Motocykl poleca:

Skandynawia solo, czyli wyprawa na Nordkapp cz.3

Poleć ten artykuł:

Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł na który wpadłem kilka lat temu. Część ostatnia.

Skandynawia solo 2014, czyli wyprawa na Nordkapp Zobacz całą galerię

Budzę się o trzeciej i słyszę rzęsisty deszcz uderzający o tropik. „No znowu” myślę bez entuzjazmu, ale śpię dalej. O szóstej coś mnie ponownie budzi. Okazuje się, że słońce świeci tak mocno, że prawie nie daje spać. Jednak tej nocy postanowiłem wyspać się jak najlepiej i budzik nastawiłem na kilka minut po siódmej, więc twardo zmuszam się do snu, co się udaje. Dźwięk budzika przeplata się z odgłosami ulewy. „Co za pogoda?”, myślę, ale okazuje się, że muszę się do niej przyzwyczaić, bo właśnie taka będzie mi towarzyszyła już do końca wyjazdu. Ten deszcz ustaje na szczęście jeszcze przed moim wyjazdem, ale i tak pakuję mokry namiot, który od tej pory co noc będzie zwijany mokry i rozbijany co najmniej w mżawce. „Namiociarze” rozumieją, co czuję.

Ruszam oglądać „siedemnastkę”. Jadę nią i… tak robię dokładnie to samo, co na Lofotach lub oglądając fiordy. Zatrzymuję się często, by podziwiać i robić zdjęcia. Ta droga jest… Dobrze, nie będę się powtarzał. Zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych fragmentów tekstu celem wycięcia z nich słów „ładna” i „piękna” oraz wszelkich ich synonimów i umieszczenia w tym miejscu oddzielonych przecinkami. A osobom, które zawitają w te rejony polecam przekonanie się o tym, co ta trasa ma do zaoferowania. By ją przejechać trzeba kilkukrotnie używać promu. Dojeżdżam do pierwszego, obok mnie staje autochton na BMW K1200. Razem wjeżdżamy na prom i po krótkiej chwili razem zjeżdżamy. Autochton jedzie szybko i… to jest dobre. W końcu, jadąc za nim, bez stresu odkręcam manetkę i pomimo ograniczeń prędkości do 80km/h osiągam wskazanie 130km/h na liczniku. Droga jest pełna zakrętów, a ja od tak dawna siedząc na bydlaku nie miałem okazji porządnie „odkręcić”, że, pomimo pięknych widoków, tym razem postanawiam zająć się jazdą. Niestety i teraz opona pozostaje niezamknięta, ale szybsza przejażdżka umożliwia odegnanie przemyśleń zajmujących mnie do tej pory. Dojeżdżamy w końcu do kolejnego promu i już wiem, czemu Norwegowi tak się spieszyło. Domyślam się, że znał po prostu godziny ich kursowania, bo wjeżdżamy na pokład praktycznie nie zatrzymując się pospieszani gestami obsługi jako ostatni i tuż za nami wjazd się zamyka. Płynąc promem przekraczam ponownie krąg polarny, co jest oznajmiane przez głośniki w chwili, gdy prom zrównuje się z postawionym na jednym z brzegów globusem. Widoki z promu dorównują co najmniej tym, które widziałem jadąc przez fiordy. Tym razem widzę takie od strony wody i mogę sobie pozwolić na robienie zdjęć dowoli, bez narażania się na mandat za zatrzymywanie pojazdu w miejscach niedozwolonych.

Przejechanie całej trasy 17 rzeczywiście zająć może dwa dni, jak mi to powiedzieli wcześniej ci, z którymi o niej rozmawiałem. I dużą część czasu zajmuje nie sama jazda przy dostosowaniu się do ograniczeń prędkości, lecz przeprawy promowe i oczekiwanie na nie. Ja niestety mam plany, by zwiedzić jeszcze atrakcje położone trochę bardziej na południe. Dlatego po zjechaniu na ląd, gdy tylko jest to możliwe odbijam w stronę Mo i Rana’y skąd trasą E6 podążam w stronę Trondheim. Sama e-szóstka jest również nadspodziewanie ładna i, gdyby nie to, że stosunkowo niedawno oglądałem fiordy i Lofoty oraz zaliczyłem kawałek „siedemnastki”, użyłbym bardziej poetyckich określeń w celu jej opisania. Tak jednak musi jej wystarczyć tyle, ile już napisałem. Zamierzam nią dojechać jak najdalej na południe i, pomimo późnej pory, trwam w swoich zamiarach. Noclegu planuję poszukać około 21:00, więc zostawiam za sobą bardzo ładne miejsca nadające się na rozstawienie namiotu. Deszcz zastaje mnie jeszcze grubo przed 20:00 i będzie już towarzyszył mi aż do rana. O wyznaczonej sobie na odpoczynek porze znajduję się już blisko Trondheim zaczynając żałować wcześniej omijanych dogodnych miejsc biwakowych. Obszar jest zurbanizowany tak, że dookoła widzę na zmianę pola, zabudowania i ogrodzenia, a droga zmienia się w trasę ekspresową. Dwukrotne zjazdy w boczne gruntówki prowadzą do gospodarstw umiejscowionych pomiędzy polami. Drogowskazy na camping dziwnie nikną po dwóch zakrętach. Jestem zmarznięty, zmęczony i głodny, deszcz co chwila wzmacnia swoją intensywność, lub osłabia , a ja jadę drogą szybkiego ruchu. Jadąc zauważam zmianę sposobu odczuwania temperatury w tunelach. O ile wjeżdżając w tunele na północy Norwegii aż do ostatnich, zawsze przejazdowi przez  nie towarzyszyło odczucie znacznego obniżenia temperatury, o tyle teraz we wszystkich tunelach jest cieplej niż poza nimi. Jadę dalej i nagle, tuż po lewej zauważam parking. Idealny nie jest, ale odgrodzony żywopłotem od szosy i z miejscem na namiot. Ponieważ uważam, że przestrzeganie przepisów drogowych w moim stanie to nadmiar ekstrawagancji, więc łamiąc co najmniej trzy przecinam ciągłą zawracając w niedozwolonym miejscu i pod prąd wjeżdżam na upatrzona do rozstawienia namiotu pozycję koło ławek. Mija północ, gdy po szybkiej konsumpcji i higienie wieczornej kładę się w namiocie.

Szum samochodów budzi mnie kilkanaście minut przed budzikiem. Słysząc dźwięk jednoznacznie wskazujący na jeszcze długo mającą zamiar trwać ulewę wstaję niechętnie. Szybka kawa, zwijanie obozu i wyruszam w drogę. Po niedługim czasie pogoda się poprawia. Pomimo, że termometr wskazuje tylko 15 stopni, nie odczuwam chłodu i jestem znacznie lżej odziany, niż przy temperaturze 18 stopni na Nordkapp. Najpierw ustaje deszcz, a później wychodzi słońce. Dziś pierwszym celem jest Trasa Atlantycka. Jadąc w jej kierunku dziwię się napotykając na drodze pierwszy, darmowy prom. Może jest to wynikiem tego, że nie obsługuje on żadnej z dróg turystycznych, a krajową trasę E39? Po wjeździe do Kristiansund nie jest już trudno trafić na samą trasę, na którą wjazd od tej strony jest płatny. Po uiszczeniu opłaty zastanawiam się, czy może moja przedsiębiorczość nie została właśnie wystawiona na ostateczną próbę, której nie przeszła, gdyż punkt poboru opłat znajduje się jeszcze długo przed samą właściwą drogą widokową, a wcześniejszy dojazd poprzecinany jest mnóstwem poprzecznych dróg dojazdowych dla ruchu lokalnego. Również zjeżdżając z drugiej strony z trasy nie będę widział żadnych miejsc poboru opłat. O tym czy ich rzeczywiście nie ma, czy tylko zawiedzie  mnie spostrzegawczość nie będę miał czasu się przekonywać, gdyż będę się spieszył w dalszą drogę, lecz tymczasem skupiam się na oglądaniu tego, za co zapłaciłem. Oglądam i przekonuję się, że widoki są warte ceny. Nie są to wysokie skały fiordów, ani ośnieżone szczyty wychodzące z morza, lecz duża ilość małych skalistych wysepek z których część połączona jest ciekawymi mostami. Jednym może się to podobać, inni, po wizycie nad fiordami i przejechaniu reszty tras widokowych mogliby być zawiedzeni, ale ja szczęśliwie należę do tej pierwszej grupy i spokojnie robię zdjęcia wierząc, że są malownicze. Tym razem nie muszę w tym celu zbyt często stawać w niedozwolonych miejscach, gdyż parkingów i zatoczek jest tu pod dostatkiem.

Tagi: Skandynawia | Nordkapp | wyprawa | podróże

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij