nieco środek lokomocji na jednośladowy.

Wieczorem zajeżdżam na kemping w rejonie Ruunaa, gdyż wcześniej dowiedziałem się, że tam organizowany jest rafting, a skoro jest rafting na mojej drodze, to odpuścić nie mogę. Kemping znajduje się w lesie i jest dobrze wyposażony. Jak każdy w Skandynawii oferuje dostęp do kuchni i ciepłych pryszniców w cenie. Okazuje się, że jestem na nim jedynym „namiociarzem”. Wszyscy inni albo mieszkają w domkach, albo ustawili swoje przyczepy bądź kampery. Dużą część wieczoru spędzam na pomoście nad pięknym jeziorem. Zachwyca mnie niczym niemącony spokój tego miejsca. Patrzę na gładką taflę jeziora nad którą buszuje ogromna liczba owadów, a z wody co pewien czas wyskakują polujące na nie ryby. Widzę otaczającą jezioro ścianę lasu i rzadko wystające z wody zielone pędy. Widok ten, choć geograficznie odległy od miejsc akcji, kojarzy mi się ze zdarzeniami opisywanymi w książkach Curwooda lub Londona, których akcja toczy się w nieprzebytych lasach otaczających właśnie takie jeziora. Pomimo urody miejsca odczuwane zmęczenie po pewnym czasie zmusza mnie do powrotu w rejon biwaku, a powrót ten nie ma już w sobie nic z romantyzmu, gdyż jest to ciągła walka z insektami. Szybko wchodzę do namiotu, gdzie spędzam noc.

Kolejnego dnia od rana atak owadów nie ustaje. Uderzają wszystkimi siłami z każdej możliwej strony. Doliczam się przynajmniej ośmiu gatunków różnych much, w tym kąsających meszek, i dwóch gatunków komarów, ale przekonany jestem, że w tym roju było ich znacznie więcej. Wyciągam swoją tajną broń. Nie są to żadne „naturalne” olejki ani wywary z ziółek dostępne w aptece. Jest to porządny prawie trzydziestoprocentowy N,N-Dietylo-m-toluamid zakupiony w jakiejś drogerii (tak, to jest znany specyfik USArmy - stosowany w tropikach deet). Pryskam nim wszystkie wystające spod odzieży części ciała i, niepomny na zapiski na ulotce, robię sobie z niego dosłownie prysznic na głowę i twarz. Pomaga o tyle, że komary rzeczywiście przestają mnie kąsać, za to muchy zamiast siadać na mnie z impetem uderzają w twarz i się odbijają. Tego ranka trzy razy wyciągam muchę z oka.

Podczas całego wyjazdu przekonuję się, że turyści odwiedzający Finlandię dzielą się na dwie grupy: tych, którzy narzekają na ukąszenia niezliczonej liczby komarów i meszek, oraz tych, którzy uważają to za mit, bo podróżując nigdy się z tym nie zetknęli. Jakimś dziwnym trafem do pierwszej grupy należą osoby podróżujące z namiotami i rozstawiające je „byle gdzie” oraz pewien odsetek posiadaczy przyczep kempingowych, a do drugiej ci, którzy jeżdżą nocując w wynajmowanych pokojach i reszta „karawaniarzy”. Ja niestety zaliczam się do tej pierwszej grupy.

Ranek powoli zaczyna się kończyć i nieuchronnie zbliża się godzina 11:00, kiedy to zacząć ma się rafting. Zmierzam więc na ustalone miejsce zbiórki, w którym wita mnie szeroko uśmiechnięty i bardzo serdeczny facet bez górnej dwójki. Jak się później okaże, będzie on sternikiem mojego pontonu, czy, jak się to tutaj nazywa, kapitanem. W busie zapewniającym transport do miejsca startu zaznajamiam się z grupą Finów w średnim wieku. Wydają się być zapalonymi turystami, którzy nie boją się wyzwań. W końcu dojeżdżamy na miejsce startu. Wprawdzie z racji braku gór w Finlandii i tak bardziej nastawiałem się na podziwianie widoków z wody podczas spływu niż na wrażenia sportowe, ale to, co widzę przerasta moje wyobrażenia: pontony zaopatrzone są w silniki. Patrzę jeszcze raz – nie jest źle, są też wiosła. Kapitan tłumaczy, że w trakcie całej drogi będziemy przepływali przez cztery jeziora, dlatego potrzebne są te silniki, natomiast cała zabawa w „white water” to będą kaskady pomiędzy jeziorami. Po krótkim instruktarzu wrzucamy pontony do wody i zajmujemy swoje miejsca. Ja siadam na samym przodzie. Pomimo, że jest to miejsce najbardziej „mokre”, to zawsze je wybieram. Tuż za mną siadają wesołe Finki. W pontonie płynie jeszcze Japonka, jakiś Niemiec i dwóch finów. Zaczynamy. Finki biorą wiosła w dłonie i trzeba przyznać, że naprawdę dobrze sobie z nimi radzą. Rzeczywiście kaskady nie są przygodą dla ambitnych, ale za to widoki są piękne. Prawie puste jeziora, bez śladów śmieci, otoczone lasami. Brak jest żaglówek z na wpół pijaną, krzykliwą załogą, a pomosty zdarzają się bardzo rzadko. Widoki są bardzo podobne do tego, który zafundowałem sobie poprzedniego wieczoru, lecz tym razem zmieniają się dynamicznie. Co pewien czas mijamy małą łódkę z wędkarzami, na jednej z kaskad ćwiczą kajakarze. W połowie drogi lądujemy w bazie, gdzie czeka nas pyszny posiłek na który składają się tradycyjne, fińskie przysmaki, kiełbasy z ogniska oraz, oprócz zwykłych napojów, ważone domowym sposobem, bezalkoholowe ciemne piwo fińskie.

Po posiłku kontynuujemy spływ. Finki wciąż siedzą za mną i tak teraz, jak i poprzednio, dzielnie tłumaczą mi na angielski wydawane po fińsku komendy kapitana, który lekko dworuje sobie z moich nieporadnych prób zrozumienia jego języka. Na trasie widzimy ciekawe rozwiązanie na szlaku turystycznym przecinającym jedno z jezior. Mianowicie po dwóch stronach jeziora zostawione są drewniane łodzie wiosłowe. Turyści dochodzący z jednej strony szlaku korzystają z nich, by przeprawić się przez jezioro na drugą stronę. Ponieważ rzadko kiedy zdarza się, by turyści dochodzili z dwóch stron jednocześnie, a łodzie potrzebne są z każdej strony, dlatego przeprawa przez jezioro wymaga zazwyczaj trzykrotnego jego przepłynięcia. Kapitan zapewnia, że ten system, pomimo oczywistych niedogodności, działa – turyści są zdyscyplinowani i zawsze łodzie są rozstawione tak, jak trzeba. W pewnym momencie Kapitan stwierdza, że do przepłynięcia została nam już tylko połowa jeziora i kto chce może płynąć wpław. Jako, że i tak byłem cały mokry, to nie czekałem na dalsze zaproszenie. Tuż za mną, w akompaniamencie śmiechu kapitana na skok w zimną wodę decydują się jeszcze dwie dzielne Finki. Razem płyniemy do brzegu, gdzie nawzajem pomagamy sobie wygramolić się po śliskich kamieniach.

Spływ, pomimo braku wyzwań typowo „raftingowych” udał się. Wracam na kemping. Biorę szybki prysznic i jeszcze tego samego dnia udaję się na północ. Niestety tuż przed zwinięciem biwaku rozpoczyna się deszcz. Największą ulewę przeczekuję w namiocie, a później, po raz pierwszy tego wyjazdu, zwijam mokry tropik. Jak się później okazuje, nie był to ostatni raz. Po deszczu robi się zimno – temperatura spada znacznie, a na dodatek po raftingu i kąpieli w zimnej wodzie trudno mi się rozgrzać. Zakładam podpinkę i jadę. Im dalej jadę na północ tym robi się zimniej. Myślę, że pewnie tak już będzie aż do Nordkappu, w końcu to północ. Na szczęście po godzinie jazdy deszcz ustaje zupełnie. Na noc staję w zachwycającym miejscu – tuż przy drodze, nieopodal grobli pomiędzy jeziorami, z pięknym półwyspem z którego oglądam następujący tutaj tuż przed północą powolny zachód słońca.

Kolejny ranek nie przynosi niespodzianek - jest bardzo zimno. Jem, pakuję się i jadę dalej na północ. Utrwalam się w przekonaniu, że cieplej już nie będzie. Wybieram trasę na Park Narodowy Okulaka. Po drodze pierwszy raz widzę pary reniferów. Czyli jednak są tutaj! Od tej chwili przez następnych kilka dni będą widywane bardzo często. Zaskakuje fakt, że z czasem podążając im dalej na północ tym cieplej się robi. Zaczynam się rozbierać. Jadę, aż w końcu zanika asfalt i główna droga zamienia się w gruntówkę. Trzystukilogramowe bydle jedzie sprawnie po ubitej ziemi, jednak co pewien czas kupka kamieni powodująca uskok koła każe wzmóc uwagę. Nie jest źle, bo to urozmaicenie w stosunku do jazdy w kontemplacji. Po setkach kilometrów odpoczynku obie ręce wędrują na kierownicy a nogi na podnóżkach. Na drodze jest ograniczenie prędkości do 80km/h, ale samochody jadą znacznie wolniej. Pozwalam sobie odkręcić, w końcu coś się bydlakowi od życia należy, więc niech pośmiga zostawiając puszki w chmurze pyłu. Park Narodowy Okulaka, jak dobrze mu się przyjrzeć z niektórych miejsc, jest rzeczywiście ładny, ale by w pełni doznać jego uroków trzeba by zsiąść z motocykla i przynajmniej jeden dzień po nim pochodzić. Oglądam szybko to, co można, a niestety z drogi nie da się zobaczyć wiele, i obieram trasę na zachód w stronę Wioski świętego Mikołaja. Temperatura nadal podnosi się i osiąga 25 stopni. Mniej więcej w połowie drogi nastaje zmęczenie. Staję w kolejnym miłym miejscu nad jeziorem, tym razem jednak na tanim kempingu. 7 euro za dostęp do gorącego prysznica i kuchni to jednak nie jest dużo.

Następnego dnia wstaję w miarę wypoczęty i gnam, by zobaczyć wioskę. Miłe finki namawiają do odwiedzania zagrody reniferów, lecz dyskutuję z nimi bardziej z egoistycznej chęci zaspokojenia męskiego ego rozmową z ładnymi kobietami, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Nie daję się namówić na zapłacenie 5 euro za oglądanie czterech zwierząt identycznych z tymi, których dziesiątki widziałem po drodze. Przekraczam krąg polarny i tuż za nim wchodzę do budynku stanowiącego siedzibę Świętego Mikołaja. Parter to sklep z upominkami. Oglądam, lecz jakoś nie mam zamiaru nic kupować. Wchodzę w końcu do komnat samego głównego rezydenta. Wkraczam tam bez przekonania, lecz za chwilę moje nastawienie się zmienia. Przekraczam granicę światów pogrążając się w magicznej tajemniczości. Kroczę po skrzypiącym lodzie, przechodzę obok olbrzymiego zegara i widzę setki marzeń dziecięcych zamkniętych pod postacią niezliczonej ilości listów. Idę dalej przy akompaniamencie miłej, nienachalnej muzyki okraszonej dźwiękiem dzwonków. W końcu ustawiam się w kolejce przed drzwiami w których elf z zarostem przypominającym skąpą brodę noszoną przez Amiszów, ubrany w zielony strój rozmawia o czymś z dziećmi wyglądającymi na przejęte rozmową. Po pewnym czasie dzieci wchodzą. Przede mną są jeszcze dwie dziewczyny mówiące po angielsku, jak się okazuje z RPA. Elf rozmawia z nimi najpierw na temat ich stolicy, a później o geografii ich kraju. Po pewnym czasie zaprasza na audiencję do Świętego. W końcu moja kolej. Elf, patrząc na mój strój trafnie zgaduje, że przyjechałem motocyklem. Pyta o markę i model. Odpowiadam nie oczekując zbyt wiele. Elf jednak ma jakieś nadprzyrodzone moce pozwalające mu na pozyskanie wszelkich informacji. Zachwyca się silnikiem i właściwościami jezdnymi podając dokładnie parametry techniczne bydlaka. To jest magiczne miejsce.

Chwilę jeszcze rozmawiamy o moich planach podróży, Elf daje mi rady, które później okazują się być o tyle słuszne, o ile oczywiste. W końcu jestem proszony na spotkanie z samym Świętym Mikołajem. Wchodzę do obszernego pokoju, w którym na ścianie wisi mapa świata, w kącie stoi globus. W wielkim fotelu siedzi olbrzymi jegomość z długą, siwą brodą, w czerwonej kamizelce i czapie oraz filcowych kapciach. To On. Podchodzę i witam się. Jest większy ode mnie, bardzo uprzejmy o, chociaż męskim, to łagodnym i niezwykle miłym głosie zdradzającym z jednej strony siłę, a z drugiej delikatność. Czuję się przy nim jak mały chłopiec. Rozmawiamy bardzo miło. Dowiaduję się, że też czasami używa namiotów w swoich podróżach oraz że ma taką samą małą kuchenkę jak ja. Gdy zdradzam, że celem mojej podróży jest Nordkapp oferuje pożyczenie własnych reniferów, gdyby mój motocykl zawiódł, bo jemu nie są latem potrzebne. Naprzeciwko nas rozmowie cały czas przysłuchuje się mały elf – nadworny fotograf Świętego Mikołaja, który na koniec rozmowy robi nam pamiątkowe zdjęcia. Żegnamy się niezwykle uprzejmie i wychodzę.

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł na który wpadłem kilka lat temu.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2014-10-22 15:15:48
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij