Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.9

Skandynawia solo, czyli wyprawa na Nordkapp cz.2

Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł na który wpadłem kilka lat temu. Część druga relacji z wyprawy.

Przy wyjściu miła elfka oferuje zakup pamiątek z tego bardzo ciekawego spotkania: zdjęć i filmu. Cena nie jest mała, ale po krótkim zastanowieniu kupuję, oczywiście poznańska natura każe mi negocjować i dostaję kilka odbitek w gratisie. Tak, daję się złapać na marketing, ale jest to nie byle jaki marketing. Może i jest to wciskanie przez sprzedawców gadżetów, ale to wciskanie wysokiej klasy. To wciskanie przez klimat, świetną grę aktorską i tworzenie magii miejsca. Zdjęcie ze Świętym Mikołajem to nie zdjęcie z misiem na Krupówkach czy z piratem w Gdyni. To coś znacznie więcej – to pamiątka poczucia chwili bycia gwiazdą w doskonale wyreżyserowanym przedstawieniu. Zapewniam, że każdy dzieciak oddałby ostatniego lizaka i wszystkie porcje frytek, by móc  doświadczyć takiego spotkania, a potem oddałby to raz jeszcze, żeby tam wrócić.

Chowam na razie do kufra swoje wspomnienie gwiazdorstwa, w postaci odbitek i kodu do strony Świętego, z której można ściągnąć zdjęcia i film ze sobą w roli głównej, po czym oddalam się na północ Moim celem jest „święte jezioro Lapończyków”, Inari. Po drodze robię jeszcze zdjęcie „kredensowi” z przyczepą, ponieważ do tej pory widziałem takie jedynie trzy w życiu. Później okazuje się, że niepotrzebnie zapycham pamięć na karcie, bo w tej części Skandynawii, oraz później w Norwegii zaczyna się aż roić od motocykli z przyczepami.

Jadę dalej, i bez patrzenia na termometr wiem, że coś jest nie tak z tą temperaturą. Staję i zdejmuję, co się da. Sprawdzam. Przyrząd pomiarowy wskazuje 29 stopni. Im dalej jadę na północ tym cieplej. W pewnym momencie na prawie pustej szosie zaczyna tworzyć się korek. Podjeżdżam bliżej i widzę, że na samym środku drogi, a raczej w poprzek niej leniwie lezie stado reniferów. Tak, jak i inne nie przejmują się ani samochodami, ani ludźmi, lecz te występują w ilości hurtowej i zajmują dokładnie całą szerokość asfaltu nie ograniczając się do pobocza. Robię kilka zdjęć i staję na kawę na, akurat w tym miejscu postawionym parkingu. Przyglądam się, jak para autochtonów przegania stado, a po skończonej przerwie jadę dalej. Niedaleko miasta Ivalo zauważam dość ciemne niebo nad horyzontem, ale jadę dalej. W ciągu 15 minut drogi i przebyciu około 20-25 km temperatura spada nagle o ponad 15 stopni. W Ivalo robię ostatnie zakupy, bo następnego dnia mam zamiar wjechać do Norwegii, a moje, zniechęcone opowieściami o tamtejszych cenach, poznańskie serce buntuje się przeciw kupowaniu tam czegokolwiek. Jadę dalej i wjeżdżam prosto w piękną burzę. W ostatniej chwili zakładam strój przeciwdeszczowy i zmierzam dalej. Ulewa, choć bardzo silna, to jednak krótkotrwała mija po kilkunastu minutach. Robię postój w mieście Inari, a później wyruszam na objazd samego jeziora. Rzeczywiście jest ono piękne i godne obejrzenia. Ogromne, z mnóstwem wysp, półwyspów i wystających z wody skał. Zachwycam się nim dość długo, lecz zaczynam się robić zmęczony. Postanawiam wrócić do wcześniej upatrzonego miejsca na nocleg przy jednym z parkingów na brzegu jeziora.

Docieram bez problemu i robiąc objazd miejscówki zastaję jeden postawiony namiot. Obok namiotu stoi wielka terenówka na rosyjskich rejestracjach. Widząc brata-Słowianina pytam, czy można postawić namiot obok niego. Zaprasza z uśmiechem. To była dobra decyzja. Brat-Słowianin okazuje się być Andriejem spod Moskwy, który, ze względu na chwilową bezrobotność, nie chcąc marnować czasu urządza sobie wycieczkę po Skandynawii. Andriej, jak się dowiaduję, amatorsko zajmuje się przewodnictwem i pilotowaniem wycieczek, po chwili wyciąga laptopa i zdjęciami ilustruje swoje opowieści z wypraw po Kamczatce, Czukotce, Ałtaju i półwyspie Kolskim. Pokazuje też kilka zdjęć z wyjazdów na inne kontynenty. Ale nie tylko tym Andriej zaskakuje. Powiem, że nie bezinteresownie koło niego stanąłem, bo Rosjanie z gościnności słyną i mocniejszy trunek po dość długim okresie abstynencji mi się skojarzył. Ale Andriej w tym punkcie sprawia niespodziankę, bo nie wyciąga wódki. Zamiast tego ze słowami „Za vstrechi” wyciąga całkiem pokaźną butelkę whisky. Ponieważ temperatura wysoka nie jest, dlatego postanawiamy rozgrzać się pracą. Pracujemy więc nad tą butelką opowiadając sobie wzajemnie historie z naszych wypraw konsumując kolację, i tuż po niej aż do momentu, gdy ma już nad czym pracować, w związku z czym ja udaję się na spoczynek, a mój kompan wyciąga wędkę i idzie łowić ryby.

Następnego dnia, w sobotę 12 lipca, wstaję wcześnie. Szybkie śniadanie w roju much i komarów jakby jednak mniejszym niż poprzedniego wieczora, powiedzenie „do svidaniya” Andriejowi i ostatni rzut oka na jezioro to właściwie moje pożegnanie z Finlandią. W GPS-ie wbijam jako cel Nordkapp. Zostaje jeszcze do pokonania długa nitka asfaltu i zupełnie niepostrzeżenie wjeżdżam do Norwegii. Już od rana temperatura wydaje się być bardzo niska. Cóż, po wczorajszej burzy z deszczem i przejściu frontu atmosferycznego mogło się ochłodzić. Ale żeby aż tak? W trasie zakładam jedną warstwę po drugiej. Po raz pierwszy tego wyjazdu wpinam podpinkę w spodnie. Patrzę na termometr, który wskazuje 18 stopni. Dziwię się, że przy tej temperaturze jest mi aż tak zimno. Najwyraźniej „północne” 18 stopni jest znacznie niższe niż „polskie” 18 stopni. Zakładam wszystko, co tylko mogę i jadę dalej. Zastanawiam się nad swoimi odczuciami temperatury. Żebym chociaż miał kaca, ale jak sobie przypomnę, to nie mam po czym mieć, bo przecież dzień wcześniej nic nie piłem. No bo cóż to jest jedna butelka whisky na dwóch, gdzie jeden to Rosjanin a drugi Polak? Przecież to jest nic.

Im dalej jadę w stronę Nordkapp, tym krajobraz coraz bardziej się zmienia: pagóry ustępują miejsca górom, lasy zanikają pozostając jedynie pod postacią karłowatych drzew. I uwaga! Na trasie pojawiają się zakręty. Nie łuczki, nie „znoski”, nie „niewiadomoco”, ale prawdziwe zakręty. Wprawdzie nie takie, na których można zamknąć oponę, ale mimo wszystko przejeżdżane fragmenty należy nazwać już zakrętem. Wciąż jest mi coraz to zimniej. Już się zastanawiam, co to była za whisky i zaczynam podejrzewać Andrieja o jej „poprawianie”, gdy zauważam grupę rowerzystów. Jadą ubrani tak, jak rowerzyści w Poznaniu jeżdżą zimą. Patrzę jeszcze raz na termometr – wskazuje tym razem 17 stopni. Zaczynam się przyglądać innym uczestnikom ruchu i odkrywam, że wszyscy są ubrani jakby „za ciepło”, jak na pokazywaną przez przyrządy pomiarowe temperaturę. Czyli jednak miałem rację „północne” 18 stopni to znacznie mniej niż „polskie” 18 stopni. W końcu wydaje się, że odkrywam tajemnicę – nominalnie niby temperatura wysoka, lecz cały czas towarzyszy mi bardzo rześki wiatr znad Morza Norweskiego. Chyba on powoduje uczucie zimna. Do wspomnianego morza, a raczej nad jego brzeg w końcu docieram. Na pierwszy rzut oka krajobraz kojarzy mi się z tym, który widywałem nad morzem śródziemnym: we Włoszech lub na Korsyce, a mianowicie wysokie klify, piękne, czyste morze i jasno oświetlone słońcem gaje oliwne. Jedynie temperatura niższa, lecz zaczynam się najzwyczajniej przyzwyczajać do tego, że jest mi zimno i skupiam się na podziwianiu widoków. Są piękne, więc podziwiając je jadę spokojnie dalej i… zaraz, zaraz, że co? Gaje oliwne tutaj? Wprawdzie północ zaskakuje, ale chyba nie aż tak? Zwalniam i przyglądam się jeszcze raz roślinności. Są to po prostu karłowate drzewka dostosowane do tych warunków rosnące na jakiś ogrodzonych terenach, ale rozsiane z wystarczającą regularnością, by pomylić je z regularną uprawą. W każdym razie krajobraz może zwodzić. Możliwe również że te drzewka są w jakiś sposób wykorzystywane, ale ja nie widzę na nich żadnych owoców czy kwiatów. Później, gdy zauważam bzy, które tutaj kwitną w lipcu i są sadzone przy niektórych domkach, zastanawiam się, czy mijane drzewka nie są jednak wykorzystywane, lecz na ich owoce jeszcze za wcześnie?

Jadę dalej i przejeżdżam przez kilka tuneli, w tym ten najsłynniejszy prowadzący na sam Nordkapp. W tunelach jest już bardzo trudno skupić się na widokach i zapomnieć o zimnie. Problemu widoków z przyczyn oczywistych nie opisuję, ale co do zimna to… tam jest jeszcze zimniej. Zaryzykuję, że temperatura odczuwalna spada o kilkanaście stopni. Za każdym razem z utęsknieniem szukam „światełka na końcu tunelu”, które w tym przypadku nie jest przysłowiowe i rzeczywiście przynosi znaczącą poprawę w stronę komfortu termicznego.

Zmarznięty dojeżdżam w końcu na północny kraniec Europy. Wiem o tym, że jego „skrajność na północy” jest co najmniej dyskusyjna, lecz i tak obiecuję sobie, że nadszedł czas podczas tej wyprawy by poczuć się jak bogaty i wypić gorącą kawę w kawiarni na Nordkappie. Ale zanim jestem w stanie poczuć cokolwiek oprócz zimna i zmęczenia zmuszony jestem odstać swoje w kolejce do kasy przed wjazdem. Płacę 22 euro za sam wjazd. Mógłbym wykazać się sprytem i przyoszczędzić te pieniądze na dwa sposoby: albo objeżdżając bramki bardzo szerokim łukiem zupełnie poza jakimikolwiek drogami, albo zostawiając motocykl przed bramką i urządzając sobie spacer nieco mniej szerokim łukiem poza drogą. Oba sposoby są wypróbowane i nie raz opisywane na forach, a poza tym z nieformalnych doniesień, jakie wyczytałem w Internecie podobno nie grożą za nie żadne sankcje. Jednak rezygnuję z nich. Z pierwszego ze względu na zdecydowanie „nieoffroadową” charakterystykę mojego trzystukilogramowego bydlaka, a od drugiego odstręcza mnie zmęczenie w połączeniu z niechęcią zostawiania motocykla otoczonego dużą ilością miękkiego bagażu bez nadzoru przy ruchliwej, jakby nie było, trasie.

Bez problemu znajduję miejsce na zbytnio nie zatłoczonym parkingu, a pierwsze kroki kieruję dokładnie tak, jak sobie obiecałem, w stronę kawiarni i zamawiam kawę. Rzeczywiście, płacąc za nią w przeliczeniu 18 złotych muszę czuć się jak bogaty. W końcu rozgrzewam się trochę. Po kawie oglądam najpierw wystawy w podziemiach budynku, a później idę zrobić sobie zdjęcie pod globusem, tak samo oklepane tu, jak zdjęcie z Wieżą Eiffla w Paryżu, czy z piramidą w Egipcie. Ale skoro „każdy” takie ma, to nie chcę być od tego „każdego” gorszy. Przy okazji oglądam widoki. Ogromne klify zwieńczone piękną, żywą zielenią o kilku odcieniach spadają stromymi skałami niknącymi pod wodą. Fale roztrzaskujące się gdzieś na dole pokazują ukrytą siłę i piękno morza, które w tym miejscu wydaje się bezkresne i surowe. Kurczę, ładnie tu jest. Oglądam jeszcze trochę widoków, kolejne. Wszystkie podobne, a jednak inne i każdy urzekający. Ponad tydzień jazdy, by pobyć niecałe dwie godziny na Nordkappie, ale cóż, dojechałem i przyznaję, że warto było.

Czas kończyć pobyt i rozpocząć powrót. Znowu przejeżdżam przez mroźne tunele, tankuję na stacji, gdzie ucinam miłą pogawędkę z pracującą tam od 10 lat sympatyczną Beatą spod Szczecina od której dowiaduję się, że dwa dni przed moim przybyciem panował w tym miejscu upał. Siadam na bydlaku, obieram kierunek na Lofoty i postanawiam przejechać tego dnia jak najdalej na południe, a raczej południowy zachód. Tam musi być cieplej. Podczas drogi widoki cały czas są malownicze. Zastanawiam się, czy uda mi się tego dnia zobaczyć jeszcze jakiś większy fiord? Zastanawiam się niezbyt długo, bo wkrótce zaczynam odczuwać znużenie i rozglądam się za miejscem na nocleg. W końcu widzę gruntówkę odbijającą w bok w stronę rzeki i jadę nią. Po niedługim czasie gruntówka kończy się położonymi w poprzek kamieniami i jakąś starą tablicą z czterowierszowym napisem, z którego jedyne zrozumiałe dla mnie słowo to „camping”. Rozglądam się. Miejsce jest bardzo miłe – do rzeki niecałe 50 metrów, widok na ośnieżone, ogromne pagóry, a raczej nominalnie już góry, z obu stron. Jest pięknie i zaczyna się robić jakby cieplej przed nocą. Szybko rozbijam obóz i jem, po czym, po raz pierwszy tego dnia rozgrzany, ochoczo mknę w stronę rzeki na wieczorną toaletę. Temperatura wody spływającej z topiących się wyżej w górach zwał lodu nie zachęca, by się w niej chociażby opłukać, ale czego nie robi się dla odrobiny świeżości. Oj robi się… aż za dużo, bo wracając w stronę biwaku już czuję, że przesadziłem z kąpielą. Gorąca herbata na tę chwilę pomaga. Patrzę na zegarek – dochodzi północ, a na pobliskich szczytach biały śnieg skrzy się w promieniach słońca. Niby nic, niby tutaj normalne, a jednak robi wrażenie.

Wchodzę do namiotu w którym zastaję dwie komarnice. Teraz dopiero zaczynam dostrzegać, że w miejscu, w którym się rozbiłem tych stosunkowo dużych muchówek jest całkiem sporo. Latają jednak jakoś niemrawo, jakby nie wiedziały same dokąd i po co i szukały wciąż schronienia. To pewnie przez tę temperaturę. Wyrzucam z namiotu te znalezione i pakuję się w śpiwór. Budzę się z zimna po trzech godzinach. Słońce przestało świecić przez chmury, które naszły nie wiadomo skąd, czuję, że ochłodziło się znacznie i zaczął wiać wiatr. Skupiam się na swoim samopoczuciu i już wiem, że rano chyba nie będzie ze mną dobrze… Za dużo wieczornej świeżości jednak szkodzi. Nakładam drugi śpiwór i zasypiam.

Rano orientuję się, że niestety nocne przeczucia mnie nie zwodziły. Wyłażę z namiotu mijając stadko niemrawych komarnic, które znalazło schronienie pod tropikiem. Wyglądają tak, że jest mi ich aż szkoda, lecz mimo to zwijając namiot brutalnie je wyganiam. Tego ranka udaje mi się wyruszyć w dalszą trasę jedynie dzięki pomocy jednego z popularnych środków na bazie paracetamolu i pseudoefedryny w podwójnej dawce. Opłaca się pomęczyć nimi wątrobę, bo już po niedługim czasie zaczyna znowu być ciepło, a wręcz upalnie i słonecznie. Do tego widoki zachwycają, bo w końcu widzę pierwszy duży fiord północny. Jadę więc tak dalej przez dwa naprawdę malownicze fiordy i mam szczęście, że nie jedzie za mną jakiś nawiedzony maniak z kamerą, bo za samo stawanie w niedozwolonych miejscach w celu zrobienia zdjęć straciłbym po kilkakroć prawo jazdy. Staję oczywiście również w tych miejscach, w których jest to dozwolone i na jednym z nich przygotowuję sobie „posiłek z pięknym widokiem”. Ten przejazd pozostawia naprawdę miłe wrażenia. Morze spotykające się z górami uwieńczonymi szczytami, na których wciąż leży śnieg będący źródłem niezliczonej ilości potoków przecinających soczystą zieleń i tworzących efektowne wodospady spadające wprost do morza. Można by parafrazować poetę twierdząc „zobaczyć fiordy północne i umrzeć”, lecz mnie, pomimo porannej niemocy, nie spieszy się by zrobić przysługę dla ludzkości i opuścić ten świat. Co więcej, po posiłku zaczynam się czuć jeszcze lepiej, i ruszam w dalszą drogę. Pod wieczór fiordy są już tylko wspomnieniem, a ja wjeżdżam na Lofoty. Sceneria wjazdu jest dość interesująca: z lądu na pierwszą z wysp prowadzi bardzo ciekawy most, pogoda jest piękna i na całym niebie nie ma ani jednej chmurki, poza jednym miejscem. Mianowicie nad samym mostem zalega duża szara chmura opadająca tak nisko, że zahacza o wieże mostu. Droga do Mordoru?

Czuję już zmęczenie, więc jadąc dalej rozglądam się za miejscem na namiot. Niestety pech chce, że  tej części wszędzie, gdzie stok stromo nie opada ku morzu postawione są jakieś zabudowania lub ogrodzenie. Jadę więc jeszcze dobrych kilkadziesiąt kilometrów, gdy w końcu przypadkiem znajduję idealną lokalizację: pagór o płaskim, szerokim szczycie tuż u podnóży gór oddalony około 200m. od drogi idącej dnem długiej doliny. W dodatku na pagór prowadzi gruntówka. Brak jedynie jakiejś rzeczki w pobliżu, ale nie zastanawiam się pamiętając o pięciu litrach wody wiezionych na taką okazję w kanistrze. Wieczór jest cudowny: ciepły, spokojny i w końcu, chyba pierwszy raz od początku mojej przygody ze Skandynawią, totalnie bez komarów. Znowu siedzę do późna, po trosze zgłębiając własne, niedokończone myśli, po trosze ponownie jak poprzedniej nocy kontemplując lipcowy śnieg na szczytach gór rozświetlany przez całą noc północnym słońcem. Moment, w którym zza góry wyłania się chmura dająca rozległy cień uznaję za znak, by pójść spać.

Kolejny poranek, w poniedziałek 14 lipca, nie zapowiada szczególnie pięknego dnia. Chmury zasłaniające szczyty gór i nie dopuszczające promieni słonecznych zdają się z początku wróżyć deszcz. Na szczęście okazuje się, że chcą jedynie napędzić stracha, bo szybko znikają, a ja tuż po śniadaniu wyruszam w dalszą podróż po rozgrzewanym promieniami słonecznymi asfalcie. Jadę kilka kilometrów i przejeżdżając po grobli widzę cudowny widok. Jednak stawanie na środku grobli na której dwa samochody z trudem się mijają nie uznaję za dobry pomysł. Widzę za to ciekawy punkt widokowy na prawo od szosy tuż za groblą. Dodaję gazu i gdy tylko kończą się prawe barierki skręcam w gruntówkę. Niestety zauważony punkt widokowy to jakiś teren prywatny, bo gruntówka kończy się płotem po pięciu metrach. Nic to, wykręcam bez zatrzymywania się i chcę szybko wskoczyć na szosę. Jednak sytuacja na drodze, jak wiadomo, zmienia się tak szybko jak zachcianki kobiety w ciąży i muszę ustąpić pierwszeństwa samochodowi, który właśnie przejeżdża. Wjeżdżam na wąski pasek żwiru oddzielający asfalt od rowu, wystawiam prawą nogę i opieram o kępkę trawy na samym skraju żwirowego paska … Cholera… jaką kępkę… To, co wydawało się być zwartą kulką darni okazuje się prawie dwudziestocentymetrowymi źdźbłami. Niestety noga jest za krótka. Motocykl chyli się na prawo prosto w stronę rowu, a przejeżdżające auto skutecznie uniemożliwia jakikolwiek manewr gazem i ucieczkę na asfalt. Nie zastanawiam się długo: chroniąc nogę przed przygnieceniem przez bydlaka zeskakuję. Ląduję na kamieniach przerośniętych różnego rodzaju chwastami i ziółkami słysząc za sobą uderzenie i chrzęst łamanego plastiku. Ochraniacze na kolanach i rękawice skutecznie odbierają energię uderzenia, więc bez namyślania się wstaję i odwracam. Bydlę leży w rowie z kołami znacznie powyżej środka ciężkości. Podchodzę i chcę na szybko oszacować straty, lecz roślinność uniemożliwia to, a priorytetem jest, by postawić motocykl z powrotem na koła. Próbuję raz, nie udaje się. Odpinam torbę, tankbag i dwa kufry pozostawiając tylko prawy, przygnieciony ciężarem motocykla, po czym ponawiam próbę niestety z efektem podobnym do pierwszego. Nie raz wcześniej podnosiłem już samodzielnie motocykle, nawet zbliżone masą do obecnego i z kompletem bagażu, ale tamte leżały na płaskim asfalcie. Podniesienie bydlaka z rowu nie udaje mi się. Na szczęście przejeżdża kamper na fińskich rejestracjach. Macham – staje. Wspólnie z parą finów, tym razem z sukcesem, przywracamy motocykl do bardziej odpowiedniej dla niego pozycji. Podczas procesu stawiania cały czas zastanawiam się, jakie są straty w sprzęcie. Oczyma wyobraźni widzę totalną masakrę, ale podążając za starą maksymą „oczekuj najlepszego, przygotuj się na najgorsze” pocieszam się posiadaniem powiększonego pakietu Assistance. Szkoda mi tylko zniżek AC, bo zdążyłem dorobić się maksymalnych.

Jednak stojący motocykl nie wygląda aż tak źle. Oceniam straty tym razem realnie: pęknięte lusterko, porysowana kapa silnika i złamany zaczep kufra a poza tym… nic. Nawet porysowania na gmolu czy rysy na lakierze nie ma. Szkoda mi trochę kufra lecz przymocowuję go szarą taśma naprawczą. Od tego dnia do końca podróży kufer dowiązywany będzie podczas trasy taśmami i sznurkami od namiotu. Jadąc później dalej w sumie cieszę się z ułamania zaczepu, bo z jednej strony odebrał przez to dużą cześć ogromnego impetu chroniąc sam motocykl, gdy na zasadzie wahadła bydlak przywalił w stok, z drugiej strony ochronił tłumik, na którym nie odnotowałem ani jednej rysy. Teraz jednak poskładałem wszystko co trzeba do kupy, wsiadam na motocykl i jadę. Przypominam sobie o śmieciach wiezionych po nocy w jednym z kufrów i zajeżdżam na pierwszy parking w celu umieszczenia ich w pojemniku na odpady. Zastaję tam małżeństwo jadące dużym kombi na rejestracji spod Olsztyna. Po krótkiej wymianie grzeczności miła, jak się okazuje, para zaprasza mnie na kawę. Nie odmawiam, bo wprawdzie niedawna przygoda lekko mi ciśnienie podniosła, lecz emocje już dawno opadły razem z ciśnieniem i łyk kofeiny się przyda.

Małżeństwo opowiada o swojej przygodzie z Norwegią, która zaczęła się osiem lat wcześniej. Kraj ten wówczas tak ich zachwycił, że od tamtego czasu co roku spędzają w nim swoje wakacje objeżdżając go, podobnie jak ja, budżetowo z własnym prowiantem i śpiąc gdzie popadnie. W pewnym momencie zapada lekka pauza – jedna z tych, które podczas rozmowy nowo poznanych osób pozwalają na zebranie myśli w celu dalszego prowadzenia konwersacji, lecz gdy trwają zbyt długo to stają się niezręczne. Przerywa ją kobieta spoglądając na mnie z błyskiem w oku wyrażającym entuzjazm z powodu przeżytych wrażeń i oznajmia: „Zaliczyliśmy siedemnastkę”. Patrzę na jej rozpromienioną twarz, patrzę na mężczyznę, który podobnym błyskiem w oku oraz mimiką, również zdradza podniecenie wywołane wspomnieniem niezapomnianego przeżycia. Moja wyobraźnia faceta, który od ponad półtorej tygodnia spędza samotne noce w namiocie bez kontaktu z żywą kobietą podpowiada mi bardzo wiele. Mężczyzna podsyca ją jeszcze znaczącym uśmiechem i słowami: „No, dwa dni nam to zajęło”. Tego jest za dużo. Biorę potężny łyk kawy, by zamaskować przełknięcie śliny a temperaturą napoju wytłumaczyć wytrzeszcz oczu. Uspokajam gestem rozmówców zaniepokojonych moim stanem i kłamię, że wcale się nie poparzyłem. Małżeństwo kontynuuje prawie chórem: „No, pan też musi tam pojechać. Niech pan pamięta: trasa numer siedemnaście”. Oczywiście. Trasa. Bo przecież o niczym innym nie myśli samotny motocyklista w swoim namiocie, jak o kolejnej, emocjonującej trasie.

Żegnam się z parą i udaję dalej w celu odwiedzenia miejscowości o najkrótszej możliwej do zapisania nazwie na świecie – A, a następnie przepłynięcia promem na kontynent do Bodo z miejscowości Moskenes. Jadąc powoli rozglądam się, bo teraz dopiero zaczynają się prawdziwie piękne krajobrazy Lofotów z charakterystycznymi mostami łączącymi górzyste wyspy majestatycznie wynurzające się z Morza Północnego i robiącymi niezwykłe wrażenie. Lofoty naprawdę są ładne i opisać je jest trudniej niż sfotografować, więc, podobnie, jak jadąc przez fiordy, staję tam, gdzie nie wolno i robię zdjęcia. Gdy je później będę oglądał dowiem się, że i one nie oddają urody wysp, więc nie wiem nawet jak przekazać zobaczony tam obraz i wrażenia. Jadę dalej, mijam grupkę rowerzystów poznając po fladze na sakwach jednego z nich, że to grupa z Polski. Trąbię i macham. Widzę w lusterku, że pewnie odczytali rejestrację i domyślili się powodu otrąbienia ich, więc odmachują. Kilka kilometrów dalej widzę znacznych rozmiarów szopę z dachem pokrytym roślinnością. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo w Norwegii , jak i wcześniej we Finlandii częstym widokiem jest właśnie dach pokryty roślinnością czy to na niektórych domostwach, czy na zabudowaniach gospodarczych, czy też na przystankach i budynkach toalet na parkingach. Jednak ten dach jest wyjątkowy, bo stoi na nim dodatkowa budka z zadaszeniem w której kłębi się niewielkie stadko owiec. Rozmyślania nad tym, jak one tam się znalazły odrywają mnie na chwilę od innych myśli. Przejeżdżam przez Moskenes i zauważam kolejkę która ustawia się do promu. Staję za dwoma Austriakami, którzy również podróżują na motocyklach i pytam, kiedy prom ma odpłynąć. Wszyscy twierdzą, że „zaraz”, a na następny trzeba będzie czekać 4 godziny. Rezygnuję więc z odwiedzenia A. Moja decyzja po jakimś czasie okazuje się błędem, bo do celu zostało mi tylko kilka kilometrów a „zaraz” przeciąga się do półtorej godziny. Częściowo umilamy ją sobie z Austriakami pogawędką na temat naszych podróży, a częściowo wypełniam ją rozmową z parą młodych Polaków w wieku studenckim, którzy podróżują po Norwegii autostopem z zamiarem dotarcia tam, gdzie ja już byłem, czyli na Nordkapp. Nie wybijam im tego pomysłu z głowy uznając, że skoro ja zmarzłem, to i im się należy. Niech się łudzą, stojąc teraz w ponad trzydziestostopniowym upale i pełnym słońcu, że dalej na północy będzie tak samo.

Promowa przeprawa do Bodo umożliwia podziwianie widoków najpierw samych Lofotów, a później linii brzegowej kontynentu. O ile ta druga zachwyca naprawdę, o tyle muszę stwierdzić, że Lofoty znacznie ładniej prezentują się, gdy już się na nich przebywa niż oglądane z morza od tej strony. Po niecałych czterech godzinach żeglugi wyjeżdżam z promu i udaję się w poszukiwaniu trasy numer 17. Ponieważ jest już późno, a na dodatek niebo zasnuły chmury z których zaczyna coś kapać, chcę też gdzieś znaleźć nocleg. Uznaję, że tym razem skorzystam z prysznica, kuchni i dostępu do Internetu, jak na prawdziwego Europejczyka przystało. Skręcam za pierwszym drogowskazem kierującym na kemping, który okazuje się nie mniej porządny, niż te w Finlandii. Deszcz przestaje padać i nastaje piękna pogoda. Brak ośnieżonych szczytów, widoki, choć ładne, lecz przesłonięte rozsianymi kamperami oraz zmęczenie nie zachęcają do długiego siedzenia, więc szybko się kładę.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł na który wpadłem kilka lat temu. Część druga relacji w wyprawy.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2014-10-27 15:57:30