Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.7

Skandynawia solo, czyli wyprawa na Nordkapp cz.3

Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł na który wpadłem kilka lat temu. Część ostatnia.

Budzę się o trzeciej i słyszę rzęsisty deszcz uderzający o tropik. „No znowu” myślę bez entuzjazmu, ale śpię dalej. O szóstej coś mnie ponownie budzi. Okazuje się, że słońce świeci tak mocno, że prawie nie daje spać. Jednak tej nocy postanowiłem wyspać się jak najlepiej i budzik nastawiłem na kilka minut po siódmej, więc twardo zmuszam się do snu, co się udaje. Dźwięk budzika przeplata się z odgłosami ulewy. „Co za pogoda?”, myślę, ale okazuje się, że muszę się do niej przyzwyczaić, bo właśnie taka będzie mi towarzyszyła już do końca wyjazdu. Ten deszcz ustaje na szczęście jeszcze przed moim wyjazdem, ale i tak pakuję mokry namiot, który od tej pory co noc będzie zwijany mokry i rozbijany co najmniej w mżawce. „Namiociarze” rozumieją, co czuję.

Ruszam oglądać „siedemnastkę”. Jadę nią i… tak robię dokładnie to samo, co na Lofotach lub oglądając fiordy. Zatrzymuję się często, by podziwiać i robić zdjęcia. Ta droga jest… Dobrze, nie będę się powtarzał. Zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych fragmentów tekstu celem wycięcia z nich słów „ładna” i „piękna” oraz wszelkich ich synonimów i umieszczenia w tym miejscu oddzielonych przecinkami. A osobom, które zawitają w te rejony polecam przekonanie się o tym, co ta trasa ma do zaoferowania. By ją przejechać trzeba kilkukrotnie używać promu. Dojeżdżam do pierwszego, obok mnie staje autochton na BMW K1200. Razem wjeżdżamy na prom i po krótkiej chwili razem zjeżdżamy. Autochton jedzie szybko i… to jest dobre. W końcu, jadąc za nim, bez stresu odkręcam manetkę i pomimo ograniczeń prędkości do 80km/h osiągam wskazanie 130km/h na liczniku. Droga jest pełna zakrętów, a ja od tak dawna siedząc na bydlaku nie miałem okazji porządnie „odkręcić”, że, pomimo pięknych widoków, tym razem postanawiam zająć się jazdą. Niestety i teraz opona pozostaje niezamknięta, ale szybsza przejażdżka umożliwia odegnanie przemyśleń zajmujących mnie do tej pory. Dojeżdżamy w końcu do kolejnego promu i już wiem, czemu Norwegowi tak się spieszyło. Domyślam się, że znał po prostu godziny ich kursowania, bo wjeżdżamy na pokład praktycznie nie zatrzymując się pospieszani gestami obsługi jako ostatni i tuż za nami wjazd się zamyka. Płynąc promem przekraczam ponownie krąg polarny, co jest oznajmiane przez głośniki w chwili, gdy prom zrównuje się z postawionym na jednym z brzegów globusem. Widoki z promu dorównują co najmniej tym, które widziałem jadąc przez fiordy. Tym razem widzę takie od strony wody i mogę sobie pozwolić na robienie zdjęć dowoli, bez narażania się na mandat za zatrzymywanie pojazdu w miejscach niedozwolonych.

Przejechanie całej trasy 17 rzeczywiście zająć może dwa dni, jak mi to powiedzieli wcześniej ci, z którymi o niej rozmawiałem. I dużą część czasu zajmuje nie sama jazda przy dostosowaniu się do ograniczeń prędkości, lecz przeprawy promowe i oczekiwanie na nie. Ja niestety mam plany, by zwiedzić jeszcze atrakcje położone trochę bardziej na południe. Dlatego po zjechaniu na ląd, gdy tylko jest to możliwe odbijam w stronę Mo i Rana’y skąd trasą E6 podążam w stronę Trondheim. Sama e-szóstka jest również nadspodziewanie ładna i, gdyby nie to, że stosunkowo niedawno oglądałem fiordy i Lofoty oraz zaliczyłem kawałek „siedemnastki”, użyłbym bardziej poetyckich określeń w celu jej opisania. Tak jednak musi jej wystarczyć tyle, ile już napisałem. Zamierzam nią dojechać jak najdalej na południe i, pomimo późnej pory, trwam w swoich zamiarach. Noclegu planuję poszukać około 21:00, więc zostawiam za sobą bardzo ładne miejsca nadające się na rozstawienie namiotu. Deszcz zastaje mnie jeszcze grubo przed 20:00 i będzie już towarzyszył mi aż do rana. O wyznaczonej sobie na odpoczynek porze znajduję się już blisko Trondheim zaczynając żałować wcześniej omijanych dogodnych miejsc biwakowych. Obszar jest zurbanizowany tak, że dookoła widzę na zmianę pola, zabudowania i ogrodzenia, a droga zmienia się w trasę ekspresową. Dwukrotne zjazdy w boczne gruntówki prowadzą do gospodarstw umiejscowionych pomiędzy polami. Drogowskazy na camping dziwnie nikną po dwóch zakrętach. Jestem zmarznięty, zmęczony i głodny, deszcz co chwila wzmacnia swoją intensywność, lub osłabia , a ja jadę drogą szybkiego ruchu. Jadąc zauważam zmianę sposobu odczuwania temperatury w tunelach. O ile wjeżdżając w tunele na północy Norwegii aż do ostatnich, zawsze przejazdowi przez  nie towarzyszyło odczucie znacznego obniżenia temperatury, o tyle teraz we wszystkich tunelach jest cieplej niż poza nimi. Jadę dalej i nagle, tuż po lewej zauważam parking. Idealny nie jest, ale odgrodzony żywopłotem od szosy i z miejscem na namiot. Ponieważ uważam, że przestrzeganie przepisów drogowych w moim stanie to nadmiar ekstrawagancji, więc łamiąc co najmniej trzy przecinam ciągłą zawracając w niedozwolonym miejscu i pod prąd wjeżdżam na upatrzona do rozstawienia namiotu pozycję koło ławek. Mija północ, gdy po szybkiej konsumpcji i higienie wieczornej kładę się w namiocie.

Szum samochodów budzi mnie kilkanaście minut przed budzikiem. Słysząc dźwięk jednoznacznie wskazujący na jeszcze długo mającą zamiar trwać ulewę wstaję niechętnie. Szybka kawa, zwijanie obozu i wyruszam w drogę. Po niedługim czasie pogoda się poprawia. Pomimo, że termometr wskazuje tylko 15 stopni, nie odczuwam chłodu i jestem znacznie lżej odziany, niż przy temperaturze 18 stopni na Nordkapp. Najpierw ustaje deszcz, a później wychodzi słońce. Dziś pierwszym celem jest Trasa Atlantycka. Jadąc w jej kierunku dziwię się napotykając na drodze pierwszy, darmowy prom. Może jest to wynikiem tego, że nie obsługuje on żadnej z dróg turystycznych, a krajową trasę E39? Po wjeździe do Kristiansund nie jest już trudno trafić na samą trasę, na którą wjazd od tej strony jest płatny. Po uiszczeniu opłaty zastanawiam się, czy może moja przedsiębiorczość nie została właśnie wystawiona na ostateczną próbę, której nie przeszła, gdyż punkt poboru opłat znajduje się jeszcze długo przed samą właściwą drogą widokową, a wcześniejszy dojazd poprzecinany jest mnóstwem poprzecznych dróg dojazdowych dla ruchu lokalnego. Również zjeżdżając z drugiej strony z trasy nie będę widział żadnych miejsc poboru opłat. O tym czy ich rzeczywiście nie ma, czy tylko zawiedzie  mnie spostrzegawczość nie będę miał czasu się przekonywać, gdyż będę się spieszył w dalszą drogę, lecz tymczasem skupiam się na oglądaniu tego, za co zapłaciłem. Oglądam i przekonuję się, że widoki są warte ceny. Nie są to wysokie skały fiordów, ani ośnieżone szczyty wychodzące z morza, lecz duża ilość małych skalistych wysepek z których część połączona jest ciekawymi mostami. Jednym może się to podobać, inni, po wizycie nad fiordami i przejechaniu reszty tras widokowych mogliby być zawiedzeni, ale ja szczęśliwie należę do tej pierwszej grupy i spokojnie robię zdjęcia wierząc, że są malownicze. Tym razem nie muszę w tym celu zbyt często stawać w niedozwolonych miejscach, gdyż parkingów i zatoczek jest tu pod dostatkiem.

Ale, jako że czas goni, to z ostatniego parkingu wyruszam jak najszybciej się da w stronę najsłynniejszej Norweskiej trasy widokowej, a mianowicie Trollstigen. Znaleźć ją nie jest trudno, i już zbliżając się do niej widzę, że zarówno trasa, jak i jej otoczenie jest interesujące. Pięknie poprowadzone serpentyny wspinające się kilkaset metrów w górę, z przecinającym spadek wodospadu mostem oraz drugim, mniejszym wodospadem w tle to widok bardziej niż ciekawy. Jedyne co go zaburza to fakt, że chmury naszły dość mocno, siąpi z nich deszcz i trudno zobaczyć cały widok na raz, gdyż zawsze któraś jego część przesłonięta jest fragmentem jakiejś chmury. O obiecywanej w czytanych przeze mnie relacjach i przewodnikach, podobno pięknej panoramie na Góry Trolli, jaka ma się rozciągać z punktu szczytowego drogi, mogę zapomnieć. Prawdą jest zaś to, co czytałem, że droga jest po prostu zatłoczona. Widać to szczególnie dobrze z platformy widokowej umieszczonej na jej szczycie.

Pozostawiam Drogę Trolli za sobą i udaję się w stronę Geilanger jadąc piękną doliną. W zasadzie cała trasa nie zasługuje na inne miano, niż „piękna”, co jest w głównej mierze zasługą otaczających ją gór z dużą ilością wodospadów i soczystej zieleni. Widać to, pomimo nienajlepszej pogody raczącej mnie co pewien czas bardziej lub mniej rzęsistym przelotnym deszczem. Prawie równo o 19:00 tuż przy drodze nieopodal zjazdu do Geilanger zauważam parking położony w miejscu o tak zachwycających widokach, że aż się zaczynam zastanawiać, dlaczego ktoś tutaj hotelu nie postawił. Oczywiście nie boleję nad tym faktem, tylko zjeżdżam na sam parking i znajduję idealne do postawienia namiotu miejsce na lekkim podwyższeniu nieopodal furgonetki na rosyjskich rejestracjach. Ja i Rosjanie nie jesteśmy jedynymi, którzy chcą przenocować w tym miejscu. Parking roi się aż od różnego typu kamperów, furgonów i zwykłych kombi, w których podróżujący urządzają sobie noclegownię. Wydaje się, że ja jedyny chcę rozkładać namiot, choć obok mnie zaczynają kręcić się dwie pary dziwnie wpatrujące się w podłoże. Jak się później dowiem są to Afgańczycy, którzy od dobrych kilkunastu lat mieszkają w Oslo i właśnie zrobili sobie wakacje. Mają oni dwa namioty do postawienia, lecz sposób ich rozkładania na tyle jest pasjonujący, że daje rozrywkę na resztę wieczoru nie tylko mnie i Rosjanom, z którymi zdążyłem się zintegrować, lecz i reszcie gości ciekawie się przypatrującym poczynaniom Afgańczyków. Ci, bardzo mili i spokojni skądinąd ludzie, wybrali się chyba na swój pierwszy w żuciu kemping, gdyż ich biwak, pomimo, że zaczęli go rozkładać prawie równo ze mną, stanął po ponad trzech godzinach walki z przeciwnościami losu. W tym czasie zdążyłem się dowiedzieć, nie odmawiając pięćdziesiątki „za vstrechi”, że Rosjanie bardzo lubią Polskę, a mężczyzna był już w niej i bardzo miło wspomina pobyt tam. Wiek pary był na oko taki, że korci by zapytać, z którą armią mężczyzna zwiedzał nasz kraj. Nie robię tego ze względu na grzeczność wobec kobiety. Kładę się spać w wyśmienitym humorze, znacznie poprawionym rozmową z naszymi wschodnimi sąsiadami i widokami na fiord Geilanger, które , pomimo, że od czasu do czasu przesłaniane chmurami, były naprawdę piękne. Jedyną nieprzyjemnością, która mnie spotyka są dwa ukłucia meszek. Te sprytne owady upodobały sobie wnętrze mojej dłoni dość mocno użerając mnie tuż przy nasadzie kciuka w odległości około centymetra jedna od drugiej, a robiły to wręcz symultanicznie w jednej chwili. Również w jednej chwili zapłaciły za to wysoką cenę…

Kolejny dzień, który jest ostatnim zaplanowanym na zwiedzanie Norwegii, wita mnie mżawką i grubą warstwą chmur uniemożliwiającą już zobaczenie jakichkolwiek widoków. Pakuję się i jadę najpierw w stronę miasta Geilanger. Im niżej zjeżdżam tym chmur bardziej ubywa. A może ubywa ich z czasem? W zasadzie nie obchodzi mnie powód, ważne, że widać coraz więcej i coraz ładniej. Przejeżdżam przez miasto, a mijane co chwila napisy „camping full” i „no vacancy” teraz dopiero uświadamiają mi, jakim ten rejon cieszy się powodzeniem wśród turystów, z kolei powalające wręcz urodą widoki pozwalają zrozumieć, powód takiego stanu rzeczy. Kieruję się w stronę kolejnej w mojej wyprawie drogi widokowej, a mianowicie trasy 258, czyli Gamie Strynefjellsvegen. Jednak, żeby do niej dojechać  pokonać muszę dalszą część trasy nr. 63. Jadę więc i co chwila widzę ogromne znaki zakazu zatrzymywania się i postoju, pod którymi, dla rozwiania wątpliwości, umieszczone są napisy w trzech językach mówiące, że na tej drodze naprawdę nie wolno się zatrzymywać ani na chwilę. Znaki są o tyle zasadne, że droga, a szczególnie to, co można z niej zobaczyć wprowadzić może w zachwyt. Pomimo przelotnego deszczu, który co jakiś czas daje o sobie znać, nie sposób mnie również dać się w ów zachwyt wprowadzić, a skoro już zostałem w niego wprowadzony uznaję, że o ile pośród trzech języków, w których podkreślano zakaz zatrzymywania się nie ma języka polskiego, o tyle pewnie ten zakaz Polaków nie dotyczy. Staję więc ochoczo co kilkaset metrów i robię zdjęcia, na których zapamiętuję nie tylko góry i widok na fiord, lecz również piękną dolinę z olbrzymim jeziorem, potok i wodospady.

Zjeżdżam w dół serpentynami, by po przejechaniu kolejnego tunelu zacząć wspinać się trasą 258. Początek, choć ładny, jednak nie zachwyca na tle wspomnień z innych części Norwegii, lecz im wyżej, tym bardziej malowniczo okazuje się być. Na samej górze czeka miła niespodzianka w postaci końca asfaltu. Dalej droga to ubita gruntówka z gdzieniegdzie rozsypanymi kamieniami. Jadę kolejną w tym dniu doliną na wysokości ponad 1100m.n.p.m. pomiędzy stokami gór gdzie nie gdzie pokrytymi łachami śniegu, ciekawymi jeziorkami i wystającymi spomiędzy nich tu i ówdzie skałami. To są piękne widoki. Zjeżdżając już asfaltem z trasy 258 zastanawiam się, która z dróg widokowych w Norwegii jest dla mnie najpiękniejsza. Oczywiście najbardziej znana jest Drabina Trolli. Jest ona mekką motocykli, kamperów, busów, osobówek, rowerów i mniejszych autobusów. W zasadzie wjeżdża na nią wszystko, co ma koła i nie jest taczką. Ale po moich doświadczeniach z innymi drogami tego typu, choć tych było raptem cztery ze wszystkich osiemnastu, jakie są możliwe do zobaczenia w kraju Wikingów, na pewno w moim osobistym rankingu Trollstigen miało by problem by utrzymać się na podium.

Rozmyślając tak nie zauważam nawet, jak przelotny do tej pory kapuśniaczek zmienia się w rzęsistą ulewę. Co więcej w pewnym momencie widoki znikają zupełnie. Podejmuję decyzję, by już teraz, czyli w czwartek 17 lipca rozpocząć podróż powrotną odpuszczając sobie, ze względu na pogodę, przejazd jeszcze jednej z dróg widokowych, jakie zaplanowałem zwiedzić. Decyzja okazuje się słuszna, bo silne opady towarzyszą mi na tyle długo w drodze, że jestem przekonany co do faktu braku widoków w dalszej części tras. Jadę dość długo i przekraczam granicę Szwedzką, co można poznać nie tylko po budkach kontroli celnej i tablicach oznaczających wjazd na obszar Unii, lecz również po zupełnie odmiennym zachowaniu kierowców. Najwyraźniej szwedzcy policjanci mają luźniejsze podejście do egzekwowania przepisów niż ich koledzy w Finlandii czy Norwegii, bo większość kierowców nie stosuje się sztywno do ograniczeń prędkości, w szczególności na autostradzie, a przodują w tym Norwegowie, którzy potrafią przekraczać dopuszczalną prędkość o prawie 60km/h, co w ich ojczyźnie skończyć by się mogło nie tylko surową grzywną, lecz utratą prawa jazdy.

Wieczorem zmęczony staję na kampingu pod Goeteborgiem, gdzie tym razem po prawie dwóch tygodniach znowu widzę prawdziwą, ciemną noc. Podłączywszy się do Internetu próbuję zorganizować sobie bilety na prom relacji Karlskorna – Gdynia. Zależy mi na tym o tyle, że to właśnie między innymi niedokończone sprawy w Trójmieście powodowały natłok myśli w mojej głowie jeszcze w dniu wyjazdu. Niestety wszystkie miejsca na promie są już zajęte, więc biorę co jest, czyli bilet na prom z Ystad do Świnoujścia. Za dodatkowe 50 złotych wykupuję koję w kajucie, by po raz pierwszy od wyjazdu z Polski przespać się w łóżku.

Ostatniego dnia podróży wstaję wcześnie. Drogę do Ystad pokonuję błyskawicznie i bez problemu wjeżdżam na prom. Znajduję swoją kajutę, w której okazuję się być pierwszym gościem, więc wybieram najdogodniejsze, moim zdaniem, miejsce. Siedzę i robię lekki rachunek sumienia. W Finlandii spędziłem połowę czasu przeznaczonego na wyjazd, w Norwegii drugą. Mówiąc szczerze, kolejny raz wybrałbym inne proporcje podziału czasu pomiędzy te dwa kraje dając przewagę Norwegii. Nie, żeby Finlandia nie była ładna. To wspaniały kraj mający dużo do zaoferowania. Urzekł mnie sowim majestatycznym pięknem jezior zanurzonych pomiędzy zalesionymi pagórami, spokojem i życzliwością mieszkańców. Na pewno wrócę jeszcze raz w tamte rejony, lecz raczej nie motocyklem, za to chętnie wypożyczę lub dowiozę tam kajak, by z perspektywy wody sycić się jego urokami. W Norwegii zaś pozostało mi jeszcze wiele do zwiedzania. Nie widziałem ani największych fiordów, ani słynnej latarni morskiej w Krakens, ani szeroko opisywanych norweskich kościołów drewnianych, a z osiemnastu tamtejszych dróg widokowych przejechałem tylko kilka. Jeżeli wszystkie te atrakcje są choć w połowie tak piękne, jak te, które już zwiedziłem, jest to dobry powód, by wrócić celem ich zobaczenia i to na motocyklu.

Zaczynam się też zastanawiać, czy wracać do Norwegii już w przyszłym roku. A może zostawić ją na później a tymczasem obrać kierunek na Czarnogórę?, A może Rumunię, w której jeszcze nie byłem?, Czy też coś dalszego, jak np. Pireneje? Nagle drzwi się otwierają i z lekkim pukaniem staje w nich niewysoki, muskularnie zbudowany facet o żywych oczach i przyjacielskim uśmiechu. Przedstawia się imieniem Artur. Bardzo szybko nawiązujemy nić porozumienia i zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że Artur wraz z kolegami urządza sobie wyjazdy w stylu 4x4 oglądając przy okazji różne zakątki świata. W pewnym momencie wyciąga smartfona i mówi: „A chcesz zobaczyć zdjęcia z ostatniego wyjazdu? Akurat byliśmy z kumplami w Albanii.” Siadam koło niego i oglądam. Hmmm… Albania?

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Pomysł wyjazdu do Skandynawii nie jest ani nowy ani oryginalny, jednak ta podróż jest dla mnie wyjątkowa tak samo, jak dla każdego wyjątkowa jest jego wielka wyprawa. Zrealizowałem pomysł na który wpadłem kilka lat temu. Część ostatnia.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2014-11-04 11:27:02
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij