Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Turystyka Albania: Mercedesy i merce-zdechy

Słowo „Bałkany” pochodzi od tureckiego określenia gór. Ponieważ ta część Europy jest nam najmniej znana, jedziemy odwiedzić i poznać południowych Słowian oraz Albańczyków.   

Jest nas czworo – ruszamy w podróż do Albanii

Jest nas czworo – ja z Anią na zapakowanym jak bombowiec V-Stromie, kilkunastoletnim Suzuki Freewindem jedzie Kuba, Michał, tak jak ja, dosiada Sztormiaka.

Ruszamy 24 maja. Jest zimno i leje. Właściwe wakacje zaczynamy trzeciego dnia. Słowenia zachwyciła nas soczyście zielonymi łąkami pełnymi kwiatów i ostrymi szczytami Alp Julijskich pokrytymi śniegiem. Zaczynamy od słynnej przełęczy Vršič, która w najwyższym punkcie (1611 m n.p.m.) wita nas grubą warstwą śniegu. Kolejna przełęcz wita nas zakazem wjazdu i informacją o nachyleniu drogi 22%. To tylko 11 km, więc skoro nie wolno, to oczywiście wjeżdżamy. Droga jest zawalona konarami i kamieniami. Gdy na trzecim kilometrze asfalt całkowicie znika pod śniegiem, zawracamy. Odwiedzamy jeszcze skocznię narciarską w Planicy, po czym jedziemy do Chorwacji. Pierwszy nocleg wypada w miejscowości Delnice. Całą noc bębniący deszcz nie daje spać.

Znowu coś cieknie…

Kierujemy się na Rijekę i starą magistralę adriatycką. To droga nr 8, która prawie cały czas biegnie wzdłuż brzegu morza. Poza sezonem jest prawie pusta i oferuje setki szybkich zakrętów oraz niesamowite widoki. Podczas postoju na wypłacenie kun z bankomatu, pod silnikiem, na silniku i na oponach Freewinda Kuby widzimy plamy benzyny. Kubie na naszych wyjazdach zawsze coś cieknie – taka tradycja. Dzięki pomocy sprzedawczyni z pobliskiego sklepu z telefonami komórkowymi po półtorej godziny lżejszy o 250 kun Kuba wsiada na Fredka, który zaliczył zabieg chirurgiczny w składzie drewna w Crikvenicy. Winna była sparciała uszczelka między zbiornikiem paliwa a gumowym wężykiem.

Lecimy do Zadaru. Jest coraz cieplej, pojawiają się palmy, gaje oliwne i agawy: jesteśmy w Dalmacji. Nocujemy w bardzo klimatycznym Tribunju, na który ze szczytu pobliskiej góry spogląda kościółek. Za 17 euro od osoby mamy piętrowy apartament tuż przy plaży z tarasem na dachu oraz widokiem na port i morze. Wstępuje w nas uroczysty nastrój – kupujemy wino, Kuba wkłada białą koszulę, a Michał jak zawsze gotuje spaghetti.

Następnego dnia jesteśmy w Dubrowniku. Bezsprzecznie piękne miasto, ale już skomercjalizowane.

W Debeli Brijeg w paszportach przybywają nam pieczątki ze skrótem MNE (Montenegro). W Czarnogórze trzeba uważać. Chcesz zasygnalizować manewr? Zatrąb dwa razy. Kierunkowskazy? Po co? Od 5 sekund pali się czerwone? Gaz do dechy, jeszcze zdążysz!

Dojeżdżamy do Boki (zatoki) Kotorskiej. Promem płyniemy z Kamenare do Lepetane. Rezygnujemy z objazdu Boki Kotor skiej, bo tam, gdzie mielibyśmy jechać, spada najwięcej deszczu w ciągu roku w całej Europie – około 5,5 metra na m2!

Paszport u fryzjera

Z promu jedziemy wąską asfaltową alejką na Kotor. To prastare miasto z olbrzymimi murami pnie się po kamiennej górze, na której szczycie znajduje się twierdza św. Jana. Jeszcze nie ma tu bezczelnej komercji. Kilkaset metrów od starówki znowu wynajmujemy piętrowy apartament z widokiem na Bokę (17 euro od osoby) i wychodzimy zjeść coś tutejszego. Kotor jest ogromny, więc do północy błądzimy wśród kamiennych murów, szukając drogi do twierdzy św. Jana.

Ranek zaczyna się nerwowo – właścicielka naszego domu zniknęła razem z paszportem Michała. Odnajdują ją po dwóch godzinach u fryzjera. Zaraz po odzyskaniu paszportu pniemy się drogą do Cetyni, okraszoną kapitalnymi widokami na Bokę Kotorską. W połowie tej drogi jest mauzoleum Mikołaja I Mirkovicia Pietrovicia- Niegosza – jedynego króla Czarnogóry (1910-1918). Na górnym odcinku zaczyna się śnieg, mamy go 3-4 m po obu stronach drogi. Ania, Kuba i Michał idą do mauzoleum, a ja wchodzę do jaskini z pamiątkami. Mówię sprzedawcy, że jego kraj jest najpiękniejszy, jaki widziałem, w rewanżu on wymienia prawie cały skład piłkarskiej reprezentacji Polski. Gdy kupuję kupuję naszywkę z godłem Czarnogóry, proponuje toast przepyszną rakiją ze słodkich winogron. Nie doceniłem jej mocy. Pokonałem co prawda wszystkie 460 schodów do mauzoleum, ale na ostatnich musiałem chwilę poleżeć.

Następnie jedziemy w okolice Baru, gdzie chcemy odwiedzić najstarsze drzewo Europy, liczące 2 tys. lat. Gubimy jednak drogę i odpuszczamy spotkanie ze starożytną oliwką.

Do Albanii wjeżdżamy przez przejście w Sukobin. Zamierzamy objechać jezioro Shkodër i na noc wrócić do Czarnogóry. Przekraczamy granicę i natychmiast jesteśmy w innym świecie. Wszędzie rzędy kontenerów ze śmieciami, ruiny, gruz, domy wyglądające jak opuszczone remizy strażackie z zatkniętymi fl agami Albanii. U bogatszych gospodarzy obejścia ogrodzone pełnym murem z wysokimi na 4 metry bramami zadaszonymi grubą blachą. Ulicami spacerują krowy i osły. Przedziwnej konstrukcji pojazdy – wyglądające jak budy dla psa lub lodówki na kółkach – wiozą fury siana wielkie jak ciężarówka. Większość pojazdów ciągną osły.

W Shkodërze wszyscy jeżdżą jak chcą, ludzie spacerują po jezdni jak po parku, widać Mercedesy, ale też merce-zdechy bez reflektorów czy drzwi pasażera, wszyscy trąbią. Poza miastem widzimy skuterzystę, który na ramieniu wiezie kosę. Specjaliści od BHP chyba są tu bezrobotni. Mimo to podoba mi się tu. Decydujemy, że do Czarnogóry wrócimy górską drogą SH-20, przy której teraz stoimy. To tylko 60 km więcej, a jest dopiero godz. 16. Droga na mapie jest zaznaczona na żółto, więc powinien być asfalt.

Droga SH-20 w Albanii. Na mapie była na żółto, więc spodziewaliśmy się asfaltu. Ania prowadzi osiołki na spacer.

 

Albański survival

Jest, ale za chwilę się kończy. Droga wije się pod górę po żwirze, potem pojawiają się takie kamienie, że płyta pod silnikiem co chwilę dostaje ciosy. Z jednej strony pionowe ściany gór, z drugiej kilkusetmetrowa przepaść. Krajobraz przepiękny, ale i przerażający. Nawet nie ma się jak zatrzymać, bo albo omijamy kamienie, albo jedziemy po chwilę wiem, że teraz to już na pewno będę leżał albo rozerwę kapcia. W pewnym momencie nagle prawie wpada na mnie koń, potem stado kozic, które skaczą w przepaść i znikają.

Jedziemy już 3 godziny i zrobiliśmy dopiero 40 km. Jesteśmy brudni i zmęczeni, biały pył oblepia wszystko. Wygląda na to, że będziemy w tych górach nocować. W minidolince, gdzie robimy naradę, płynie rzeczka. Pewnie jak spadnie deszcz, poziom wody się podniesie kilka metrów w pół godziny. To powoduje, że jedziemy dalej. Po jakimś czasie w krzakach nad rzeką zauważamy motocykle. To bracia Czesi – beemki Dakar, jeden V-Strom na terenowych kapciach i dwa Urale z koszami. Mówią, że granica jest 10 km dalej. Po niecałej półgodzinie wreszcie do niej docieramy. Prawie 60 km na jedynce i dwójce w 5 godzin. W Berane, w którym stajemy na nocleg, odkrywam, że nie mogę odpiąć kufrów, bo zamki zapchały się od kurzu.

Słońce albo grad

Dziś chcemy zobaczyć trzeci co do głębokości kanion na świecie i przejechać nad nim po słynnym moście na rzece Tara w Czarnogórze. Jest +7O. Łapie nas taki deszcz, że ledwie widać. Potem grad, który porozbijał Michałowi reflektory. Kulminacją była burza w górach. Przekraczanie przełęczy, gdy wokół walą pioruny, było naprawdę głupie. Na szczęście gdy wjeżdżamy na most na Tarze, ulewa się kończy.

W Trebinje wjeżdżamy do Bośni i Hercegowiny. Warto było marznąć cały dzień, bo góry są tu przepiękne: zielone i dumne. Tym trudniej wyobrazić mi sobie, że ludzie żyjący w miejscu, które wygląda jak raj na ziemi, wymordowali się, bo mieli inne wizje przyszłości. Przygnębienie odeszło, gdy w miasteczku Čapljina w motelu Lav specjalnie dla nas właściciel nakrył stół białym obrusem i ściągnął kucharza. Dostaliśmy potężny srebrny półmisek pieczonych ziemniaków, na których ułożono górę mięsa. Królowała na niej pleskavica z grilla – mielony kotlet wieprzowo-jagnięcy.

Stara droga nr 8 w Chorwacji to non stop widok na morze.

 Rano jedziemy zobaczyć wodospad Kravica. Kilka kilometrów dalej leży Medżugorie, ale znowu tak leje, że odpuszczamy. Gdy wjeżdżamy do Mostaru, woda sięga do wysokości felg. Obiad jemy już w Sarajewie, nocujemy w Chorwacji. Gdy następnego wieczora docieramy na ostatni nocleg do Tokaju, czuję się jak w domu.

Po 10 dniach i 4850 km znów jesteśmy w Polsce. Ze zdziwieniem widzę tu porządek, czystość i doskonałe drogi. W żadnym z krajów, w których byliśmy, nie widzieliśmy tylu motocyklistów, ale i tylu samochodów. Do tego większość aut robi nam miejsce. Podoba mi się Polska. A do Albanii – tym razem na dłużej – wracamy już 6 czerwca. 

to warto wiedzieć

Teoretycznie wszędzie można wjechać na dowód osobisty, niemniej na każdej granicy chciano od nas paszportów, dowodów rejestracyjnych i koniecznie zielonych kart do OC. Jeśli chcesz wjechać do Czarnogóry, w zielonej karcie nie może być wykreślona Serbia. Sprawdź termin ważności paszportów. Drogi głównie bardzo dobre, w Albanii albo dobre, albo wcale.  Tyle wydaliśmy na 4 osoby i 3 motocykle. Moje wydatki to 2500 zł, w tym 1155 zł za paliwo dla V-Stroma przy spalaniu 3,6-4,2 l/100 km.

Przejście graniczne Czarnogóra/BiH w Trebinje. Morwy prosto z drzewa zapadły nam w pamięć.

KOSZT WYPRAWY: 7500-8000 zł

Waluta – wszędzie jest honorowane euro, mimo że tylko w Czarnogórze jest oficjalną walutą.

Jedzenie – co i gdzie chcecie, ceny jak w Polsce. Najbardziej smakowały nam morwy z przydrożnych drzew w Albanii i góra kotletów pleskawica w BiH.

Pogoda – nie padało tylko jeden dzień w Albanii. Śnieg, deszcz i burze z gradobiciem – tego w czerwcu się nie spodziewaliśmy.

Noclegi – hotele i pensjonaty w granicach 70-150 zł od osoby.

Paliwo - w Albanii tankuj do pełna, jeśli jest okazja.

Na mapie Albanii tylko zaznaczone na czerwono są drogami w naszym rozumieniu. Przepisy ruchu drogowego to tylko sugestia. Zapewne wynika to stąd, że Albańczycy dopiero od 1990 roku mogą jeździć prywatnymi samochodami. Jeśli zaplanujesz trasę główną drogą, ze względu na jej stan nie pojedziesz w górach szybciej niż 40 km/h. Drogi boczne pozwolą pojechać 10-15 km/h, nie więcej.   

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Słowo „Bałkany” pochodzi od tureckiego określenia gór. Ponieważ ta część Europy jest nam najmniej znana, jedziemy odwiedzić i poznać południowych Słowian oraz Albańczyków.   
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2014-09-16 10:45:16