Motocykl poleca:

Turystyka: Afryka

Poleć ten artykuł:

O podróży do Afryki ja i Fokus marzyliśmy przez lata. Mimo że podczas rejsu i morze, i niebo, i wszystko dokoła było szare i ponure, wiedzieliśmy, że czekają nas przeżycia, które zapamiętamy na całe życie.
Zobacz całą galerię

Przez pierwsze godziny 5-dniowego rejsu z Europy do Afryki wgapiam się w przestrzeń przed dziobem statku, wyglądając brzegu. Nie mogę się oderwać. Gdy po kilku godzinach wiem już na pewno, że wymarzona Afryka nie pojawi się dzięki temu ani o minutę wcześniej, daję sobie siana. Po kilku dniach stawia mnie na równe nogi wiadomość, że do Afryki jeszcze tylko 15-20 kilometrów. Wreszcie jest! Kończy się nasz rejs po Morzu Śródziemnym.

Na przyczepie holowanej przez Citroëna Berlingo wieziemy przerobione Suzuki DRZ 400 S i Urala Sportsmana z wózkiem. Węgierski importer wypożyczył „sowieta”, prosząc, abyśmy nie przejeżdżali tych 10-12 tysięcy kilometrów. A tak stałoby się, gdybyśmy na motocykle wsiedli już w kraju. Nie pozostało nic innego, jak przetransportować Urala na miejsce startu właściwej wyprawy. Nie płakaliśmy z tego powodu, przecież nie mieliśmy zamiaru tłuc się po europejskich autostradach. Potrzebowaliśmy naszych maszyn w Afryce.



Przez pędzone wiatrem chmury z rzadka przebija błękit nieba. Jesteśmy coraz bliżej brzegu, już widać bielące się budynki miasta zbudowanego na wzgórzu. To Ceuta – hiszpańska osada w Afryce. Opuszczamy przystań i jesteśmy w mieście. A dokąd teraz? Co zrobić z autem, z przyczepą? Dobra, później się zobaczy... Jakiś mężczyzna o ciemnej twarzy i siedząca obok niego ładna kobieta w średnim wieku z ciekawością przyglądają się Uralowi. Zagaduję faceta, czy jest tu gdzieś strzeżony parking. Wprawdzie nie kuma ani słowa po angielsku, ale od czego międzynarodowa mowa gestów – dowiadujemy się, że na imię ma Juan i mieszka tu, w Ceucie. Juan obiecuje, że jutro rano zaprowadzi nas do siebie, gdzie będziemy mogli zostawić samochód i przyczepę. Gdy milczymy z niedowierzaniem, Juan znika. Jest wieczór, rozkładamy się na jakimś wyasfaltowanym placu, wokół nie ma nikogo, nocujemy.

Rano rozsiadamy się na chodniku i rozglądając się niecierpliwie czekamy na Juana. W końcu – ku naszemu zdziwieniu (ale z nas niedowiarki!; przez chwilę zrobiło nam się głupio) – pojawia się. Prowadzi do swojego domu. Okazuje się, że też jest motocyklistą, a jego hobby, ale również przeznaczenie, to nieustanne naprawianie starej Vespy. Przepakowujemy się i żegnamy z Juanem.

Wjeżdżamy w prawdziwą Afrykę – w głąb Maroka. Bardzo szybko stwierdzamy, co to znaczy być wśród klimatów arabskiego Orientu. Błoto, kałuże, tarzające się w nich zwierzęta domowe, ludzie odziani w luźne szaty sięgające do ziemi – zwane dżelabami – głowy okręcone turbanami (później dowiedzieliśmy się, że prawidłowo nazwywają się one cyrbanami). Zapach mięsa pieczonego na węglu drzewnym, spieszący się nie wiadomo dokąd egzotyczny tłum, kolorowe stroje, kobiety w czarnych jak smoła kwefach, dzieci pędzące osły i kozy. Tysiące wrażeń, każde z nich ciekawsze od poprzedniego, już nie wiem, na co patrzeć najpierw! A gdzieś we mnie w środku radość: Afryka, Maroko! W końcu jesteś tutaj, szczęściarzu! O, patrz tutaj – trącam Fokusa – co to za typ, pewnie jakiś zakapior: haczykowaty nos, zarost, do tego ta dziwna szata, coś jakby komża... O, tam drugi taki, identyczny! Na pewno jakieś czarne charaktery, rodem z „Indiany Jonesa”.

Kierujemy się na Tetoua i po chwili stwierdzamy, że zabłądziliśmy. Jednego jesteśmy pewni: chcemy dotrzeć na Saharę. Od razu znajduje się przewodnik – ochotnik, który jakoś wyprowadza nas z miasta. Wysuwa ku nam dłoń, dajemy mu gumę do żucia, ale i ona bardzo go cieszy.

Wkrótce tablica mówi nam, że dojeżdżamy do Tangeru. Jesteśmy nad oceanem i teraz będziemy się kierować na południe. Pokonując poskręcane jak makaron, wspinające się serpentyny, obserwujemy krajobraz, w którym dominuje mieszanina dwóch barw: rdzawobrązowa i zielona. Na skraju szosy pojawiają się kobiety w malowniczych strojach, coś sprzedają. Nie zasłaniają twarzy. Wyglądają całkiem europejsko, nawet ich skóra jest dość jasna. To Berberyjki, mieszkające w górach Rif.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij